Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







Muzyka

poniedziałek, 23 lutego 2015

Dzień dobry. Jak zapewne sporo osób zauważyło, Hans Zimmer nie dostał Oscara za Interstellar (pewnie ktoś się wkurzył za brak pełnej wersji dokowania na soundtracku). Dostał za to Alexandre Desplat za Grand Budapest Hotel. Grand Budapest Hotel jest świetnym filmem, więc częściowo rozumiem decyzję Akademii, ale muzykę z Interstellar rozumiem nieco bardziej, dlatego postanowiłam dodać do Oscarów mały suplement.

Za stworzenie muzyki która sięga gwiazd, wręczam panu Zimmerowi tego oto kwiatka z painta.


 

Dla ciekawskich: próbka gwiezdnej muzyki.

Live long and prosper.

 

PS: Tak naprawdę Desplat dostał nagrodę za Godzillę, ale ćśś, nikt nie może się dowiedzieć.

sobota, 30 sierpnia 2014

Dzień dobry. Czy macie ochotę spaść z krzesła?

-A dlaczego mielibyśmy chcieć spaść z krzesła? - zapytali czytelnicy.

Otóż przyczyn jest bardzo wiele. Potrzeba spadania z krzesła jest głęboko zakorzeniona w każdym człowieku - tak głęboko, że niektórzy nawet o niej nie wiedzą. Najczęściej spadanie następuje jeśli coś zrobi na kimś duże wrażenie. Pełni wtedy funkcję substytutywną, zastępując brak wrażeń w życiu codziennym, czyli innymi słowy jeśli ktoś ma nudny dzień, a pod ręką czynnik mogący spowodować upadek z krzesła (np. najnowszy odcinek Doctora Who), to znaczy, że dzień wcale nie jest nudny. Upadki z krzesła są także częstą reakcją na rzeczy wspaniałe (funkcja estetyczna) - takie rodzaje upadków są pożądane i uwielbiane przez większość człowieków, ponieważ mają ścisły związek z zachwytem. Innym, lecz także często spotykanym rodzajem upadku z krzesła jest reakcja na gwałtowny bodziec strachogenny. Jeśli podczas oglądania pewnego serialu BBC Sherlock nagle zeskakuje z dachu, to naturalną reakcją jest znalezienie się na podłodze obok krzesła i szybkie cofanie przegapionej sceny. Przejdę więc do rzeczy - jeśli macie ochotę spaść z krzesła, to Polly Jean Harvey chętnie w tym pomoże. Wystarczy obejrzeć poniższe video (co najmniej do 1 min. 55 s). Przyczynę upadku możecie wybrać sami.


 

Live long and prosper.



PS: jeśli nie zadziałało, to don't worry, za dwie godziny Doctor Who i wszyscy będziemy oglądać z poziomu podłogi, bo w zapowiedzi są Dalekowie.

PS2: mądrość tego wpisu podkreślona w tytule jest chwytem marketingowym mającym nakłonić jak najwięcej ludzi do słuchania PJ Harvey. Wolkanie nie kłamią, więc musiałam się do tego przyznać.

Tagi: Pj Harvey
18:59, adeenah , Muzyka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 czerwca 2014

Dzień dobry. Przed chwilą zorientowałam się, że nie wszyscy zdają sobie sprawę dlaczego na samym początku X-Men: Days of Future Past (a konkretnie podczas intro) fani zjeżdżali z foteli i wydawali z siebie radosne okrzyki. Powód jest bardzo prosty, i zarazem epicki.

Wstęp do Days of Future Past (właściwy początek ok 2 minuty).

Dawno, dawno temu Bryan Singer stworzył dwa pierwsze X-Menowe filmy. Po nich nastąpiła mała katastrofa w postaci trzeciego filmu, którego nie nakręcił Bryan Singer oraz mały cud w postaci Pierwszej Klasy, której także nie nakręcił Bryan Singer. Skomponowana przez Johna Ottmana muzyka do drugiego filmu zapadła w pamięć wielu fanom, bowiem była boska. Po małej katastrofie dodatkowo zaczęła kojarzyć się z czasami, w których wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a panem i władcą był prawdopodobnie największy fan X-Men, jaki chodził po tej planecie, czyli Bryan Singer. Mały cud traktowany był za to odrębnie - podejrzewam, że scenarzyści po prostu nie byli w stanie naprawić katastrofy, więc uznali, że lepiej ją zignorować i cofnąć się w czasie. Tak mniej więcej wyglądała sytuacja aż do roku 2014, gdy przyszedł największy fan i naprawił to, czego inni nie potrafili. Fani nie zostali uprzedzeni, że DOFP rozpocznie się od cofnięcia się w przeszłość do drugiej części w tak dobrze znanym im stylu, a świadomość, że do oryginalnej obsady zaraz dołączy ta z małego cudu tylko spotęgowała wrażenie. Dlatego właśnie szczęśliwi fani pozjeżdżali z foteli.

 

Muzyka z drugiego filmu.

 

Live long and prosper.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Dzień dobry. Przybywam z pewną ciekawostką, która rozświetli wasze twarze i uszy uśmiechem pomimo faktu, że dziś znowu jest wtorek (dzień Sama Winchestera - przyp. ja). Bez zbędnych wstępów, oto ciekawostka: w trzeciej serii Sherlocka zdarzył się pewien moment, w którym muzyka brzmi zupełnie jak fragmenty boskich soundtracków Murraya Golda. Brzmi tak do pewnego momentu, po którym powoli zaczyna się przepoczwarzać w rasowy soundtrack z Sherlocka. Oznacza to, że w warstwie dźwiękowej crossover Doctora Who i Sherlocka już miał miejsce, chociaż prawie nikt go nie zauważył. Wierzycie? Nie wierzycie? Zaprawdę prawdę powiadam, wysłuchajcie sami. Podczas słuchania pierwszej minuty niebieskie budki same zaczynają latać przed oczami, a w 44 sekundzie wyskakuje Doktor i zaczyna gonić Daleka ze śrubokrętem.


 

A na koniec nowy-wspaniały mem przemycony ukradkiem. Hail Hydra!


(źródło)

 

Live long and prosper.

środa, 23 października 2013

Dzień dobry. Dziś przedstawiam dowód na to, że możemy być dumni z ludzkości bez względu na to, ile seriali USA ukradnie jeszcze Wielkiej Brytanii. Dowodem jest utwór, który nagrał w kosmosie astronauta Chris Hadfield... ale najpierw parę słów wyjaśnienia. Chris Hadfield jest Kanadyjczykiem, który zasłynął z tego, że w trakcie długotrwałego pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) zdarza mu się popadać w nudę, a wtedy:

a) odpala kamerę i nagrywa filmiki na twittera i jutuba (dzięki niemu cały świat może zobaczyć na przykład jak się myje zęby w kosmosie).
b) nawiązuje łączność ze znanymi osobistościami zaznajomionymi z życiem w kosmosie, np. Kapitanem Jamesem T. Kirkiem z USS Enterprise (który udaje, że nazywa się William Shatner).
c) nagrywa teledyski, śpiewając przy tym tak zacnie, że jeśli obserwują go kosmici, to na pewno nie przyjdzie im do głowy pomysł zgładzenia Ziemian.

 


Zajmuję się dziś trzecim punktem, ponieważ zawiera on element brytyjskości. Tak się szczęśliwie złożyło, że któregoś samotnego dnia, setki kilometrów ponad atmosferą Ziemi, pan Hadfield odkrył, że jest Majorem Tomem - dokładnie tym, o którym lat temu ponad 40 śpiewał David Bowie. Odkrycie to było nieuniknione - każdy człowiek zmagający się z brakiem grawitacji daleko od własnej planety jest takim majorem. Różnica polega jedynie na tym, że pan Hadfield miał przy sobie gitarę, kamerę i znał utwór na pamięć, dzięki czemu mógł nagrać własną wersję "Space Oddity" bez czekania, aż wróci tam, gdzie krople wody nie są okrągłe. Wideo powstało w maju 2013 i jest pierwszym tego typu nagraniem zarejestrowanym w kosmosie. Ponadto jest jednym z nielicznych, które potrafi wywołać poczucie dumy w ludziach, których często dzieli znacznie więcej, niż łączy.

 

 

Live long and prosper.

 

PS: oczywiście, że David Bowie to widział.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11