Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







Filmy i seriale.

sobota, 25 kwietnia 2015

Gotham to serial o... superbohaterach? Podobno. Ale gdzie supermoce? Tak się składa, że to oczywiste. W Gotham można znaleźć tylko jedną supermoc - taką, która opanowała miasto do szpiku kości i nie oszczędziła nawet bezdomnych dzieci i ptaków. Ta moc to OBSESJA - zjawisko, które sprawia, że codzienność może zmienić się w historię z komiksu, a ludzie w stworzenia, o których powstają gry komputerowe. Każdy bohater Gotham posiada jakąś obsesję, która definiuje go w mniejszym lub większym stopniu. Żeby nie przynudzać kolejną recenzją serialu, postanowiłam opisać kilku bohaterów przez pryzmat ich supermocy.

 

Wpis pod honorowym patronatem Nygmy z nieprzypadkowym kubkiem.

 

Oswald Cobblepot a.k.a Pingwin

Główny bohater Gotham. Nieoficjalnie, bo osią serialu jest detektyw Gordon i radzi sobie w tej roli doskonale. To nie jego wina, że Oswald kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Pingwin chyba oglądał trylogię Mrocznego Rycerza, bo uparcie podnosi się po każdym upadku (a czasem potyka się nawet kilka razy w jednym odcinku). Z radością i pewnością zaryzykuję stwierdzenie, że Gotham to serial o tym, jak pod nosem dzielnego detektywa pewien Pingwin myśli, że jest feniksem i małymi kroczkami powstaje z popiołów, w których się urodził. Oswald nie jest prawdziwym pingwinem. Jest człowiekiem, który wygląda jak pingwin i chodzi jak pingwin, dlatego często myli się innym ludziom z tym osobliwym ptaszyskiem. Niektórzy mają problem z nazwaniem gatunku ptaka, ale generalnie skojarzenie jest dość powszechne.

 

Na pierwszym screenie zastosowałam szczwany antyspojler w celu ukrycia tożsamości osoby, która lubi ptaki.

 

Oswald to postać wielce zagadkowa. W jednej chwili mały i żałosny człowieczek, w następnej zimnokrwisty morderca. Piekielnie inteligentny, lecz często zapomina o rozumie, gdy robi różne psychopatyczne rzeczy (things... stuff...). Aktor odgrywający rolę spisał się na medal – tylko jeden drobiazg się nie zgadza. Pingwin powinien być niski i szeroki. On jest jest wysoki i szczupły. Mimo to potrafi schować się w szafie kiedy trzeba, więc nie ma powodu do narzekania (poza tym zarzuty na temat postury są oskarżeniami podobnego kalibru, co narzekanie, że Batman jest malutki. W Gotham wszyscy są jeszcze młodsi, niż w batmanowych komiksach - przed nimi jeszcze wiele lat metamorfozy zanim staną się ludźmi, których znamy). Obsesja Pingwina ma związek głównie z nim samym, a zaczęła kiełkować w jego umyśle, gdy był jeszcze małym Pingwinkiem. Oswald już jako dziecko był lepszy od innych (jak wyznała jego mama, nigdy nie chciał bawić się z innymi dziećmi). Jako dorosły Pingwin nareszcie może pokazać światu, że jest lepszy nie tylko we własnej głowie - i na tym polega jego obsesja, a u jej podstaw leży od lat pielęgnowany narcyzm i nadmiar ambicji. Pingwin ma jeszcze jedną drobną obsesję. Jeśli ktoś szanuje własne życie, to powinien być miły dla jego mamy.

 

Pingwin i Mama Pingwin.

 

Fish Mooney

Szczwana manipulantka z obsesją na punkcie kontroli, do której dąży po trupach. Po wszystkich trupach. Fish nie interesuje co musi poświęcić, żeby uniezależnić się od innych - nawet własne życie stawia niżej. A skoro w walce o niezależność poświęciłaby bez wahania samą siebie, to osoby z jej otoczenia mają niemały problem. Początkowo Fish sprawiała wrażenie postaci zimnokrwistej i niesympatycznej - gdyby przydarzył się jej wypadek, niewielu widzów uroniłoby łzę. Dopiero z czasem, gdy pokazano do czego zdolna jest Fish w obliczu zagrożenia, stała się postacią pełnowymiarową, za którą warto trzymać kciuki w obliczu wszelkich wypadków.

 

A może Fish zostanie Batmanem?

 

Selina Kyle a.k.a. Cat

Gotham nie istnieje bez Kota. Tutaj Kot jest młodą, bezdomną dziewczyną, która spędza wesoło czas hasając po budynkach i okradając ludzi na ulicach. Hasanie po budynkach niczym nie różni się od hasania typu kociego. Ściana jest płaska i wysoka? Kot zawsze znajdzie wystającą cegłę. Skok z drugiego piętra na samochód jest niebezpieczny? Kot dobrze wie jak skoczyć, żeby nikt go nie usłyszał. Selina zachowuje się przy tym tak naturalnie, że nie zdziwiłabym się, gdyby ludzie od castingu znaleźli ją na jakimś dachu. Obsesja Cat to potrzeba samodzielności - wynika ze świadomości w jakim świecie żyje i jest bardziej przydatna, niż szkodliwa. Przez tę potrzebę Cat ma problem ze spaniem w jedwabnej pościeli, która nie należy do niej, z noszeniem pięknych strojów, które nie czynią jej niewidzialną, a także mówieniem prawdy ludziom, którzy czegoś od niej potrzebują. Nie ma za to problemu z manipulowaniem ludźmi i (SPOJLER) wyrzucaniem ich przez okno (KONIEC SPOJLERA), gdy zachodzi taka potrzeba. Moralność Seliny ukształtowało Gotham. Współpraca z młodym Waynem pokazuje jednak, że mimo wszystko stara się być dobrym Kotem.

 

Dobry Kot.

 

Edward Nygma a.k.a. Riddler

Zagadka zagadka zagadka zagadka. Nie muszę chyba przedstawiać obsesji Eda, jest bardziej oczywista niż obecność mrocznej mgły na ulicach Gotham. No dobrze, parę słów - Ed kocha zagadki. Zagadki słowne, rymowane, przedstawiane w formie serii podpowiedzi zakończonych radosnym pytaniem "czym jestem?". Niestety nikt nie docenia pasji Nygmy, dlatego biedny Riddle Man realizuje ją, rozmawiając sam ze sobą podczas przeprowadzania przypadkowych sekcji zwłok ("tylko przechodziłem!") i zadając pytania ludziom, którzy chcą prostych odpowiedzi. Ed pracuje jako patolog, więc przynajmniej w pracy dostaje zagadki do rozwiązania, poza tym przy okazji poznaje policję od wewnątrz, co może mu się przydać w przyszłym zawodzie. Nikt nie kocha Eda, ale gdy Ed kocha, to do szaleństwa. Wyznaje miłość za pomocą zagadek i drobnych, dziwacznych gestów, przez co inni traktują go jak niegroźnego dziwaka. Ed bez wątpienia jest najbardziej inteligentnym bohaterem Gotham, ale jest także tym najbardziej niedocenionym i odrzuconym. Kpiny i obelgi znosi z uśmiechem, chociaż wyraźnie widać, że sprawiają mu przykrość. Dlatego moment, w którym (SPOJLER) Ed w końcu się łamie i popełnia pierwsze morderstwo (KONIEC SPOJLERA) jest jedną z najbardziej przełomowych i pięknych scen serialu.

 

Ed w kostnicy.

 

Bruce Wayne a.k.a. Batman (albo i nie)

Mały Bruce Wayne za wszelką cenę pragnie rozwiązać zagadkę śmierci swoich rodziców i zrealizować ich wizję sprawiedliwego miasta. Oprócz badania powiązań między ważnymi ludźmi w garniturach, zajmuje się też analizą projektów Wayne Enterprises i bierze udział w imprezach charytatywnych. Potrzeba sprawiedliwości i trudności napotkane podczas realizacji planów z czasem powinny przyczynić się do przemiany Bruce'a w Batmana, ale nie wiem czy w tym przypadku twórcy serialu zachowają zgodność z kanonem. Jeśli Alfred nie zostanie Bamanem, to może zachowają. Ciekawie pokazano relacje Wayne'a z Seliną (chociaż nawet Selinie bliżej do Batmana, niż Bruce'owi...).

 

A może będzie z niego Batman...

 

Alfred

Postać wspaniała. Od razu widać, że jest jedyną osobą na świecie, która potrafi wychować Batmana.  Aktor, który gra Alfreda jest synem trzeciego Doktora, co szczerze mówiąc trochę widać - być może to właśnie jego doktorowatość sprawia, że jest tak dobrym nauczycielem. Chociaż jak zwykle w przypadku Alfreda, inni bohaterowie traktują go pobłażliwie. Obsesja Alfreda? Alfred jest ponad obsesje. Chociaż dla ludzi, których kocha potrafi naprawdę sporo poświęcić.

 

Z tym panem lepiej nie zadzierać.

 

Jim Gordon

Człowiek sprawiedliwy. Batman bez maski. Nie boi się niczego, a gdy się boi, to z tym walczy. Policjant z powołaniem, którego nie zabiło nawet najbardziej brudne i skorumpowane miasto na świecie. Jest tak uczciwy, że ma problem z korzystaniem z przysług pewnego kolegi, który bardzo go lubi, ale ma lekko psychopatyczny charakter...

 

Bohaterski Gordon bohaterzy z dzielnym partnerem u boku.

 

 Barbara Kean

Postać z obsesją na punkcie nieużywania mózgu. Może tylko sprawdza jak długo człowiek potrafi przeżyć bez myślenia, a może po prostu myślenie jej nie wychodzi. W każdym razie nawet rycerz sprawiedliwości bezgranicznie wierzący w ludzi w końcu się połapał, że ciężko z nią wytrzymać. A to coś znaczy.

 

Barbara udająca, że myśli.

 

Harvey Bullock

Ogólnie mówiąc Harvey to Jim Gordon po przejściach. Zaczynał, wierząc w swoje policyjne powołanie i walcząc z przestępczością na wszelkie możliwe sposoby, z czasem dostrzegł, że Gotham jest zbyt zepsute aby je ratować i przystosował się do panujących tam warunków. Dzięki Gordonowi pasja Bullocka znów odżyła, chociaż lata leniwych doświadczeń, obserwacji i przedkładania przerwy obiadowej nad obowiązki wyraźnie odbiły się na jego kondycji (i poczuciu humoru). Bullock nie obnosi się ze swoim policyjnym powołaniem, na szczęście Gordon i tak je dostrzega, dzięki czemu ich współpraca układa się wręcz wzorowo. Chociaż zazwyczaj tego nie widać. Jego supermocą jest lojalność - udaje, że nie obsesyjna, ale sposób w jaki pobiegł łapać kieszonkowca w porze lunchu w piątym odcinku mówi sam za siebie.

 

Harvey w pracy.

 

To tylko kilka przykładów. W serialu występuje mnóstwo innych bohaterów, którzy za swoimi obsesjami podążają prosto w ogień - jak choćby Crane'owie ze swoim strachem, Ivy pielęgnująca miłość do zieleni, gang Red Hooda pragnący sławy, Zsasz kochający tortury, czy panowie w garniturach tak zaślepieni walką o władzę, że nie widzą co pod ich nosem wyprawia Pingwin (serio, jak można nie widzieć co wyprawia Pingwin?). Co ciekawe, naprawdę wyjątkowi są w Gotham ludzie, którzy sprawiają wrażenie zupełnie przeciętnych. Ci, którzy nie walczą z własnymi demonami, chociaż są świadomi demonów, które ich otaczają. Tacy jak doktor Thompkins - prawdopodobnie najbardziej zrównoważona osoba w Gotham.

 

Ktoś tu szukał bohaterów?



 

Live long and prosper.

piątek, 07 listopada 2014

Dzień dobry. To nie jest poważny wpis, choć powstał w ramach walki z bardzo poważnym problemem (zniechęcanie ludzi do oglądania filmów budzi we mnie żądzę mordu. Jeśli ktoś kiedyś zabije Internet, to może nawet się przyznam). Ze względu na pewne okoliczności (czyli premierę Interstellar - filmu, który zobaczy wiele istnień ludzkich) postanowiłam pomóc nieco w przygotowaniach do seansu. Na podstawie doświadczeń własnych oraz obserwacji osobników na sali kinowej udało mi się stworzyć mini instrukcję. Jeśli chcecie, aby seans Interstellar był w pełni udany, nie pomijajcie ani jednej czynności!

 

Ładny plakat? Film też ładny, i to na wielu płaszczyznach.

 

Instrukcja chodzenia do kina na Interstellar:

1. Zdecydować się na obejrzenie Interstellar lub pozwolić zawlec się do kina siłą (bardzo ważny punkt!)
2. Przygotować koc na szok.
3. Kupić batoniki.
4. Zabrać zegarek do sprawdzania czasu bez świecenia ludziom po oczach telefonem (film jest długi, a ekrany zbyt jasne, zwłaszcza w kosmosie).
5. Podążyć do kina (najlepiej za wielkim napisem IMAX), kupić bilet (lub zakupić bilet 2 tygodnie wcześniej, dzięki czemu można się do niego uśmiechać podczas napadu kryzysu egzystencjalnego).
6. Wejść do sali, znaleźć swoje miejsce i usiąść... (to także bardzo ważny punkt).
7. Przespać reklamy (można w tym czasie popatrzeć na piękną ulotkę Kosogłosa znalezioną przy kasach). Warto chociaż minimalnie zwracać uwagę na to, co dzieje się na ekranie, bo prawdopodobnie gdzieś tam czai się Bilbo Baggins, i do niego także trzeba się uśmiechnąć.
8. (;wd;esjas563d6855s5SDSAD'AD;;wd,;.llm2) <3 <3 <3 <3
9. Zdziwić się, że film się skończył.
10. Wysłuchać okrzyków z sali (w tym przypadku można zaobserwować bardzo ciekawe reakcje - jedni krzyczą "arcydzieło!", a inni "czemu mnie budzisz?!").
11. W autobusie przypomnieć sobie o batonikach i szybko je zjeść.
12. W domu przypomnieć sobie o zegarku i zdenerwować się na koc o to, że na niektórych scenach tak się bał, że sam potrzebował kocyka.
13. Polecić komuś film (nawet jeśli się nie podobał). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy będą przez trzy godziny siedzieli sparaliżowani z wrażenia. Do wielu nie trafi przesłanie (nie chodzi o zrozumienie - zakładam, że ludzie mają mózgi), czarna dziura nie zakręci im w głowie, niektórzy na samą wzmiankę o teorii względności pójdą spać, a epicka muzyka Zimmera będzie działała drażniąco na ich uszy i głowy. Inni z kolei zanudzą się na scenach dramatycznych, albo dostaną zawału na widok czegoś dużego i groźnego. Mimo to uważam, że Interstallar to twór wyjątkowy, któremu warto poświęcić kilka godzin. Nie pogryzie (a jakby pogryzł, to przyjmuję zażalenia).

 

179 zasada prowadzenia bloga: zawsze wykorzystuj okazję do pokazania boskiej muzyki Hansa Zimmera.

 

Live long and prosper.

poniedziałek, 03 lutego 2014

Dzień dobry. Ten wpis jest bezinteresowną reklamą pewnego serialu spowodowaną faktem, że czekam na niego tak, jakby był co najmniej Sherlockiem (porównanie wytworu telewizyjnego do Sherlocka to największy komplement, na jaki mnie stać. Przede wszystkim dlatego, że jestem przekonana, iż Sherlock wzniósł się na wyżyny sztuki serialowej, w dodatku jest zupełnie #notdead).

Zapewne większość już wie, że za 25 dni rozpocznie się sezon na ludzinę. Fakt ten powołuje do życia wiele skomplikowanych pytań natury kulinarno-kryminalnej, na które nie można tak po prostu odpowiedzieć. Wprawdzie serial, o którym mowa (czyli "Hannibal") oparty jest na książkach, które zawierają bardzo konkretną fabułę, ale niestety nie jest ona w stanie rozwiać żadnych wątpliwości. Bryan Fuller (który stworzył serial) jako człowiek o naturze trolla robi z książkami mniej więcej to, co Największe Trolle BBC z książkami Sir Arthura Conan Doyle'a - wybiera z nich kluczowe elementy, które wykorzystuje jako podstawę scenariusza oraz nieistotne drobiazgi, które upycha w różnych scenach ku uciesze fandomu, a całą resztę wrzuca do mentalnego miksera i miksuje z wyobraźnią. Czasami efekty da się przewidzieć, a czasami trzeba przez pół godziny szukać szczęki na podłodze - dlatego właśnie lepiej nie zakładać niczego z góry.

 

(gif skradziony podstępnie i z zachwytem stąd)


A oto pytania, które dręczą osoby czekające:

Kogo zje pan w masce?
Kto zje pana w masce?
Ile osób stanie się obiadem kogoś, gdy pan w masce będzie w masce?
Kogo zje maska?
Czy pan w masce zje maskę?
Czy przerażone i uciekające osoby z trailerów zostaną zjedzone?
Jeśli tak, to czy przyjaciele uciekających i przerażonych osób będą (nieświadomie lub świadomie) uczestniczyły w procesie spożywania ich?
Z marchewką, czy bez?
A może zjedzą się sami?
Czy ktoś w ogóle przeżyje apetyt pana z tytułu?
...a może to on wyląduje na talerzu?...
...lub w masce?...

I ostatnie, najważniejsze: CZY KTOŚ POMOŻE WILLOWI GRAHAMOWI (nie zjadając go przy okazji)?


Zaczniemy się dowiadywać już 28 lutego.

PS: Opis dotyczy zbliżającego się drugiego sezonu Hannibala. Jeśli ktoś nie miał do czynienia z serialem, a intrygują go problemy natury kulinarno-kryminalnej, to ma doskonałą okazję, aby nadrobić pierwszy sezon. W tym roku lepszej nie będzie ;)


Live long and prosper.

czwartek, 26 grudnia 2013

Dzień dobry. Dziś opowiem o czymś, co niesie nadzieję zrezygnowanym, uśmiech załamanym, rozrywkę znudzonym i przy okazji kopie po głowach snobistycznych kinomanów. Jest to trzecia część trylogii Cornetto pod tytułem The World's End.

 



Na początek parę prostych uwag, które można poznać dzięki opisom dystrybutorów, trailerom i zdjęciom promocyjnym. The World's End to film opowiadający o piątce przyjaciół, którzy wyruszają w trasę po pubach ("Golden Mile"), aby dokończyć to, czego nie skończyli wiele lat temu, w najszczęśliwszym dniu swego życia. Zasada jest jedna - muszą wypić po jednym piwie w każdym z 12 pubów należących do trasy, okoliczności robią jednak wszystko, aby uniemożliwić przyjaciołom dotarcie do ostatniego kufla. Najważniejszymi przeszkodami okazują się dorosłe życie oraz kosmiczne roboty pełne niebieskiej mazi (a konkretnie: pełne mazi w kolorze TARDIS Blue w świetle słonecznym, za czasów dziesiątego Doktora). Tak naprawdę sprowadzanie filmu do tak prostego opisu oznacza krzywdzenie filmu oraz inteligencji samych widzów, a sugerowanie się nim podczas wyboru seansu może się zakończyć cichym szlochem w poduszkę i skrzywionymi uśmiechami - nie jest bowiem żadną tajemnicą, że choć niebieska maź leje się na ekranie w ilościach porównywalnych z ilością bursztynowego napoju, pod litrami płynów kryje się znacznie ciekawsze przesłanie.



 Poniżej raczej interpretacja, a nie recenzja (co i tak nie uchroni was przed spojlerami ;).

 

Przygoda zaczyna się od pokazania spokojnego, ustatkowanego życia czterech muszkieterów i niezbyt szczęśliwego, ale szalonego życia piątego, zwanego Królem. Piąty muszkieter za pomocą podstępu i charyzmy, której nie może oprzeć się nawet samochód z 1990 roku, namawia starych przyjaciół do dokończenia tego, co zaczęli 20 lat temu. Gdy podróż po pubach rozpoczyna się, pojawia się jednak mały problem z odpadającymi głowami - kosmiczni podmieńcy. Twórcy nie ograniczyli się do delikatnych sugestii, tylko uparcie powtarzali wprost, że kosmici są robotami, czyli niewolnikami. Co ciekawe - byli tak postrzegani jedynie z zewnątrz, sami uważali się raczej za istoty wyższe, wypełniające szlachetną misje, niepojętą dla kilku pijanych, ludzkich istot próbujących cieszyć się chwilą. Wystarczy rozejrzeć się na byle jakiej ulicy, aby dostrzec, że roboty nie są jedynie wymysłem scenarzystów. W realnym świecie ich wnętrza nie są jednak niebieskie, a głowy nie odpadają tak łatwo, za to postrzeganie świata i dążenie do zasymilowania nieprzystosowanych jednostek nie ulega najmniejszej zmianie. Mówiąc wprost - roboty to ludzie złapani w wir dorosłości, którym poprzewracało się w głowach. Nauczyciele, którzy nie tolerują młodzieńczego bujania w obłokach, realiści twardo stąpający po ziemi, a także biedacy, którzy zatonęli w wirze pracy, zapominając o swoich dawnych marzeniach. Wszyscy ci ludzie myślą o sobie jako o wolnych jednostkach, przystosowanych do współczesnego trybu życia - nie wiedzą jednak, że "przystosowując się" zgubili gdzieś po drodze ważną cząstkę siebie - tę cząstkę, która umożliwia niektórym ludziom latać, a niektórych prowadzi do bliskiego kontaktu z chodnikiem naprzeciwko pobliskiego baru. Świadomość istnienia tej cząstki stała się impulsem do stworzenia rzeczy wspaniałych. To dzięki niej ludzie brną powoli naprzód zamiast wegetować, i snują wspaniałe plany podążania tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Czasami zderzenie ideałów z rzeczywistością jest bardziej bolesne, niż oberwanie cegłą między oczy (wtedy kończy się na chodniku), lecz mimo to warto o nie walczyć. Zaniechanie walki oznacza śmierć cząstki i dobrowolne zamienienie swojej egzystencji w niewolniczą wegetację. Bohaterowie filmu są przykładem różnych sposobów radzenia sobie z tym problemem: niektórzy poddali się i zatracili swoją cząstkę dawno temu, niektórzy wciąż są sobą, choć robotyczny świat przyciąga ich niczym przeciwnie naładowany magnes, niektórzy pomimo usilnej walki w końcu ulegają i stają się częścią sieci, tylko Gary King jest idealistą, który woli zginąć, walcząc o browara w samym środku inwazji niebieskokrwistych potworów, niż poddać się i zostać jednym z nich. Takie spojrzenie na ludzi stawia do góry nogami budowaną od lat wizję idealnego społeczeństwa, pokazując, że ci, którzy pozornie wydają się najsłabsi i wykluczeni, często są najsilniejsi, a ci, którzy zabrnęli najwyżej na drabinie zbudowanej z bogactwa i kariery, kończą jako puste marionetki z zaburzonym postrzeganiem rzeczywistości. Film nie ma jednak na celu burzenia ładu społecznego, nie nie. Mimo wszystko jest to tylko kawałek rozrywki, która ma jedynie skłonić do refleksji tych, którzy bez względu na sugestywny opis dystrybutora postanowili obejrzeć film uważnie. Nie jest to także nic nowego, w końcu w poprzedniej części trylogii podobną wizję przedstawiono za pomocą żywych trupów atakowanych brutalnie winylami. Tutaj mamy za to do czynienia z ostatecznym zakończeniem problemu błądzenia po świecie potworów. Jest nim apokalipsa.

Niekoniecznie apokalipsa rozumiana dosłownie, kończąca się brakiem zieleni, coca coli w lodówkach i gangami kanibali na ulicach. Apokalipsa może dokonać się w głowie każdego człowieka - wystarczy tylko zburzyć sztywne struktury ograniczające swobodę myślenia i zachowania. Świat wolny od zombie i kosmicznych robotów to świat, w którym nikt nie musi przychodzić na ósmą do pracy, ani sprawdzać twittera co 10 minut (przykłady nie są idealne dobrane, ani zobowiązujące - ogólnie chodzi o świat, w którym każdy może powiedzieć o sobie, że choćby w minimalnym stopniu jest osobą wolną). W filmie doprowadzono tę wizję do granic absurdu, zabijając technologię i zmuszając bohaterów do życia na wzór przodków. Być może każdemu z nas przydałaby się taka mała wycieczka do średniowiecza, ale dopóki mamy sprawne mózgi, możemy mieć nadzieję, że od czasu do czasu uda nam się wyciągnąć wnioski bez cofania się w rozwoju o kilkaset lat.

 


The World's End to ciekawy kawałek kina także pod względem technicznym - nic zresztą dziwnego, w końcu zagrali w nim aktorzy, którzy nie potrafią źle grać (m.in. Simon Pegg, Martin Freeman, Nick Frost, David Bradley, Rosamund Pike, a głosu kosmicznej sieci udzielił Bill Nighty), a poskładany jest wystarczająco charakterystycznie i intrygująco, żeby na scenie zawierającej Alabama Song zakrztusić się orzeszkiem i nie zwrócić na to uwagi (podziękowania wędrują do Edgara Wrighta). Humor jest za to takim samym małym arcydziełem, jak żywy plastik sterowany umysłem, atakujący ludzi w Doctorze Who. Nie każdemu podejdzie, ale jeśli już do kogoś trafi, to może się okazać, że widz oberwie niczym strzałą kupidyna i wyzna dozgonną miłość wyspiarskiemu postrzeganiu dowcipu (film ma formę satyryczną, więc bez zrozumienia dowcipu może być ciężki do oglądania). Na koniec dodam, że według mnie jest to godne zakończenie trylogii Cornetto (na wypadek gdyby ktoś miał wątpliwości, że film wchodzi w skład jakiejś trylogii, na ekranie pojawił się nawet właściwy papierek od loda), do którego pewnie nie raz wrócę.


Nawiązań do poprzednich części jest więcej, niż mogłoby się wydawać.


PS: oczywiście zapomniałam o najważniejszym - film jest kolejnym dowodem na prawdziwość złotej zasady "Take a Brit and dye him black", czyli potwierdzeniem, że czarna farba do włosów została wynaleziona po to, aby ostatecznie skończyć na głowach brytyjskich aktorów i podnieść w ten sposób estetykę świata. Tym razem w roli farbowanego wystąpił Simon Pegg.




Live long and prosper.

piątek, 29 listopada 2013

Dzień dobry. Obiecałam suplement do recenzji Thora: The Dark World złożony z refleksji od czapy, oto i on (recenzja znalazła się wczoraj na facebooku i brzmi: "AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!" plus serduszka). Na początku lojalnie uprzedzam, że jeśli ktoś nie widział filmu, to niech czym prędzej stąd ucieka, bo spojleruję. Nie ma wprawdzie żadnego przepisu prawnego zabraniającego czytania spojlerowych tekstów, ale dla dobra ludzkości zaraz zgłoszę wniosek do Proklamacji Cieni.

SPOJLERY TAKŻE OBRAZKOWE.



Oto refleksje od czapy, czyli rzeczy, których dowiedziałam się oglądając drugą część Thora:

1. W Svartalfheimie jest zasięg.
2. I północ.
3. I mnóstwo butów.
4. O rany, chyba wiem gdzie się podziały wszystkie moje zaginione gumki do włosów.
5. Nigdy nie można z całą pewnością stwierdzić, że coś wymarło.
6. Loki jest fajny.
7. Czy ktoś przypadkiem nie podwędził Romulanom czerwonej materii?
8. Może po prostu mroczne elfy oglądały Star Treka, a ich obsesja na punkcie eteru wyglądającego i działającego podobnie jak czerwona materia (tzn działająca inaczej, ale ostateczne efekty są podobne) to przejaw mrocznego fangirlingu.
9. Ryzyko utraty równowagi w metrze wzrasta, gdy obok stoi nordycki bóg.
10. W trakcie jedzenia śniadania warto odsłonić okno, żeby zauważyć spadającą z nieba istotę w pelerynie.
11. W każdym mieszkaniu powinien znajdować się przyzwoity wieszak na młoty.



12. Czy Loki nie jest przypadkiem rektorem Królewskiej Akademii Szczwanych Planów, o której wspomniał kiedyś szczwany lisek Edmund Czarna Żmija?
13. Jeśli w kryzysowej sytuacji nie zadziała okrzyk "Beam me up, Scotty", to warto spróbować "Heimdall, open the Bifrost!"
14. Nic dziwnego, że ciągle jacyś kosmici uznają ludzkość za beznadziejną rasę i próbują ją zgładzić, skoro prawie nikt nie potrafi usiedzieć na filmie Marvela do końca napisów.
15. Loki jest fajny (a nie, to już było).
16. Jak to nie ma w Anglii znaków ostrzegających przed hasającym radośnie stworem z Jotunheimu?!
17. Ekipa Jane Foster posiada urządzenie, które nie robi ding.
18. Czy Malekith nie jest przypadkiem anagramem słowa Valeyard? A nie, jednak nie.




19. Trzeba być miłym dla kruków, bo inaczej mogą poskarżyć się Odynowi i będzie problem.
20. W razie awarii parasola warto wezwać Thora. Tylko głośno, żeby Heimdall usłyszał.
21. Nie wolno oceniać zawartości głowy człowieka po jego spodniach.
22. Wkurzony elf morderca potrafi docenić wskazówkę na temat korzystnego kierunku przemieszczania się.
23. Mamy kolejne logiczne wyjaśnienie znikających pszczół. Ciekawe tylko dlaczego nikt nie zauważył znikających ptaków.
24. Jeśli z dachu spadają dwie osoby, to trzeba kibicować tej w czerwonej pelerynie.
25. Bohater, który czyta książki najaktywniej używa mózgu.



26. A ten, który ma młot jest najbardziej bohaterem.
27. Za to rozmiar nie ma znaczenia, największy bohater bywa największym mięczakiem.
28. A sukienka nie ma związku z walecznością.
29. Istnieje idealny strażnik. Ma twarz Idrisa Elby i boi się go nawet apokalipsa.



30. W razie spotkania płonącej łódki lepiej nie rzucać się na nią z gaśnicą.
31. Jeśli umiera ktoś z angielskim akcentem, to przed rozpoczęciem żałoby warto na wszelki wypadek poszukać go w okolicy (refleksja pod patronatem Sherlocka).
32. Gniew jest godny zaufania (niestety nie wiadomo co z dżemem i kotkami).
33. Thor wymykał się gdzieś nocami. To jasne, że brał tajne lekcje w Akademii Szczwanych Planów. Skutek był taki, że zadziwił swojego rektora.
34. Gdyby zaczynano wojny od pokonywania największych i najgroźniejszych osobników, być może nie byłoby wojen.
35. Cytat roku brzmi ta-da. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że nie widział filmu.
36. To, że coś się pali nie oznacza, że sprawy wymykają się spod kontroli.
37. Logo Marvela jest cudowne w 3D. Rysowane napisy końcowe też.
38. Sherlockiści mniej płakali na filmie, jeśli stosowali metody dedukcji. To elementarne.




Thor zawiera oczywiście znacznie więcej ciekawostek, dlatego zachęcam do samodzielnego wyciągania wniosków. Poza tym jeśli film wam się podobał, to trwajcie dzielnie w swym przekonaniu i nie dajcie sobie wmówić, że nie był tak dobry, jak wam się wydaje (to już luźna refleksja związana nie z filmem, ale z obecnymi w necie recenzjami).

Live long and prosper.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8