Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







czwartek, 31 maja 2012

Dziś będzie o zabawach pewnego fandomu. Wpis dla wszystkich, którzy widzieli najnowszego Sherlocka BBC (i nie tylko, nie ma spojlerów. No.. malutkie).

Jak zapewne wiecie, Sherlock jest serialem raczej specyficznym - i to oczywiste, że fani serialu również tacy są. Główną, rzucającą się w oczy cechą fanów Sherlocka jest to, że bardzo szybko się NUDZĄ.

 

 

Być może dałoby się tę zatrważającą nudę utrzymać na wodzy, gdyby nie to, że twórcy Sherlocka również są dość specyficzni i wycięli swoim szybko nudzącym się fanom kilka numerów, tak, alby mogli ponudzić się jeszcze dłużej i bardziej kreatywnie niż dotychczas.

1. Seria zakończona niewyjaśnioną zagadką.

2. Kontynuacja w najlepszym wypadku dopiero za rok.

W wyniku tak niefortunnego splotu wydarzeń fani bardzo szybko zaczęli się nudzić i wymyślać zabawy.

 

#1. Jedną z pierwszych ciepło przyjętych przez fanów zabaw było wypisywanie bzdur w miejscach do tego nieodpowiednich i rozpowszechnianie ich jak tylko się da. Najlepszym przykładem jest hasło na wikipedii "Martin Freeman is made of jam, kittens and rage". Martin Freeman gra w serialu doktora Watsona i z całą pewnością nie jest zrobiony z dżemu, kotków, ani gniewu, a tym bardziej ze wszystkiego na raz, ale nikt się tym za bardzo nie przejmuje i juz wkrótce powstało mnóstwo artystycznych wizji ilustrujących powyższą tezę. Było wesoło, ale szybko się znudziło.

 

 

#2. Wydry.

Każdy fan Sherlocka wie, że Sherlock tak naprawdę jest wydrą, a John jeżem. Nawet odtwórcy głównych ról o tym wiedzą. Ilość wizerunków obnażających ukrytą prawdę na temat ich prawdziwej tożsamości jest na tyle duża, że to nie może być nieprawda.

 

 

Dodatkowo atmosferę podgrzał odcinek Cabin Pressure "Ottery Saint Mary", w którym wydry odegrały ważną rolę. Jedną odegrał też Benedict Cumberbatch (Sherlock), a to na pewno nie mógł być przypadek.

 

#3. Zabawa kulturalna, grzeczna i powszechnie aprobowana - wymyślanie teorii na temat zakończenia drugiego sezonu. Teorii powstało już tyle, że gdyby ktoś chciał je wszystkie przeczytać, to być może skończyłby akurat na premierę trzeciej serii. Mnóstwo kreatywnych pomysłów, a także tych trochę mniej kreatywnych.

 

#4. Zabawa odrobinę mniej kulturalna i powszechnie aprobowana - czy ktoś spotkał na ulicy podobny plakat?

Jeśli tak, to znaczy, że może pochwalić się bezpośrednim kontaktem z czwarta zabawą. To międzynarodowa akcja pod hasłem "Believe in Sherlock/Moriarty is Real". W dużym skrócie - wszelkie plakaty, graffiti, karteczki samoprzylepne w książkach w bibliotekach publicznych i ołtarzyki w oknach są wyrazem poparcia dla Sherlocka po tym, co wydarzyło się pod koniec ostatniego odcinka drugiej serii. I nic nie da tłumaczenie fanom obklejającym przystanki autobusowe plakatami, że to tylko serial. Trzeba wierzyć w Sherlocka i kropka.

 

 

#5. Wszelkiego typu fanarty i twórczość w zasadzie bez konkretnego celu. Zabawa dość powszechna i nigdy się nie nudząca, ale musiałam dodać tę kategorię, żeby pokazać to (uwaga, spojler):

 

 

#6. Dla fanów ACD - poszukiwanie nawiązań do oryginalnego kanonu Sherlocka Holmesa. Na przykład "Speckled Blonde" nie jest nakrapiana przypadkiem. Niestety materiał szybko się wyczerpuje.

 

#7. Odpowiadanie na wszelkie pytania odpowiedzią Martina Freemana, która padła podczas pewnego wywiadu. Odpowiedź jest oryginalna i pasuje niemal do wszystkiego. Wrażliwi niech nie patrzą na poniższy obrazek ;)

 

Jeśli ktoś wrażliwy spojrzał i się oburzył, niech wie, że pytanie nie było zbyt przyjemne i dotyczyło tego, czy nie jest mu przykro, że gra podrzędną rolę. Z tekstem powstały już nawet koszulki.

 

#8. Ostatnia, najnowsza, moja absolutnie ulubiona zabawa, która zainspirowała mnie do napisania tego wpisu. Czy znacie wartość naleśnika? Tak, właśnie - naleśnik, pancake. Ostatnio w różnych dziwnych miejscach (pokroju twittera) ludzie wypisują cytaty z Sherlocka, zastępując kluczowe słowa wyrazem pancake. Nagle okazuje się, że cały serial nabiera nowego sensu gdy dowiadujemy się, że Moriarty nie jest człowiekiem, tyko naleśnikiem, a sir Henry panicznie boi się śladów ogromnego naleśnika. Specjalnie skopiowałam kilka przykładów z facebooka Zwierza, ponieważ jestem zbyt leniwa, żeby zaglądać na twittera.

"Sherlock Holmes is a great man, and maybe one day, if we're very lucky, he might even be a good pancake."

"I may be on the side of the pancakes, but don't think for one second that I am one of them"

"I don't have friends. Just pancakes."

"Mr holmes, they were the footprints of a giant pancake"

"Every fairytale needs a good old-fashioned pancake."

"And honey, you should see me with a pancake."

"Once you have eliminated the impossible, whatever remains, however improbable, must be the pancake."

"You're a pancake. In fact you're an army pancake."

"Alone is what I have, alone protects me" "No, pancakes protect people".

 

Pewnie starsza, wykształcona brać zastanawia się, jak coś takiego może kogokolwiek śmieszyć. Cóż, na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że śmieszą mnie jeszcze głupsze rzeczy, a im większy poziom absurdu, tym weselej.

 

 

To tyle jeśli chodzi o zabawy fandomu Sherlockowego. Do premiery pozostał jeszcze przynajmniej rok, a ja już nie mogę sie doczekać, aż fanom wyczerpią się naleśnikowe cytaty i wymyślą coś nowego.

 

Na koniec specjalne podziękowania dla Zwierza Popkulturalnego, za naganianie mi czytelników w tych trudnych dla bloga czasach oraz dla Sherlockisty, za umożliwienie mi jeżdżenia w górę i w dół na blogrollu na Sherlockianach. I dla innych pomocnych, o których nie wiem.

 

PS: pamiętajcie o Big Benie! tapety już ustawione? ;)

środa, 30 maja 2012

Witam wszystkich brytofili czytających bloga, a także tych nieczytających oraz tych, którzy brytofilami wcale nie są, a czytają lub nie. Witam również wszystkich pijących herbatę oraz.. no dobrze, wystarczy. Reszta niech przywita się sama, najlepiej z szerokim uśmiechem i świadomością, że gdybym się odrobinę nie zaplątała, z chęcią ich również bym przywitała. Skąd ten entuzjazm? Mój debiut wprawdzie nie popchnął nikogo do popełnienia komentarza, ale wiem, że przynajmniej jedna osoba zapłakała nad Dalekiem bez głowy - a to już jest dobry powód, żeby kontynuować radośnie grafomańskie rozważania.

 

Dziś poruszę bardzo ważną kwestię - otóż wiadomym jest od wieków, i nie jest to wcale żadną tajemnicą, że każdy chce mieć zdjęcie z Big Benem. Młodzi, starzy, mężczyźni, kobiety, dzieci, rodziny, koty, Dalekowie... zastanawialiście się kiedyś dlaczego?

 

 

 

Otóż, przyczyn jest wiele. Big Ben jest duży, ciężki, stary, neogotycki, niezwykle fotogeniczny, proporcjonalny, ma kolor doskonale pasujący do otoczenia (zwłaszcza o zachodzie słońca), wieżyczkę (ludzie kochają wieżyczki), duży dzwon i dwa mniejsze, 2,5 tonowe wahadło (!), a przede wszystkim - wskazuje godzinę, w dodatku z kilku stron. Ponadto znajduje się w atrakcyjnym otoczeniu, przy odrobinie szczęścia można uchwycić również Tamizę albo London Eye. Wiadomo, że im więcej zabytków w jednym miejscu, tym bardziej wzrasta atrakcyjność zdjęcia. Tak duże nagromadzenie pozytywnych cech sprawia, że nawet koń Boudiki nie może się oprzeć urokowi Big Bena:

 

 

Ale to nie wszystko. Big Ben jest jednym z najbardziej cenionych aktorów Londyńskich, w dodatku każdy może go zatrudnić. Nie wierzycie? Podam kilka przykładów:

 

 #1. W 'Dziwnym przypadku końca cywilizacji jaką znamy' (w rolach głównych m.in. John Cleese i Connie Booth) padła słynna kwestia (tak naprawdę niezbyt słynna): 'Przynieście więcej herbaty, snajper znajduje się na Big Benie.' To doskonały dowód na to, że Big Ben jest nie tylko ładny, ale i użyteczny, chociaż w rzeczywistości mieści się w nim tylko 15 obywateli brytyjskich, którzy  odpowiednio wcześniej dokonali rezerwacji (tylko czekać, aż rozwinie się czarny rynek wejściówek dla cudzoziemców).

 

Wprawdzie nie ma tu Big Bena, za to jest bardzo ładne logo metra.

 

#2. 'Black Books'. Uwielbiam ten serial, więc pewnie napiszę o nim więcej, niż ktokolwiek chciałby kiedykolwiek przeczytać, ale na razie wspomnę tylko o decydującej roli, jaką Big Ben odegrał w jednym z odcinków. To dzięki niemu księgarnia nie zbankrutowała, gdy właściciel - Bernard Black, przegrał cały majątek w pokera. Majątek odzyskali główni bohaterowie oszukując w pokera, ale nie udałoby im się to, gdyby nie udawali amerykańskich turystów rozmawiających o Big Billu, których pazerny pokerzysta zaprosił do gry, urzeczony ich głupotą i ignorancją. Big Ben został bohaterem, księgarnia ocalała i powstały jeszcze trzy cudowne odcinki.

 

 

#3. Monty Python. W 4 odcinku 4 serii Latającego Cyrku Big Ben był świadkiem poważnego przestępstwa - prezenter BBC został oskarżony o kradzież fotela, na którym siedział na chodniku, a następnie brutalnie z niego strącony. Jednak najważniejsze było to, co nastąpiło później - policjant udowadniał swoją tożsamość za pomocą numeru identyfikacyjnego na hełmie policyjnym, zachwalając wyższość prawdziwych hełmów nad innymi hełmami bez numerów, kupowanych masowo w sklepach z zabawkami. Pożyczył nawet drugi fotel od właścicielki, tak interesująca okazała konwersacja. Big Ben na co dzień przesiaduje tam w swoim wielkim, niewidocznym fotelu, a jego wartość można ocenić choćby na podstawie tego, że specjalnie dla nakręcenia tej sceny przytargano na środek chodnika dwa naprawdę spore meble.

 

 

#4. Widzieliście kiedyś Sherlocka Holmesa bez Big Bena? Wiem, wiem... Livanov, Basil Rathbone... ale chodzi mi o takiego prawdziwego, rasowego, brytyjskiego Holmesa. Big Ben jest obecny nawet na okładce jednego z nagorzej obsadzonych Sherlocków w historii:

(pożyczone od Sherlockisty ;)), co sprawia, że nawet zawiedziony widz ma świadomość, że przynajmniej jeden bohater znalazł się na swoim miejscu i robi to, co do niego należy - a mianowicie pracowicie odmierza czas na brzegu Tamizy.

 

Na koniec zdjęcie jednego z najwspanialszych Sherlocków (Jeremy Brett), oczywiście z bohaterem dnia.

 

 

Dlaczego akurat dziś taki temat? Jutro wypada 153 rocznica istnienia Big Bena - zanim pochylimy głowy w podziwie dla bohatera, wypada uświadomić sobie kim ten bohater jest (a także zdążyć ustawić go na tapecie :)) Tak więc - owocnego wyszukiwania tapet!

 

PS: skoro już marnuję czas na facebooku, założyłam dla bloga specjalną, bardzo brytyjską stronę, żeby marnować go więcej. Link po lewej, zapraszam.

wtorek, 29 maja 2012

Dzień Dobry, witam wszystkich czytających pierwszą notkę na blogu o celu jeszcze niesprecyzowanym, który zaraz uroczyście poznacie.

To będzie blog brytyjski. Nie brytyjski - Brytyjski Brytyjski, aż do obrzydzenia. Będzie zawierał długie wywody na temat rodzajów herbaty, wymiarów Big Bena, odmian irlandzkiego akcentu. Ale to okazyjnie. Przeważnie będę starała się wyjaśnić dlaczego Dalek wpadający do Tamizy jest biedny,  25 maja nie powinniśmy rozstawać się z ręcznikiem, a diaboliczny śmiech zawsze musi występować w towarzystwie diabolicznych gestów. Bo to będzie blog przede wszystkim o tym, co kocham - czyli o Brytyjskiej popkulturze oraz (mniejszym stopniu) o kulturze. Zachwyty nad Dickensem przeplatane analizą fenomenu czapki Sherlocka Holmesa będą na porządku dziennym.

Warto też uprzedzić, że moja składnia i język mogą pozostawiać wiele do życzenia - tak się złożyło, że niewiele miałam do czynienia ze środowiskiem humanistycznym, więcej z pewnymi strasznymi ludźmi w białych kitlach z pipetami i mikroskopami. Tak więc czepialstwo i konstruktywne uwagi zawsze mile widziane :)

Koniec wstępu i ostrzeżeń, pora przejść do rzeczy. Dziś będzie o Dalekach.

Dalek jaki jest, każdy widzi. Przeważnie wygląda tak:

 

 

Na początek odrobina historii: pierwszego Daleka stworzyli Terry Nation i Raymond Cusick w 1963r, na potrzeby raczkującego wtedy serialu BBC znanego jako "Doctor Who". Minęło 49 lat, serial wciąż jest znany jako Doctor Who, a Dalekowie ciągle mają się dobrze - i chociaż ginęli już wiele razy, udało im się przetrwać do czasów obecnych w prawie niezmienionej formie.

 Tak podają oficjalne źródła. Teraz prawda prawdziwa.

 Dalek pochodzi z planety Skaro w Siódmej Galaktyce. Przeciętny przedstawiciel gatunku wygląda jak skrzyżowanie dużej pieprzniczki z żabą, nie posiada kończyn dolnych, a górne mają postać przepychaczki oraz końcówki od miksera. Ma wyraźnie wyodrębnioną głowę, jedno ruchome oko i element o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu, który w naszej kulturze przeważnie jest odbierany jako uszy, chociaż świeci.

 

Założyciel rasy Daleków mazywa się Davros i jest bardzo zły:

 

 

Głównym celem Daleków jest podbicie świata, więc z zasady muszą być źli. Mówią przerażającym przetworzonym głosem, przeważnie kończąc wszelkie konflikty i nieporozumienia tradycyjnym okrzykiem 'Exterminate' i likwidacją odbiorcy okrzyku laserem wydobywającym się z kończyny. Poruszają się sunąc po ziemi (lub nad), często w grupie, doskonale się rozumiejąc i często praktykując radosną 'eksterminację' wspólnie.

 

Dalekowie mają też drugą stronę natury - potrafią być przebiegli i sprytni, jak w odcinku 'Victory of the Daleks (napisanym przez Marka Gatissa, który zasłużył na mnóstwo akapitów), w którym przebrali się za specjalnie zaprojektowane do walki roboty, walczące razem z Anglikami na froncie w drugiej wojnie światowej. Nie przyznawali się do swojego pochodzenia, podawali herbatę, a w razie przykrości nikogo nie eksterminowali, tylko spuszczali potulnie oczko i sunęli przed ekranem, prezentując wymalowaną pod okiem flagę UK. Zważywszy na ich powszechnie znaną dumę i wybuchowość, ten odcinek był przełomem -rzucił światło na nieznane dotąd cechy charakteru małych pieprzniczek (wybaczcie).

 

 

 Jednak najwspanialsze jest to, że chociaż Dalek jest jaki jest - czyli okropnie niezgrabny, niezbyt dostojny i komiczny z tymi swoimi nietypowymi kończynami - to cały Doktorowy Wszechświat traktuje Daleków jak największe zagrożenie i przeważnie panicznie się ich boi. Pierwsze spotkanie Dziewiątego Doktora z Dalekiem jest doskonałym przykładem na to, że coś pozornie śmiesznego i niepoważnego może tak naprawdę wcale takie nie być:

 

 

Wszyscy wiemy, że najważniejsze jest wnętrze i to, co w środku. Wiecie co siedzi w środku Daleka? Jeśli nie, to dziś się nie dowiecie, ponieważ nie chcę nikogo przyprawić o zawał. Wrócę do tej kwestii przy najbliższej okazji ;)

 

 Pewnie Was zastanawia, dlaczego poświęciłam pierwszą notkę na prezentację wizerunku jakiegoś pospolitego kosmity... jeśli Was to nie zastanawia to znaczy, że na pewno należycie do grona osób, które wiedzą, co Dalek ma w środku - a jeśli Was to zastanawia, to ten akapit jest właśnie dla Was. Dalek jest historią, nieodłącznym elementem kultury Anglii od prawie 50 lat. Ma swoje miejsce w słowniku Oksfordzkim, a jego nazwa jest powszechnie używana jako coś, co z czystym sumieniem można nazwać archetypem (wiki: 'Dalek jest w języku angielskim rzeczownikiem pospolitym, określającym osobę mówiącą monotonnym głosem, przemawiającą tonem nie znoszącym sprzeciwu, nie uznającą innych poglądów niż własnego i 'idącą po trupach'.'). W kraju nad Tamizą Dalekowie są wyciągani na ulicę równie często jak pewna niebieska Budka (o której też kiedyś napiszę), a gadżety z ich osobliwymi kształtami można spotkać w nawet najmniej oczywistych miejscach.

 

 

Okazja do wyciągnięcia Daleka na ulicę nadarzyła się choćby w ostatnią sobotę w Cardiff, kiedy Matt Smith (11 Doktor) biegł ze zniczem olimpijskim. Niestety Daleków nie widziałam, ale dzień wcześniej świat miał szanse podziwiać to:

 

 

Na zakończenie.. obiecałam wyjaśnić, dlaczego Dalek wpadający do Tamizy jest biedny. Jak wskazuje kolorystyka wydarzyło się to w jednym ze starszych odcinków, więc nie pamiętam, czy to była Tamiza, w każdym razie na pewno akcja działa się na Ziemi. Zresztą, zobaczcie sami.

 

 

Dlaczego biedny? Bohater, do którego przywiązały się miliony ludzi na całym świecie wpada z rozmachem do wody.. niczym Sherlock Holmes do wodospadu w 'Ostatniej Zagadce'. Kto pamięta Reichenbach? Teraz możecie zapłakać.

 

Na dziś koniec, miłego spożywania napoju herbacianego.

1 ... 76 , 77 , 78