Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 06 lipca 2014

Dzień dobry. Facepalm jest powszechnie znaną metodą na wyrażanie zażenowania, objawiającą się poprzez przyłożenie dłoni do górnej części twarzoczaszki. Poprawne wykonanie go niektórym przychodzi naturalnie, inni z kolei potrzebują wielu tygodni praktyk, aby opanować tę sztukę. Pokażę teraz kilka metod wykonania facepalmu, aby ułatwić naukę oraz praktykę tej skomplikowanej ekspresji.

1. Spock wykonuje facepalm niepoprawnie. Wiadomo bowiem, że podczas wykonywania facepalmu należy przyłożyć rękę do własnej głowy, a nie do głowy człowieka stojącego w pobliżu.




2. Picard jest z kolei mistrzem facepalmów, więc jeśli ktoś poszukuje faceplamowego mentora, to powinien zabrać się za oglądanie Star Treka (a konkretnie TNG, w innych seriach raczej go nie znajdziecie). Jean-Luc przykłada dłoń do czoła i opuszcza głowę z wyrazem zrezygnowania na twarzy w klasyczny sposób. To on rozpoczął obecną modę na przykładanie sobie ręki do twarzy. Fantastyczny człowiek, genialny kapitan.


3. Godzilla ma krótkie łapki, a mimo to wykonuje facepalm prawidłowo. Trochę za bardzo skupia się na zasłonieniu jednej połowy twarzy, ale możliwe, że po prostu nie sięga dalej.


 

4. Facepalm Lokiego jest wręcz wzorowy. Od razu widać, że oglądał Star Treka.

 

5. 11 Doktor łączy facepalm z elegancją. Nie dość, że zazwyczaj udaje mu się nie zasłonić muszki, to w dodatku przed przyłożeniem dłoni do czoła (również w klasyczny sposób) zdarza mu się siadać na fotelu w pozie dopełniającej gest. Klasa!

 

 

6. Winchesterowie nie są ekspertami od facepalmów. Dean przykłada dłoń do czoła bez pochylania głowy, co czasami daje komiczny efekt, zwłaszcza kiedy nie chce mu się przerywać wykonywanych obecnie czynności. Sam z kolei robi nieśmiałe facepalmy rzadko, jakby obawiał się, że jego ręka może go zabić (zapewne oglądał Martwe Zło).

 

 

7. Charles Xavier starszy robi facepalm tak samo jak Picard, ponieważ tak naprawdę jest tą samą osobą. Za to Xavier młodszy wykonuje facepalm telepatycznie, używając dwóch palców przyłożonych do mózgu.

 

 

8. Niedocenianym, a genialnym facepalmowiczem jest Lestrade z Sherlocka BBC. Potrafi on zrobić nie tylko klasyczny facepalm, ale także widowiskowy double facepalm (z wykorzystaniem dwóch rąk) oraz tzw. headdesk lub facedesk, zwany u nas :ciap (źródłem słowa :ciap jest forum whomanistyczne, na którym jest to skrót często używanej emotki z chomikiem padającym na twarz).

 

 

 9. Przywódca Autobotów Optimus Prime robi facepalmy bardzo rzadko, co dodaje im powagi. Wykonuje je trochę w stylu Godzilli, zasłaniając tylko fragment twarzy, lecz widać, że wzoruje się na mistrzu Picardzie.

 

 

 

10. Ekspertami od robienia synchronicznych facepalmów są członkowie Pink Floyd. Na poniższym przykładzie popisuje się zespół w oryginalnym składzie z lat 70 (tzn już bez Barretta).

 

 

 11. Rzadkim, lecz potężnym zjawiskiem jest facepalm Elronda. Elrond jest mądry i spokojny, jego powaga trzyma w ryzach całe Rivendell. Założę się, że gdy daje upust emocjom za pomocą dłoni i czoła, nawet okoliczne drzewa opuszczają konary ze zrezygnowaniem.

 

 

12. Weeping Angels tylko udają, że robią facepalm. Tak naprawdę zasłaniają oczy, żeby nie utknąć w bezruchu podczas patrzenia na innego anioła (płaczące anioły już tak mają, że nie mogą się ruszać, gdy ktoś na nie patrzy).

 

 

To tyle. Live long and prosper.

PS: Zestawienie zawiera facepalmy wyłowione celowo z nieskończonego morza facepalmów. Jeśli znacie jakieś inne wyjątkowo ważne lub interesujące przykłady, to możecie się nimi podzielić ;)

sobota, 05 lipca 2014

Dzień dobry. Ostatnio cierpię na straszliwy brak czasu, dlatego blog również cierpi. Brak czasu nie przekłada się jednak na brak pomysłów. Jako fanka Wielkich Trolli BBC (czyli Stevena Moffata i Marka Gatissa) mam naturalną słabość do trollowania w sposób radosny wszystkiego, co żyje. Jest to trollowanie bardzo specyficzne, polegające na tym, że osoby znające i lubiące źródła nawiązań mogą się przez nie ucieszyć, a osoby nie znające źródeł zazwyczaj nie zwracają uwagi. Postanowiłam, że przedstawię tu co jakiś czas pomysł na mały i nieszkodliwy trolling, który nie kosztuje wiele wysiłku, a może sprawić nieco radości - być może ktoś zrobi z niego użytek i wzbogaci życie jakiejś istoty ludzkiej o nadprogramowy uśmiech.

Pomysł numer 1 - transformerowe trololo:
1. Znajdź znajomego z samochodem.
2. Dyskretnie dowiedz się, czy znajomy kojarzy/zna/lubi Transformers.
3. Jeśli już znajdziesz znajomego z samochodem, który zna Transformersów, poszukaj karteczki samoprzylepnej.
4. I narysuj na niej logo Autobotów (tylko nie pomyl z logiem Decepticonów, bo wtedy właściciel samochodu może zginąć).
5. Przy pierwszej okazji przyklej na kierownicę logo Autobotów.
6. Schowaj się za najbliższym krzakiem i obserwuj reakcję właściciela samochodu na widok karteczki.
7. Możesz się diabolicznie śmiać (byle cicho!).
8. Milcz i za żadne skarby świata nie przyznawaj się, że to twoja sprawka.

Metoda sprawdzona, oto Autobot mojego taty.

 

Live long and prosper.

czwartek, 12 czerwca 2014

Dzień dobry. Przed chwilą zorientowałam się, że nie wszyscy zdają sobie sprawę dlaczego na samym początku X-Men: Days of Future Past (a konkretnie podczas intro) fani zjeżdżali z foteli i wydawali z siebie radosne okrzyki. Powód jest bardzo prosty, i zarazem epicki.

Wstęp do Days of Future Past (właściwy początek ok 2 minuty).

Dawno, dawno temu Bryan Singer stworzył dwa pierwsze X-Menowe filmy. Po nich nastąpiła mała katastrofa w postaci trzeciego filmu, którego nie nakręcił Bryan Singer oraz mały cud w postaci Pierwszej Klasy, której także nie nakręcił Bryan Singer. Skomponowana przez Johna Ottmana muzyka do drugiego filmu zapadła w pamięć wielu fanom, bowiem była boska. Po małej katastrofie dodatkowo zaczęła kojarzyć się z czasami, w których wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a panem i władcą był prawdopodobnie największy fan X-Men, jaki chodził po tej planecie, czyli Bryan Singer. Mały cud traktowany był za to odrębnie - podejrzewam, że scenarzyści po prostu nie byli w stanie naprawić katastrofy, więc uznali, że lepiej ją zignorować i cofnąć się w czasie. Tak mniej więcej wyglądała sytuacja aż do roku 2014, gdy przyszedł największy fan i naprawił to, czego inni nie potrafili. Fani nie zostali uprzedzeni, że DOFP rozpocznie się od cofnięcia się w przeszłość do drugiej części w tak dobrze znanym im stylu, a świadomość, że do oryginalnej obsady zaraz dołączy ta z małego cudu tylko spotęgowała wrażenie. Dlatego właśnie szczęśliwi fani pozjeżdżali z foteli.

 

Muzyka z drugiego filmu.

 

Live long and prosper.

niedziela, 08 czerwca 2014

Dzień dobry. Mogłoby się wydawać, że bohater miesiąca znowu trochę zaspał, prawda jest jednak inna. Bohater tak bardzo bohaterzy, że nie ma czasu na sprawy przyziemne. Poza tym od tego zdania będę pisać o bohaterze w liczbie mnogiej, ponieważ wyjątkowo wyróżniłam w jednej notce dwie osoby. Są nimi Michael Fassbender i James McAvoy.

 


Bohaterstwo tych dwóch panów wyszło na jaw przy okazji majowej premiery filmu X-Men: Days of Future Past oraz podczas wywiadów, na których bardzo im się nudziło. Zacznijmy od filmu. McAvoy i Fasssbender drugi raz wcielili się w role Xaviera i Magneto (pierwszy raz w filmie First Class). Tym razem zrobili to u boku starszych wersji Xaviera i Magneto granych przez Sir Patricka Stewarta i Sir Iana McKellena, i byli przy tym tak przekonujący, że można bez problemu uwierzyć, że podróżują w czasie. James McAvoy wystąpił nawet w jednej scenie z Sir Patrickiem - obaj panowie rozmawiali w niej i prezentowali profile w taki sposób, że ktoś powinien szybko znaleźć osobę odpowiedzialną za casting i przytulić ją w imieniu milionów. Najnowszy film ma wprawdzie trochę dziur w scenariuszu i pewnie parę innych wad, które beztrosko przeoczyłam, ale obsada i sposób w jaki ten lekko podziurawiony scenariusz został opowiedziany nie pozwalają się nimi przejmować. Młodsze wersje Xaviera i Magneto są podobne do starszych jak dwie pary kropel wody, chociaż grający ich aktorzy bardzo się różnią. Ktoś genialny wpadł na pomysł zbadania tego zjawiska, dzięki czemu możemy podziwiać jak wszyscy czterej aktorzy bawią się w impresje, naśladując siebie nawzajem. W tym krótkim filmie znajduje się odpowiedź na pytanie dlaczego młodzi gniewni są tak podobni do starszych mniej-gniewnych. Nie jest to wprawdzie odkrycie Ameryki, tylko potwierdzenie pewnej dość oczywistej teorii - wystarczyło odrobinę naturalnego podobieństwa uzupełnić aktorstwem na wysokim poziomie. Kluczowym słowem jest tu WYSOKI. Gdyby aktorstwo było na niskim poziomie, zamiast dwóch bohaterów otrzymalibyśmy czterech, a kwiatki na ich głowach na tumblrze byłyby malutkie. Ponieważ kwiatki są duże i kolorowe, a bohaterowie nie rozczworzyli się w najnowszym filmie, zmuszona jestem uznać powyższą teorię za prawdziwą i przyznać, że panowie Fassbender i McAvoy są świetnymi aktorami - i to nie tylko dlatego, że wszyscy o tym wiedzą, tylko dlatego, że mamy na to obiektywne dowody. Tak oto udało mi się udowodnić coś oczywistego... dobrze, że nie ma tu Spocka, bo pewnie zrobiłby facepalm.

Drugą sprawą jest bohaterzenie w czasie wywiadów. Podczas gdy wielu aktorów pozwala zanudzić się na śmierć, Michael Fassbender i James McAvoy bezwstydnie ignorują powtarzające się nudne pytania i dobrze się bawią. Z wywiadów możemy na przykład dowiedzieć się, że Fassbender jest dobrym Magneto, ponieważ świetnie go rozumie. Przede wszystkim jego nieskrywaną miłość do metalu.



McAvoy nie rozumie metalu, ale za to świetnie rozumie Star Treka. Wyłącznie jego dobrej woli zawdzięczamy fakt, że młody Xavier nie jest tak naprawdę młodym Picardem.



Czasami zdradza, że naprawdę jest telepatą.


Podczas niektórych wywiadów obaj panowie agresywnie się biją i nikt nie próbuje ich powstrzymać. Jak kiedyś jeden z nich pokaże się publicznie bez zęba, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego utrata została zarejestrowana profesjonalną kamerą.



Gdy się nie biją, bez wahania zdradzają swoje najgłębiej skrywane sekrety.



Zdradzają też największe sekrety scenarzystów X-Men.

 

 

Opowiadają o swych lękach za pomocą jednego słowa.




Tworzą improwizowane musicale (ok. 1:30).




Nawet grawitacja jakoś dziwnie na nich działa. Na boki...




Myślę, że dowody na bohaterskość są wystarczające i możemy już pogratulować zwycięzcom.

Live long and prosper.

 

PS: Wydawało mi się, że w tej notce jest ktoś jeszcze, ale biega tak szybko, że ciężko go zauważyć. Dam sobie głowę uciąć, że widziałam szare włosy...

PPS: Większość gifów z drugiej części wpisu ukradłam z tumblra Zwierza. Tumblr Zwierza to świetne miejsce na szukanie X-Menowego spamu ;)

 

EDIT: zapomniałam o ważnym gifie. Bohaterowie są dla siebie niezwykle nieuprzejmi...

czwartek, 05 czerwca 2014

Dzień dobry. Bohatera miesiąca poznamy dopiero w niedzielę, ale już wiadomo kto otrzymuje dodatkowe wyróżnienie. Brawa dla Godzilli!

 



 

Godzilla jest stworzeniem, które od 1954 roku hasa sobie po ulicach wszelkich miast, demolując je przypadkiem podczas aktów bohaterzenia. Początkowo bohaterstwa było bardzo mało i przeważała demolka sama w sobie, lecz z czasem co raz częściej widok Godzilli oznaczał demolkę zbawienną dla ludzkości. W maju tego roku Godzilla ponownie wyszedł z ukrycia, bohaterząc i demolując wszystko, co stanęło mu na drodze. Wykazał się dzielnością, którą wręcz ciężko sobie wyobrazić. Pomyślcie tylko - gdybyście byli wielkim gadem kimającym sobie w najlepsze w wygodnym oceanie, to wstalibyście tylko dlatego, że ktoś, kto nie ma o waszym istnieniu zielonego pojęcia (w większości) potrzebuje pomocy? W dodatku bardzo męczącej pomocy. Tak męczącej, że - nie mogę dokończyć tego zdania, bo zawiera spojler.

Nowa wersja Godzilli okazała się nie tylko dzielna, ale także piękna. Jego masywny pyszczek, małe łapy i miśkowata budowa, z której tak wielu się śmieje (zauważyłam w Internecie zatrważającą ilość oskarżeń Godzilli o nadwagę) sprawiają, że bez problemu można odróżnić go od innych dinozauropodobnych gadów i rozpoznać Króla Potworów, który w latach 50 zaczął grasować na naszej planecie. Różnica polega na tym, że tym razem mamy go w HD, z detalami, i odrobinę mniej przypomina człowieka w kostiumie. A duża ilość Godzilli w Godzilli jest naturalna zważywszy na okoliczności (kto przesypia większość życia w oceanie?). To naprawdę cudowne stworzenie. Zasługuje na wianek.

I jeszcze jedna zaleta - ryk. Oryginalny ryk Godzilli, który powstał dzięki pocieraniu strun kontrabasu rękawicą nasączoną żywicą. Przez niego w IMAXie trzeba było trzymać się fotela, żeby nie stracić równowagi. Ten ryk wygrywa wszystko.

 




Live long and prosper.