Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 19 stycznia 2014

Dzień dobry. Zapraszam was uroczyście (i jak zwykle za późno) na wręczenie nagród dla bohatera roku 2013. Nagrodami są tradycyjne kwiatki z painta oraz gwarancja, że nie pozwolę nikomu zapomnieć jak wyglądają twarze zwycięzców.

 

Rok 2013 bez wątpienia należał do MARTINA FREEMANA.


Posiadacz roku 2013.

Tak przynajmniej orzekli czytelnicy najbardziej brytyjskiego bloga w Internecie (który btw jest ostatnio trochę leniwy, ale po sesji pewnie mu przejdzie). Drugie miejsce otrzymują ex aequo


DAVID TENNANT

 


i
TOM HIDDLESTON

 

Trzecie miejsce zgarnia SPOCK

 


Łącznie oddano 62 głosy, bohaterowie otrzymali następujące ich ilości:

Martin Freeman: 20
David Tennant: 11
Tom Hiddleston: 11
Spock: 5
Steven Moffat: 4
Mark Sheppard: 4
Jenna-Louise Coleman: 2
Hugh Dancy: 2
Tom Baker: 1
Colin Hoult: 1
John Hurt: 1
Idris Elba: 0 (chlip)

 

Dziękuję za udział w zabawie i wspieranie utalentowanych osobników, którzy zasłużyli na mnóstwo kwiatów.

Live long and prosper.

czwartek, 16 stycznia 2014

Dzień dobry. Recenzje trzeciej serii Sherlocka napiszę po sesji (jak teraz zakopię się w serialu, kanonie i tumblrze, to papa studia), ale w ramach umilenia czekania postanowiłam napisać parę słów o pewnym ważnym bohaterze, który miał zaszczyt wystąpić w Sherlocku. Oczywiście spojleruję jak diabli, więc jeśli ktoś nie widział ostatniego odcinka (His Last Vow, 3x03), to niech czym prędzej ucieka.




Bohater nazywa się Rudobrody (Redbeard) i jest psem, który ukradł serce Sherlockowi. Jego imię potwierdza słowa Mycrofta, który w odcinku z Irenką zdradził, że w dzieciństwie Sherlock przeżywał fascynację piratami (były sobie komiksy). Redbeard charakteryzuje się nadzwyczaj rudym futrem i dużą ilością uroku osobistego. Gdyby sceny posklejano w innej kolejności i pod koniec przypomniano o tym poczciwym psisku, być może widzowie, których ogarnęły wątpliwości, czy Sherlock jest człowiekiem (dla mnie trochę niezrozumiałe, w końcu dokonał tylko jednego, uzasadnionego morderstwa na kimś, kto zagrażał m.in. następcy Rudobrodego i jego żonie) nie zakończyliby seansu z poczuciem, że wątpliwości wygrywają. No dobrze, może trochę przesadzam, w końcu słodki piesek nie zatrze wrażenia po morderstwie, ale ktoś, kto potrafi przywiązać się do zwierzaka i przez wiele lat nie może pogodzić się z jego śmiercią jest wystarczająco ludzki, żeby musiał uciekać przed Moriartym na basenie (a konkretnie po kwestii "I'll burn the heart out of you").

Aktor, który zagrał Rudobrodego nazywa się Murray (właścicielka spamuje na twitterze jego słit fociami). Nie jest doświadczonym aktorem, występ w Sherlocku był jego debiutem przed kamerą. Warto też wiedzieć, że scena, w której lizał Benedicta po pysku nie była niebezpieczna, ponieważ Murray i Benedict zaprzyjaźnili się na planie i podobno ciągle lizali się po pyskach. Mam nadzieję, że ten rudy potwór jeszcze nie raz będzie miał okazję do wystapienia w serialu, i że dostanie tyle fanartów z wiankami, na ile zasługuje (a zasługuje na co najmniej tyle, co słynny Winston z Hannibala).


Wianek dla pana po prawej!


Live long and prosper


środa, 08 stycznia 2014

Dzień dobry. Oto wpis, który powstał, aby złagodzić nadchodzącą traumę fanów Sherlocka i zmusić do myślenia niewinnych ludzi. Sprawa wygląda następująco: już w niedzielę czeka nas finał trzeciej serii, w którym na pewno wydarzy się coś strasznego. Nie wiadomo co to będzie, lecz ze względu na drobne poszlaki (takie jak nazwisko Moffata w rubryce "scenariusz", niezbyt optymistyczne zapożyczenia z kanonu oraz fakt, że to finał sezonu Sherlocka) cały fandom ogarnęło przeczucie, że ktoś zostanie zamordowany.

Wiem że niektórzy natknęli się na pewien spojler, w dodatku za parę dni wydarzenia z odcinka nie będą już żadną tajemnicą, dlatego jeśli ktoś czytający to jest w posiadaniu informacji na temat zakończenia serii, to polecam, aby na chwilę je zignorował i zabawił się w Moffata wymyślającego własny scenariusz. Jako fani serialu detektywistycznego (nietypowego, ale jednak) powinniśmy być zdolni do stworzenia ciekawej teorii z trupem w roli głównej bez względu na to, co nam ciąży w mózgownicach.



Zabawa zachęca do używania mózgów, ale osoby bez mózgów też mogą się bawić.


Zasady zabawy:

- trzeba spojrzeć trzecim okiem w niedaleką przyszłość Sherlocka (czyli finał trzeciej serii) i opisać trupa, który się w niej znajduje.
- wybór ofiary powinien być uzasadniony lub poparty teorią na temat przeistoczenia bohatera w trupa, lecz jeśli trzecie oko mówi, że to po prostu trup, to wystarczy wytypować nazwisko nieszczęśnika (dla ułatwienia zrobiłam listę - czeka grzecznie na końcu wpisu).
- nie wolno zdradzać, czy scenariusz jest pisany przez osobę-która-wie, czy jest prawdziwym zgadywaniem (dzięki temu wszystkie teorie będą traktowane tak samo, nawet te wymyślone za parę lat przez radosnych internautów).
- nie wolno spojlerować na temat trzeciej serii Sherlocka, dozwolone jest jednak pisanie spojlerów w formie zamaskowanej, czyli w taki sposób, żeby osoba nie znająca trzeciej serii nie wiedziała, że to spojler (prawdziwie spojlerowe komentarze usuwam, a za zdradzanie fabuły His Last Vow osobiście będę urywać głowy). Przykład takiego pisania o spojlerach w sposób bezspojlerowy znajduje się poniżej, w czwartej propozycji trupa.


Propozycje trupów:

1. Cudowna Mary Morstan, która wkrótce wyląduje na fanowskich koszulkach.
2. Dzielny John Watson, który wąsów się nie boi.
3. Sherlock "not a psychopath" Holmes i jego TARDISowy szaliczek.
4. Ktoś, o kim nie wolno mówić w obecności tych, którzy nie widzieli trzeciej serii (z finału i tytułu drugiego odcinka).
5. Szlachetna i niezastąpiona Molly Hooper z naszej ulubionej kostnicy.
6. Greg "not my division" Lestrade.
7. Walczący z ciasteczkami Mycroft "Poppins" Holmes.
8. Bohaterska Pani Hudson, dzięki której Anglia wciąż jest na mapie.
9. Anderson nieustannie wpływający na IQ ulicy w sposób przedziwny.
10. Moriarty (na potrzeby tego trupa trzeba uznać prawdziwość pewnej teorii numer 2 ;)
11. Ktoś inny, lecz godny zostania ważnym trupem.
12. Nikt, a my będziemy biegać po tęczy na jednorożcu, wraz z okolicznymi chmurkami.


The game is on!


poniedziałek, 06 stycznia 2014

Dzień dobry. Tak się złożyło, że w grudniu ktoś ukradł Internet i był świetny w pewnym filmie, dlatego postanowiłam przyznać dodatkowe wyróżnienie za bohaterskość. Nagrodzony nazywa się Thranduil* i jest królem elfów z Mrocznej Puszczy.

Poniżej spojlery z drugiej części Hobbita.



Jego zasługi są liczne. Przede wszystkim odmówił pomocy krasnoludom w pierwszej części Hobbita (dzięki czemu mają co robić we wszystkich trzech częściach), zamknął krasnoludy w lochu w drugiej części Hobbita (dzięki czemu mają jeszcze więcej do roboty), zdefiniował na nowo pojęcie "really pretty", udowodnił, że można jeździć na łosiu (który chyba nie jest łosiem) i wciąż być królem imprezy, zaprezentował co robi z elfem nadmiar dumy, wychował syna w niechęci do krasnoludów (dzięki czemu jego przyjaźń z Gilmim na pewno nie jest zbieraniną pustych uśmiechów), no i przede wszystkim bał się Smauga tak, jak powinni się bać wszyscy znudzeni ludzie w kinie, piszący sms-y i wkurzający widzów skupionych na baniu się Smauga. Poza tym w pewnej krótkiej scenie przypomniał, że jeśli ktoś przez większość czasu ekranowego stoi dumnie wyprostowany i nie zwraca uwagi na paskudne istotki kłębiące się pod jego stopami, to wcale nie znaczy, że w najbardziej nieoczekiwanym momencie nie zamachnie się mieczem i nie obetnie jakiejś istotce głowy. A jakby komuś było mało, to do galerii zasług można jeszcze dodać połączenie tchórzliwości i chciwości w osobie, która wzbudza jednocześnie grozę i podziw bez nawet drobnego wzburzenia fryzury. A to nie lada wyczyn.

 

Król elfów w całej swej królewskiej doskonałości.

 

Link do właściwego bohatera miesiąca.

*Honory zgarnia Lee Pace, który zagrał Thrandy'ego tak, jak nikt inny nie potrafi, co nie zmienia faktu, że oficjalnie wyróżnienie wędruje do Thranduila.

PS: Wiem, że Thranduil nie jest Brytyjczykiem. Starałam się bardzo, ale nie znalazłam Wielkiej Brytanii na mapie Śródziemia, dlatego uznałam, że nie będę dyskryminować żadnych zakątków Tolkienowskiego świata i mieszkańcy Mirkwood mają takie samo prawo do bywania na 221B, jak pewni hobbici.

Dzień dobry. Znowu zapomniałam o bohaterze miesiąca, ale tym razem spóźnienie wyszło blogowi na dobre, ponieważ dzięki temu bohaterski Tom dłużej okupował wyróżnione miejsce na bocznej szpalcie. Jako dobra blogerka nie powinnam jednak mówić takich rzeczy na głos, dlatego bądźcie tak dobrzy i udawajcie, że tego nie słyszeliście. Najnowszym bohaterem miesiąca wcale nie jest Benedict Cumberbatch, który w styczniu bohaterzy równie bardzo, jak w grudniu (sorry, Benedict, musisz czekać do następnego miesiąca (tego też nie powiedziałam)), ale Matt Smith.

 



Powodem, dla którego bohaterski jak diabli Benedict musi czekać na wyróżnienie jest fakt, że w grudniu Matt Smith pożegnał się z rolą Doktora po czterech latach bycia fantastyczną Jedenastką i ktoś musiał go w końcu posadzić na tronie. "Pożegnanie się z rolą Doktora" brzmi nieco zbyt prozaicznie, bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że jedyna w swoim rodzaju żyrafa w muszce została bezlitośnie zamordowana, a Matt Smith odgrywający jej rolę był z tego powodu tak nieszczęśliwy, że płakał podczas czytania skryptu. Fani oczywiście płakali jeszcze bardziej, chociaż podczas oglądania odcinka znacznie częściej rozlegał się odgłos ciapania o stół. Przyczyna, która spowodowała więcej :ciap niż łez nie ma nic wspólnego z samym Mattem, zawinił tu przede wszystkim scenariusz, przez który (SPOILERS) musieliśmy patrzeć jak Doktor, który nie potrafi usiedzieć kilka godzin na kanapie Pondów, spędza kilkaset lat w małej, zacofanej wiosce. Jakby było mało absurdów, Doktor, który całe życie był samotny (nawet pomimo częstej obecności przyjaciół na pokładzie TARDIS), w ciągu jednego odcinka zestarzał się i umarł otoczony ludźmi, którzy się o niego troszczyli (come on, nie da się w jednym odcinku naprawić krzywd, którymi karmiono kogoś przez kilka lat). A jakby wciąż było mało absurdów, to przypomnę jeszcze raz - Doktor, który ma twarz dwunastolatka i aż kipi od energii, która nie pozwala mu nawet usiedzieć kilka godzin na kanapie Pondów, i któremu wróżono zgon m.in. od potknięcia się o fez, własne nogi lub przypadkowe zaduszenie się muszkami na śmierć, umarł ze starości jako dziadek, który nie potrafił nawet wykonać swojego popisowego numeru i potknąć się o własną nogę. Time of the Doctor to nie był zły odcinek, niektóre wątki (Władcy Czasu chowający się za szczeliną, żywot Clary, Cyber-przyjaciel) były naprawdę ciekawe, a sama regeneracja została pokazana tak, że można dumnie prezentować ją obok regeneracji Dziesiątego. Problem tkwi w samym fakcie, że potraktowano Doktora w taki sposób, jakby scenariusz pisała osoba nie mająca pojęcia kogo zabija. (KONIEC SPOJLERÓW).

A teraz parę słów o samym bohaterze: jak zapewne zauważyliście, nazywa się Matt Smith i pochodzi z Anglii. Jego filmografia w porównaniu z filmografiami wielkich i docenionych aktorów jest malutka niczym hobbit na imprezie elfów, i tak samo jak pewien hobbit, zawiera drobiazg o ogromnym znaczeniu. Pan Smith grasuje w filmach, serialach oraz w teatrze, a także na ulicach (ze względu na upodobanie do straszliwych, kolorowych strojów, kiedyś nazywano go królem hipsterów - pewnie wciąż jest tak nazywany, ale teraz grasuje po świecie głównie w eleganckich garniturach i strojach o ograniczonej gamie kolorystycznej).

I w końcu akapit dla głównego powodu jego wyróżnienia: Doktora. To właśnie on sprawił, że muszki są cool, na całym świecie wzrosła sprzedaż fezów oraz liczba osób doceniających połączenie kremu waniliowego z paluszkami rybnymi. Dzięki niemu ludzie potykający się o własne nogi nie muszą się martwić swoimi nieskoordynowanymi ruchami, bowiem wiedzą, że gdzieś w świecie pełnym kosmitów grasuje bohater, który potyka się jeszcze bardziej. Przez niego Pondowie nie są tylko kolejnym, nudnym małżeństwem, Amelia miała traumatyczne dzieciństwo, a jej córka spędziła żywot w odwrotnej kolejności, niż powinna. Przez Jedenastkę cały świat walczy z Ciszą, choć o tym nie wie, rzeczywistość nie jest za bardzo popękana, a dinozaury ocalały i żyją szczęśliwie gdzieś na odległej planecie. Można tak wymieniać w nieskończoność, lecz trzeba mieć świadomość, że bogactwo przygód Jedenastego nie zmieści się w żadnej notce. Matt Smith był godnym następcą smutnych, psich oczu odchodzącego Tennanta i wciągnął w magiczny świat DW wielu niewinnych ludzi, na zawsze pozostając ich Doktorem. Między innymi dlatego nagrody i wyróżnienia nie są mu potrzebne do szczęścia - honorowe miejsca w sercach fanów znaczą więcej, niż jakiekolwiek zaszczyty.

 

Szaleniec z Budką mówi papa.




Live long and prosper.


PS: W tym miesiącu wyjątkowo przyznam także drugie wyróżnienie za bohaterskość. Czuwajcie.
PPS: A jeśli interesują was wybory bohatera roku, to zajrzyjcie do tej notki. Tym razem wy wybieracie, a ja obserwuję i dobrze się bawię ;)