Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







środa, 30 października 2013

Dzień dobry. Notka ta powstała, ponieważ problem ogólnie pojętej biedności ważnych bohaterów filmowo-serialowych staje się ostatnimi czasy tak uciążliwy, że należy coś z nim zrobić. Coś oznacza tu informowanie społeczeństwa o zaistniałym problemie, czyli dokładnie to, co w pierwszej kolejności powinno się robić po zauważeniu poszkodowanych jednostek ludzkich. Usiądźcie wygodnie, bowiem informuję.


Biedny, zapadany Tennant.

 

Na początek należy zdefiniować czym jest biedność. Biedność (nie mylić z biedą) to taki stan umysłu, który sprawia, że człowiek zaczyna wyglądać jak zapadany Tennant. Wynika z okrucieństwa środowiska zewnętrznego, osobników wywierających wpływ na ofiarę oraz osobistych predyspozycji do bycia biednym. Predyspozycje są różne u żywych stworzeń - niektórzy na przykład mogą stracić rodzinę w pożarze, ojczyznę na wojnie, ukochanego laptopa w wyniku wypadku, po czym zachorować na raka wszystkiego, a mimo to wciąż będą maszerować przez życie dumnie niczym Doktor przez Parlamant Daleków, a niektórzy mogą potknąć się o własną stopę i zacząć ociekać biednością tak bardzo, że osoby znajdujące się w pobliżu zaczną płakać i zapragną założyć fundację na rzecz pomocy ludziom potykającym się o własne stopy. Ciężko stwierdzić skąd tak naprawdę bierze się biedność i dlaczego dopada tylko wybrane osoby, można jedynie obserwować i opisywać przypadki dotknięte tą przypadłością. Szczególnie dużo osób biednych można dostrzec w telewizji. Ostatnio do perfekcji opanowali znęcanie się nad głównymi bohaterami scenarzyści z USA, dlatego opiszę parę przypadków z tego strasznego kraju, ale pamiętać należy, że biedność brytyjska jest szczególnie bolesna dla widzów, ponieważ zazwyczaj dopada stworzenia najbardziej sympatyczne. (Wpis zawiera screeny, które popełniłam print screenem - cała galeria dostępna jest na facebooku, i wciąż się rozrasta).

 

Ilustracja biedności Castiela (pożyczona stąd).



Bezkonkurencyjnym mistrzem biedności jest Will Graham z Hannibala. Biedność Willa wynika m.in. z tego, że nikt mu nie chce pomóc... a trzeba mu pomóc, ponieważ z odcinka na odcinek zamienia się w coraz bardziej pokrzywdzoną przez świat kulkę nieszczęścia. Will ma przyjaciół, którzy mogliby mu pomóc, jednak albo nie wiedzą oni jak to zrobić, albo sami są źródłem wszelkiej rozpaczy. Will posiada także pracę, która pełna jest tak brutalnych morderstw, że po paru dniach śledztwa nawet Cyberman bałby się zasnąć przy otwartym oknie. Will posiada też rodzinę przygarniętych psów, które łagodzą jego biedność, gdy przebywają w pobliżu (ciekawostka: gdy przed dołączeniem do gromadki psy błąkają się po ciemnych ulicach, przemarznięte, głodne i ubłocone, wyglądają zupełnie jak pan Graham. Różnica polega na tym, że psy trafiają w końcu do przytulnego domu, pod opiekę kochającego właściciela, podczas gdy pan Graham trafił tam, gdzie nie ma nawet ciepłego kocyka).

 

Biedny Will, jeszcze z kocykiem.


Prawdziwą wylęgarnią nieszczęścia jest Supernatural. Scenarzyści tak upodobali sobie znęcanie się nad postaciami, że w końcu większość widzów zaczęła się przyzwyczajać do zabijania głównych bohaterów i aby utrzymać wysoki poziom emocji trzeba było wymyślić nowych. Tak oto stworzono Castiela i Crowleya, którzy ukradli serial Winchesterom. W czwartym sezonie Castiel był potężnym aniołem na usługach Pana, a w swojej pierwszej scenie tak przeraził swym majestatem Deana, Bobby'ego oraz widzów, że mało brakowało, a wszyscy ucieklibyśmy przed nim do piekła. Crowley z kolei zasłynął jako nieprzewidywalny demon i samozwańczy Król Piekieł, który drży jedynie przed własnym niezdecydowaniem. Wątpię czy ktokolwiek podejrzewał, że cztery sezony później potężny Castiel zamieni się w kulkę nieszczęścia rozmiarów Willa Grahama, patrzącą swymi biednymi, psimi oczami na każdego, kto powie mu coś miłego. Crowley jeszcze całkiem nieźle się trzyma, ale pod koniec ósmego sezonu nastąpił gwałtowny atak biedności, w porównaniu z którym dramatyczny główny wątek stał się malutki. Biedni są także Winchesterowie, lecz oni mają tendencję do cyklicznego wymieniania się biednością (wykres ma kształt sinusoidalny), poza tym przez 9 sezonów serialu większość widzów zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że suma biedności Sama i Deana = constans, dlatego nikogo już zbytnio nie szokują nieszczęścia braci.

 

Wykres biedności Winchesterów.


Brytyjskim przypadkiem osobnika nadzwyczaj biednego jest piąty Doktor. Pojawił się on w serialu (Doctor Who - dobra rzecz, polecam) tuż po śmierci Czwartego. Czwartego pewnie większość kojarzy... łatwo go poznać po długim, kolorowym szaliku, brązowych lokach i żelkach w kieszeni. Czwarty dzierżył posadę Doktora przez wiele lat, a ponieważ obiektywnie rzecz biorąc, był wspaniały, udało mu się podbić wiele serc człowieczych, których za nic nie chciał oddać. Niejeden fan Czwórki (w tym wszędzie wymieniona ja) obawiał się odcinka zakończonego jego regeneracją, poprzedzoną tradycyjnie zgonem. Bohaterowie nie powinni umierać, a zastępowanie ich obcymi facetami to czyn wręcz niewybaczalny. Twórcy DW poradzili sobie z tym problemem całkiem skutecznie, czyniąc następcę Czwartego tak biednym stworzeniem, że od samego patrzenia budzą się wyrzuty sumienia (dzięki temu ciężko się na niego obrazić o cokolwiek... na przykład o to, że nie jest Czwórką). Piąty jest biedny ZAWSZE. Jest biedny, gdy stoi w niekompletnym, poszarpanym kostiumie Czwartego i nie wie, co się dzieje. Jeszcze bardziej biedny był, gdy usiadł na podłodze, wciąż nie wiedząc co się dzieje, a także gdy wystraszył się własnej kamizelki. 5 przywołuje biedność bez najmniejszego wysiłku - wystarczy, że zaczepi go na lotnisku policjant, a Doktor błyskawicznie zaczyna wyglądać, jakby umarł mu chomik. Biedność okazjonalna jest całkiem przydatna w pobliżu ludzi wrażliwych na małe kulki nieszczęścia, większym problemem jest za to biedność pełnowymiarowa. Zdarzyła się ona Piątemu parę razy (na przykład gdy zgubił się w zamku w szlafroku, znalazł zwłoki, przebrał się przypadkiem za mordercę i został oskarżony o zabójstwo, po czym aby udowodnić swoje szczere zamiary próbował wytłumaczyć policjantowi, że jest Władcą Czasu).



Prawda, że żal?


Przypadkiem beznadziejnym brytyjskiej kinematografii jest Brian (ten z twarzą Grahama Chapmana). W filmie biograficznym Żywot Briana jego biedność narastała wprost proporcjonalnie do czasu, aż w wyniku jej ostatecznej kumulacji Brian wylądował na krzyżu. Postawa biedaka była niezwykle pouczająca - w momencie, w którym wyparowała z niego cała nadzieja na pokonanie przytłaczających przeciwności losu, przyłączył się do radosnego śpiewania "Always Look on the Bright Side of Life". Biedność biednością, ale jak uczy kolega Briana z sąsiedniego krzyża (z twarzą Erica Idle), nigdy nie jest tak źle, żeby na morzu nie mogło zdarzyć się nic gorszego.

Niektórzy są biedni tylko czasami. Na przykład, gdy do ich norki zaprosi się bez pytania stado krasnoludów i zje wszystkie zapasy.

 



Albo gdy Sherlock Holmes zostawi ich na miejscu zbrodni w nieznanym rejonie Londynu.

 



Albo gdy Władca Czasu grozi im detonacją TARDIS za pomocą ciasteczka.

 


Albo gdy budzą się w kostnicy z dziurą w pamięci.

 

 

Albo gdy kapitan każe schować fajkę.



Albo gdy nie wolno bawić się z tribblami.

 


Albo gdy krzyż nie działa na wampira.



Albo gdy wychodzą na jaw kompromitujące fakty z życiorysu.

 

Poza tym za każdym razem, gdy dopada kac.

 

 

Jak widać biedność atakuje niespodziewanie, nie można jej przewidzieć, ani skutecznie się przed nią bronić. Każdy z nas może stać się biedny i nawet tego nie zauważyć. Nie bądźmy obojętni. Częstujmy ofiary kocykami i herbatą, póki jeszcze jest nadzieja.

 

Live long and prosper.

15:28, adeenah
Link Komentarze (3) »
niedziela, 27 października 2013

Dzień dobry. Oto coś, czego nie było na 221B od tak dawna, że aż muszę przypomnieć jak się nazywa. Imię jego Radosna Twórczość, a przedstawia Abigail Hobbs stworzoną na podstawie tego uroczego zdjęcia z planu Hannibala.

 

 

Live long and prosper.

piątek, 25 października 2013

Dzień dobry.

 

AVADA KEDAVRA

 

Bardzo mi przykro, ale jeśli to przeczytaliście, to już nie żyjecie. Pragnę również dodać, że wcale nie napisałam tego dlatego, że znalazłam pełno różdżek w pudełku podpisanym "bierki" i zabrakło mi w okolicy żywych ludzi do zaklinania (no dobrze, dlatego).

 

Live long and prosper (trololo).

16:18, adeenah , Inne
Link Komentarze (1) »
środa, 23 października 2013

Dzień dobry. Dziś przedstawiam dowód na to, że możemy być dumni z ludzkości bez względu na to, ile seriali USA ukradnie jeszcze Wielkiej Brytanii. Dowodem jest utwór, który nagrał w kosmosie astronauta Chris Hadfield... ale najpierw parę słów wyjaśnienia. Chris Hadfield jest Kanadyjczykiem, który zasłynął z tego, że w trakcie długotrwałego pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) zdarza mu się popadać w nudę, a wtedy:

a) odpala kamerę i nagrywa filmiki na twittera i jutuba (dzięki niemu cały świat może zobaczyć na przykład jak się myje zęby w kosmosie).
b) nawiązuje łączność ze znanymi osobistościami zaznajomionymi z życiem w kosmosie, np. Kapitanem Jamesem T. Kirkiem z USS Enterprise (który udaje, że nazywa się William Shatner).
c) nagrywa teledyski, śpiewając przy tym tak zacnie, że jeśli obserwują go kosmici, to na pewno nie przyjdzie im do głowy pomysł zgładzenia Ziemian.

 


Zajmuję się dziś trzecim punktem, ponieważ zawiera on element brytyjskości. Tak się szczęśliwie złożyło, że któregoś samotnego dnia, setki kilometrów ponad atmosferą Ziemi, pan Hadfield odkrył, że jest Majorem Tomem - dokładnie tym, o którym lat temu ponad 40 śpiewał David Bowie. Odkrycie to było nieuniknione - każdy człowiek zmagający się z brakiem grawitacji daleko od własnej planety jest takim majorem. Różnica polega jedynie na tym, że pan Hadfield miał przy sobie gitarę, kamerę i znał utwór na pamięć, dzięki czemu mógł nagrać własną wersję "Space Oddity" bez czekania, aż wróci tam, gdzie krople wody nie są okrągłe. Wideo powstało w maju 2013 i jest pierwszym tego typu nagraniem zarejestrowanym w kosmosie. Ponadto jest jednym z nielicznych, które potrafi wywołać poczucie dumy w ludziach, których często dzieli znacznie więcej, niż łączy.

 

 

Live long and prosper.

 

PS: oczywiście, że David Bowie to widział.

piątek, 18 października 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis jest oparty na dwóch odcinkach The Next Generation oraz pewnych faktach z tej przydatnej strony pełnej spojlerów. Usiądźcie wygodnie, bowiem zaraz udowodnię, że bohater Star Treka zwany Q jest tak naprawdę przyszłą inkarnacją Doktora, zwanego czasem błędnie Who. Oficjalnie nikt tego oczywiście nie potwierdził, ale to pewnie dlatego, że Moffatowi nie chce się tłumaczyć wykorzystania przez Doktora kompletu regeneracji. Ze względu na fakt, iż nie opieram wpisu na wszystkich przygodach tego zakamuflowanego Władcy Czasu, istnieje spora szansa na to, że w niedalekiej przyszłości dołączę do notki suplement... a póki co zapraszam do zapoznania się z dowodami.

Wstęp, czyli krótki opis postaci: Q jest przedstawicielem wysoko rozwiniętego gatunku zwanego Q. Hasa sobie radośnie po kosmosie, czyniąc zamęt i zmuszając niewinnych oficerów Gwiezdnej Floty do udziału w mądrych zabawach.

 

Marszałek Q.


Dowody na to, że Q jest Władcą Czasu o imieniu Doktor:

Dowód numer 1: Podróże w czasie.
Q podróżuje w czasie. Ludzie również podróżują w czasie, ale potrzebują do tego stalowych nerwów, dużej gwiazdy oraz sprawnych silników warp, podczas gdy Q przenosi się tam i kiedy tylko zapragnie. Zupełnie jakby posiadał Budkę, tylko bez Budki. A ponieważ bez wątpienia jest lekko szalony, to określenie "madman without a box" zaprasza się do whoviańskich umysłów bez czekania, aż umysł się przygotuje. Przypadek? Nie sądzę.

Dowód numer 2: Świetna znajomość historii.
Q uwielbia historię i często odwzorowuje przeszłość (np. podczas kreowania gry). W pewnym momencie padło stwierdzenie, że wojny napoleońskie odwzorował na podstawie danych z umysłu kapitana Picarda, poza tym Q został przyłapany na czytaniu książek w jego kwaterze, więc można uwierzyć mu na słowo i uznać, że zna realia historyczne z drugiej ręki... spójrzmy jednak prawdzie w oczy - żaden pasjonat historii, który może bez problemu podróżować w czasie nie zadowala się danymi z książek oraz umysłów ludzi, którzy znają je z innych książek. Znacznie bardziej prawdopodobne, że Q wie jak wygląda mundur admirała, ponieważ widział go na żywo (i przy okazji uratował admirała wraz z całą planetą), niż dlatego, że zobaczył go na obrazku w książce. Doktor brał udział w tylu wydrzeniach historycznych, że nie zdziwiłabym się, gdyby na starość odbiło mu nieco i w ramach wspominania minionych przygód przebierał otoczenie w kostiumy z różnych epok (co namiętnie czyni Q). Przypadek? Nie sądzę.

Dowód numer 3: Szekspir.
Q ma słabość do Szekspira - cytuje jego dzieła przy każdej nadarzającej się okazji, a zwłaszcza, żeby zdenerwować kapitana (Picard odwdzięcza się cytując dłuższe fragmenty o tematyce wybitnie wkurzającej Q). Doktorowi nie raz zdarzyło się przyznać, że docenia sztuki Szekspira, jeszcze więcej razy zdarzyło mu się je cytować, a kiedyś nawet pomógł mu uratować świat przed wiedźmami. Przypadek? Nie sądzę.

Dowód numer 4: Mnisi habit.
Doktor zasłynął z dziwnej skłonności do przebierania się za mnicha (zaraził tym niektórych towarzyszy). Wprawdzie niedawno przyznał, że "monks are not cool", więc pewnie minie parę odcinków zanim znowu zobaczymy go w tym kostiumie, ale nie trzeba się o to martwić, ponieważ na pewno zobaczymy. A teraz zgadnijcie w co przeprał się Q, gdy znudziły mu się mundury admirała Floty, marszałka Napoleona i Pierwszego Oficera Enterprise. Przypadek? Nie sądzę.

 

Mnich Q.

 

Dowód numer 5: Kosmiczni ulubieńcy.
Świat Star Treka jest równie przepełniony licznymi formami życia (czyt. kosmitami), jak świat Doctora Who. Na każdej planecie można natknąć się na stworzenia o osobliwym kształcie, rozmiarze, kolorze, sposobie myślenia, porozumiewania się... niektóre stwory są stworzone z dalekenium, niektóre spędzają życie na zabawie w wojowników, niektóre mają fioła na punkcie ulepszania, a niektóre sa puchatymi kulkami zainteresowanymi głównie jedzeniem i mruczeniem. Zarówno Doctor, jak i Q mają pewną specyficzną właściwość - gdy się nudzą, ignorują całą tę wspaniałą różnorodność ras i wybierają interesujące jednostki homo sapiens, po czym zawracają im głowy (często stosują element zaskoczenia i uprowadzają "ofiary", żeby się z nimi pobawić). Przypadek? Nie sądzę.

Dowód numer 6: Regeneracje.
Q może dowolnie zmieniać swoją postać - nabiera takich kształtów, jakie obecnie mu odpowiadają. Pamiętacie regenerację Romany? Krótkie przypomnienie: gdy Romanie znudził się wygląd, zaczęła regenerować się w różne osoby do momentu, aż wynik ją ustatysakcjonował. Doktor był tym czynem wielce zirytowany, a fani do dziś obrażają się za pokazanie regeneracji jako procesu zależnego wyłącznie od własnej woli (powszechnie wiadomo, że regeneracja następuje po śmierci, a wynik jest przypadkowy i zazwyczaj nierudy). Możliwe, że irytacja Doktora wynikała z faktu, że sam tak nie potrafi, a ponieważ ma tendencje do dziecinnego zachowania, niewykluczone, że nauczenie się tej sztuki mogłoby się skończyć na radosnym zmienianiu postaci co kilka minut. Dzięki tej teorii zarówno regeneracja Romany, jak i zmiany wyglądu Q nabrały sensu. Przypadek? Nie sądzę.

Dowód numer 7: Mowa wibbly-wobbly.
Q, podobnie jak Doktor, używa mowy wibbly-wobbly, której nikt nie rozumie. Polega ona na wykorzystywaniu naukowego słownictwa, którego ludzkość jeszcze nie wynalazła do opisywania zjawisk, o których nikt jeszcze nie wie. Różnica polega na tym, że Doktor mówi wibbly-wobbly nawet jeśli osoba słuchająca go robi wielkie oczy i wyłącza mózg z przegrzania, a Q informuje ludzi, że i tak tego nie zrozumieją, po czym skraca opis do kilku wibbly-wobbly zdań. Pomimo różnych metod radzenia sobie z ograniczeniami pojmowania ludzkiego, wciąż mają ten sam problem, a wibbly wobbly zawsze dociera do uszu biednych homo sapiens. Przypadek? Nie sądzę.

Dowód dodatkowy: Q Who?
16 odcinek 2 serii TNG nosi tytuł "Q Who?". Jeśli to nie jest nawiązanie do "Doctor Who" i wskazówka na temat tożsamości Q, to ja jestem mrówkojadem.

 

Pierwszy Oficer Q.


Wszystkie te dowody wyraźnie wskazują, że Q i Doktor to ta sama osoba, a Doktor, którego znamy stał się Q po wielu latach nudzenia się w kosmosie. Przy okazji dziękuję za zwrócenie na to uwagi Marcelowi, który znał prawdę zanim dowiedziałam się o istnieniu Q.

Live long and prosper.



PS: Jeśli ktoś wziął ten wpis na poważnie, to niech się przygotuje, bo właśnie wymierzam mu metaforycznego kopniaka uświadamiającego, że you'll see it's all a show, keep 'em laughing as you go.

 
1 , 2