Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







poniedziałek, 30 września 2013

Dzień dobry. Tym razem bohater miesiąca zostaje ogłoszony na czas, w dodatku niechcący napisałam mu najporządniejszą notkę ostatnich czasów. Jedyny problem polega na tym, że na pierwszy rzut oka wygląda na to, że nie jest on Brytyjczykiem. W ogóle nie jest Europejczykiem. Ziemianinem też nie jest. Nic dziwnego, tak naprawdę pochodzi z innej planety, ale mieści się ona w granicach Galaktyki, więc nie jest źle. Bohater nazywa się Spock i jest fajny.

 

Dwóch Spocków, obaj śliczni.


Na początek kwestia formalna, czyli nieszczęsna brytyjskość nagrodzonego obywatela Galaktyki. Uważam, że w pewnym sensie Wolkanie (czyli rasa, której przedstawicielem jest Spock) spełniają kryteria, a to za sprawą istnienia wymierającego gatunku klasycznych, angielskich dżentelmenów. Gdyby w ramach ratowania malejącej populacji dżentelmenów ktoś wywiózł ich na inną planetę, dorzucił im do towarzystwa paru naukowców i elfa, to całkiem możliwe, że wyewoluowaliby oni właśnie w Wolkan. No, bo pomyślcie tylko - widzieliście kiedyś, żeby Wolkanin przepychał się w drzwiach? Żeby pojawił się w miejscu publicznym w wymiętym mundurku? Żeby zrezygnował z inteligentnej konwersacji na rzecz panikowania tylko dlatego, że pokój się pali? Albo żeby nie przeprosił ściany, na którą wpadł? Odruchowe odpowiedzi są cechą charakterystyczną dla większości Wolkan... tak się przypadkiem złożyło, że część z nich jest identyczna z zaprogramowanymi tekstami najbardziej brytyjskiego psa na świecie, K-9. Reakcje na osobliwe sytuacje, które wśród ludzi wywołują potrzebę wyrażenia żalu i odrobiny przerażenia, podsumowują niczym Sherlock Holmes, zupełnie nietaktownym "fascinating". Kolejnym argumentem na rzecz brytyjskości tych wyjątkowych stworzeń jest świetna znajomość regulaminów - Saavik nie raz udowodniła, że jest niczym regulaminowa mistrzyni świata - Hermiona, tylko z bardziej pojemną głową. Poza tym planeta Wolkan odbiera BBC, a Spock ogląda seriale po nocach i jest fanem Doctora Who (dowody poniżej). Mogłabym wyliczać dalsze podobieństwa, ale chyba sobie odpuszczę, ponieważ bohater czeka niecierpliwie, aż napiszę dlaczego jest fajny.

 

Jak widać - czeka.


Spock jest osobnikiem z połowie ludzkim, ale to nie zmienia faktu, że żaden człowiek nie jest w stanie dorównać mu pod względem logicznego myślenia (Wolkanie to najbardziej logiczne stworzenia na świecie, przyp. blogerka). Potrafi wyjaśnić wszystko, co jest interesujące lub fascynujące (czyli większość zjawisk, do których da się dopasować te określenia, oraz trochę tych, do których się nie da). Potrafi także udowodnić brak logiki stwierdzeń nielogicznych, lecz w przypadku rażącego braku logiki wspomina tylko mimochodem, że teoria jest niewarta obalenia i szuka bardziej interesujących zjawisk. Jest niezwykle wyczulony na zachowywanie się w sposób przeczący mądrym kalkulacjom jego błyskotliwego umysłu. Potrafi na przykład udowodnić, że zachowanie jest nielogiczne w sytuacjach, w których większość ludzi zapomina, że istnieje coś takiego jak logika (dodatkowym ułatwieniem są sytuacje, w których ludzie wpadają w histerię i zapominają jak się nazywają). A gdy przypadkiem udowodni, że zachowanie w stu procentach logiczne jest nielogiczne, to ktoś biedny śmiertelnie się obraża. Jego stoicka mina zawsze jest na swoim miejscu, nawet gdy dowiaduje się, że w dzieciństwie przytrzasnął sobie uszy maszyną do zbierania ryżu.

 


Jak każdy miłośnik dyskusji, Spock znalazł na Enterprise (wspomniałam, że był Pierwszym Oficerem na statku gwiezdnym Enterprise?) idealnego towarzysza do rozmów - przeraźliwie nielogicznego doktora Leonarda McCoya, który z czasem przyswoił sobie Spockowe techniki dezorientowania rozmówcy i nauczył się rozmawiać z nim jak równy z równym. Parę razy zdarzyło mu się nawet udowodnić, że Spock zachowuje się nielogicznie. Dyskusje i kłótnie Spocka i McCoya są jednym z głównych powodów, dla których osoby nie znające TOS nie umrą szczęśliwe. Najwspanialsze w relacji tej dwójki jest to, że choćby poobrażali się na siebie bardziej śmiertelnie niż Khan z Kirkiem, to i tak wszyscy dobrze wiedzą, że lepszych przyjaciół nie znajdą nawet w Harrym Potterze. Do wesołego towarzystwa przyjaciół bez terminu ważności należy także kapitan Kirk, który stale zapewnia pozostałej dwójce bezpieczeństwo, powołując się na regulamin (czyt. to niebezpieczne, kapitan rozkazuje wam wracać do pokoju).

 

 

Z zamiłowaniem do logiki idzie w parze niechęć, a nawet całkowite wypieranie się emocji. Żaden szanujący się Wolkanin nie okazuje emocji, a już tym bardziej nie podejmuje na ich podstawie ważnych decyzji. Pod tym względem Spock trochę niedomaga, co bezlitośnie wykorzystuje w kłótniach McCoy, gdy nudzi mu się z braku poważniejszej zarazy. Spock świetnie opanował techniki maskowania uczuć, a jego kamienna twarz zazwyczaj jest nie do naruszenia, ale już po paru odcinkach można się połapać, że to to tylko pozory, bo w w gruncie rzeczy żaden z niego komputer.

 

Nie komputer.

 

Warto wspomnieć, że Spock wszystko wie. Jeśli zaczyna zdanie od wyrażenia niepewności odnośnie tego, czy dobrze coś zapamiętał, to należy przygotować się na dawkę informacji z dokładnością do piątego miejsca po przecinku. Dotyczy to zarówno informacji na temat czegoś, co już się wydarzyło (dane historyczne), czegoś, co bezsprzecznie istnieje (dane naukowe), jak i czegoś, o czym wiedzą wszyscy, ale na bardziej szczegółowym stopniu dokładności (nigdy nie pytajcie Spocka o godzinę). Potrafi na przykład nie tylko przeczytać nuty i zagrać zakodowaną melodię na instrumencie, który znajduje się pod ręką (a jeśli nie ma żadnego, to biegnie do siebie po piękną, wolkańską lutnię), ale także rozpoznać pismo kompozytora, który te nuty zapisał. Ogólnie mówiąc - Spock wie nie tylko to, co każdy może wiedzieć jeśli zajrzy do Internetu, ale także to, czego ludzie nie wiedzą, bo nie mają pojęcia, że można się nad tym zastanawiać.

 

 

Spock wyróżnia się spośród swoich ziomków z Enterprise m.in. nietypową techniką walki z wrogami (z przyjaciółmi nie walczy, przyjaciół tylko usypia). Wprawdzie najbardziej zaskakuje pod tym względem Sulu, który potrafi znikąd wyczarować szpadę i pokonać wroga zanim wróg zorientuje się, że jego technika nazywa się szermierką, ale metoda Spocka jest znacznie bardziej nieziemska (dosłownie). Otóż posiada on umiejętność zwaną Vulcan nerve pinch - polega ona na tym, że gdy ktoś sprawia zbyt dużo problemów (na przykład próbuje popełnić brutalne morderstwo), to wystarczy przycisnąć mu magiczne miejsce na szyi, a ktoś natychmiast zasypia. Istnieją co najmniej trzy wytłumaczenia tego zjawiska, ale nie jestem encyklopedią, więc ich nie opiszę (link do encyklopedii). Technika walki Spocka polega na tym, że gdy tylko istnieje możliwość, to usypia wyżej nieopisaną metodą, a gdy możliwość taka nie istnieje, to potrafi rzucić delikwentem tak daleko, że go nie widać (lub tak mocno, że delikwent sam nie widzi). Zazwyczaj delikwent jest tak zaskoczony, że automatycznie przegrywa. Wyjątki stanowią walki w towarzystwie Kirka i McCoya - wtedy Spock miota się na wszystkie strony tak jak jego koledzy, być może dlatego, że nie chce ich zawstydzać, ale kto wie co tak naprawdę czai się w jego szczwanym umyśle.

 

Zdecydowanie nie komputer.

 

Skoro o umysłach mowa, to warto wspomnieć, że Wolkanie posiadają zdolności telepatyczne, umożliwiające im stosowanie kolejnej wyjątkowej techniki zwanej zlaniem jaźni (mind meld). Polega ona na tym, że umysł Wolkana łączy się z umysłem delikwenta, dzięki czemu obie strony mają dostęp nawet do najbardziej skrywanych zakamarków swoich szanownych mózgów (wspomnień, myśli, uczuć, doświadczeń itd). W trakcie mind meld można wpływać na umysł drugiej osoby - na przykład kazać jej coś zapomnieć, lub wręcz przeciwnie, wpoić jej do głowy jakąś sugestię. Co ciekawe, Kirk jest jedyną osobą, której Spock potrafi czytać w myślach bez stosowania tej techniki (oczywiście wszystkiego się wypiera, a oficjalna wersja mówi, że po prostu dobrze się znają).

 

 

Kolejny ważny punkt - Wolkanie nie kłamią. Nigdy. Logiczne więc, że Spock również nie kłamie (niedopowiedzenia i nadinterpretacje się nie liczą).

Uwaga, akapit oparty na domysłach: Spock ogląda seriale po nocach. Zwróciłam na to uwagę w trakcie oglądania drugiego odcinka TOS (Charlie X), gdy okazało się, że wszyscy zachowują się jak bohaterowie serialu z lat 60, a Spock jako jedyny zna podstawowe schematy fabularne i na ich podstawie próbuje wyjaśnić załodze zawiłości scenariusza (czyt. sytuacji na Enterprise). Swoją wiedzę wytłumaczył jak zwykle za pomocą logicznego myślenia. Drugim bezsprzecznym dowodem na to, że Spock zaznajomiony jest z serialami jest seans pilota Star Treka, jaki urządził kolegom w trakcie przesłuchania w odcinku The Menagerie. Można to tłumaczyć na wiele sposobów, ale jakby na to nie patrzeć, zawsze okazuje się, że tak zaaranżował sytuację, że w efekcie Kirk i spółka zmuszeni zostali do oglądania Star Treka. W The City on the Edge of Forever okazało się za to, że dysponując jedynie techniką istniejącą na początku XX wieku Spock zbudował komputer, za pomocą którego manipulował czasoprzestrzenią, aby dotrzeć do interesujących go informacji z przyszłości. To oczywiste, że do czegoś takiego zdolna jest tylko osoba, która naoglądała się Doctora Who i zamiast poprzestać na biernym odbiorze, zanalizowała serial pod kątem naukowym. Za tym, że Spock jest fanem DW przemawia także fakt, że gdy przebywa wśród ludzi nieprzyzwyczajonych do wolkańskiego typu urody, zakłada on na głowę czapkę, która nie tylko zasłania uszy, ale także sprawia, że łatwo pomylić Spocka z drugim Doktorem. Poza tym mówi jak K-9, ale o tym już wspomniałam (podstawowe teksty blaszanego psa zaadaptowane i nadużywane przez Spocka: affirmative, negative, positive).


Nawet w szachy gra jak K-9 - logicznie.

 

Na Ziemi Spock udaje, że nazywa się Leonard Nimoy, a po tym, jak w 2009 roku Romulanie namieszali w jego linii czasu, zaczął przedstawiać się jako Zachary Quinto. Być może rozdwojenie tożsamości miało wyjaśnić ludziom dlaczego widzą dwóch Spocków na jednym ekranie, chociaż nic nie pili. Spock-Zachary wydaje się nieco inny niż Spock-Leonard, ale to pewnie przez to, że mają różnych fryzjerów. Otwarte umysły nie przejmują się różnicami kosmetycznymi i wiedzą, że obaj są Spockami (btw, słyszeliście o wolkańskim fryzjerze Spocka? Ja nie, a szkoda, bo bardzo ładnie go ostrzygł).

Mam nadzieję, że dzięki tej notce bohaterskość bohatera została dostrzeżona, i teraz nikt już nie ma wątpliwości, że Spock jest fajny. Live long and prosper, drodzy rycerze.

 

czwartek, 26 września 2013

Dzień dobry. Przybywam z wyjaśnieniem co należy zrobić w takiej sytuacji:

 

Wyjaśnienie znane jest od wielu lat dzięki mędrcom zwanym Monty Pythonem. Aby przekonać się, czy oskarżony jest czarownikiem należy przede wszystkim upewnić się, że jest on zrobiony z drewna, czyli innymi słowy sprawdzić, czy waży tyle ile kaczka. Gdy już upewnimy się, że oskarżony jest wiedźmą, należy zaprosić go na herbatkę, ale na wszelki wypadek nie palić w kominku, bo gość może się wystraszyć. Szczegóły na temat rozpoznawania czarownic znajdują się w poniższym fragmencie Świętego Graala, aczkolwiek nie zaleca się praktykowania porady na temat palenia uzdolnionych biedaków. Oglądajcie uważnie, bowiem to mądre.

 

niedziela, 22 września 2013

Dzień dobry. Okazało się, że samozwańczy bohater miesiąca ma całkiem sporą rzeszę fanów, przez co nie udało mi się uniknąć napisania mu porządnej charakterystyki. Oto obiecany suplement z wyjaśnieniem jego specjalnych zasług dla świata (a konkretnie dwóch), dzięki którym pozwoliłam mu cieszyć się wyróżnieniem.

 

Biedaczek, znowu się nad nim znęcam.


Pan Sheppard znany jest przede wszystkim z roli demona Crowleya z Supernatural (taki serial. Wciągający, więc jeśli nie chcecie siedzieć przez miesiąc przed telewizorem i żywić się zupkami chińskimi, to nie oglądajcie). Jako Crowley posiada pewne cechy, które sprawiają, że w głowach wszystkich, którzy się z nim stykają tworzy się wielkie wibbly-wobbly. Jest podstępny. Szczwany niczym profesor Akademii Szczwanych Planów, o której wspomniał kiedyś mistrz szczwaności Edmund Czarna Szyja. Stosuje bardzo brytyjską strategię dezorientacji polegającą na tym, że jest miły (kto by się spodziewał miłego króla piekieł). Nazywa wszystko, co się o to prosi.

 


Nazywa także to, co się o to nie prosi.

Łosie.


To on sprawił, że Winchesterowie drżą na wzmiankę o łosiu. On także wypowiedział słynne słowa "Holy Mother of Sin". Wypowiedział jeszcze wiele innych ciekawych kwestii, ale jeśli chcecie je poznać, to lepiej zróbcie zapas zupek chińskich, bo najpierw musicie nadrobić pięć sezonów Supernatural. Wszystkie te ciekawe kwestie byłyby tylko kwestiami, gdyby nie to, że pan Sheppard dysponuje charyzmą, o jakiej marzy niejeden wypowiadacz ciekawych tekstów, w dodatku ani myśli jej oszczędzać. Pod koniec ósmej serii z pomocą wrednych scenarzystów sprawił, że większość widzów zaczęła płakać zanim dowiedziała się co się stało z aniołami. Dzięki temu zakończenie było tak traumatyczne, że (smutna wiadomość dla Sherlockistów) nawet pomarańczowy kocyk nie pomaga.

Jak przystało na króla, Crowley jest zaznajomiony z ziemskimi nowinkami technicznymi. Jeśli zadzwonicie pod numer 666 i usłyszycie w słuchawce "this is the king", to znaczy, że dodzwoniliście się do właściwego demona. Nie musicie się go bać, bo Crowley wbrew pozorom nie jest zwyczajnym egoistycznym, pozbawionym skrupułów i zasad moralnych przewodnikiem najbardziej podłych istot wielu światów. Egoistyczny wprawdzie jest (i to jak diabli), ale jego piekielna moralność i zdyscyplinowanie godne są raczej władcy niebios, a nie piekieł. W sumie wystarczyłoby mu tylko przeprogramować nieco motywację, bo w porównaniu z większością aniołów już jest niczym cherubinek z rogami Lokiego.

 

Wspomniałam, że Crowley zabija tekstami?


Mark Sheppard jest brytyjskim aktorem. Łatwo to zauważyć, ponieważ jak każdy brytyjski aktor, zagrał w Doctorze Who. Jego występ w serialu jest jednym z dowodów na to, że Mark naprawdę ma w sobie coś z demona. Wskazówką jest pierwsza scena, w której pojawiła się grana przez niego postać (w tej odsłonie zagrał ją ktoś inny, żeby podejrzenia nie padły na króla (ciekawostka: starszego Cantona zagrał ojciec Marka, William Morgan Sheppard)).


SPOJLERSPOJLERSPOJLER


Poznajemy postać, ponieważ przyszła popatrzeć jak Doktor umiera. Przywiozła nawet benzynę i zaproponowała spalenie zwłok w momencie największej rozpaczy towarzyszy. Na końcu okazuje się, że sytuacja była nieco bardziej skomplikowana, ale tego już nie wyjaśnię, bo dobrze wiem, że nikt nie pomija akapitów ze spojlerami.


KONIEC SPOJLERÓW


Postać nazywa się Canton Everett Delaware III. Oglądanie jej wyczynów na ekranie bez świadomości, że ma na usługach całe piekło demonów może się zakończyć trwaniem w tej nieświadomości i zauważeniem, że sprawia wrażenie całkiem przyzwoitego bohatera. Nic zresztą dziwnego - pan Sheppard gra bohatera z założenia pozytywnego (to znaczy takiego, który nie gwałci wiosek i nie pali dziewic). Nie pozytywnego tak jak Crowley, który robi wszystkich w lolo i widzowie go kochają, ale pozytywnego Pozytywnego. Tak naprawdę tylko fani Supernatural widzą jego drugą, szczwaną naturę. Prawdopodobnie dlatego, że fani Supernatural wszędzie widzą manipulowanie i podstępy, a może dlatego, że Crowley rzucił im się na mózg (co tylko dowodzi, że pan Sheppard zagrał go wyśmienicie). Ciekawym przykładem rzucenia się na mózg jest pewna ankieta na forum Whomanistyki.

 

 

Warto też wspomnieć, że bohater jest jedną z osób, dla których wymyślono twittera (klik). Spamuje, aż miło. Oprócz DW i Supernatural Mark Sheppard zagrał też w wielu innych produkcjach, ale jest ich tak dużo, że ogarnięcie ich zajmie więcej czasu, niż oglądanie Star Treka. Mogę za to śmiało stwierdzić, że jeśli jego nazwisko widnieje wśród obsady, to można zabrać się za oglądanie z mniejszą obawą, niż gdyby go nie było.


PS: mam dziwne przeczucie, że następny bohater nie będzie pochodził z Ziemi. I że mimo to i tak go wpuszczę na tron.

czwartek, 19 września 2013

Dzień dobry. Dzisiejsza notka powstała, ponieważ zrobiłam zbyt dużo screenów z pewnej sceny i nie potrafię wkleić ich do jednego pliku, żeby straszyć ludzi na facebooku (domagam się nagrody w kategorii nokaut szczerością). Na szczęście blog jest świetnym miejscem do prezentacji zdjęć, no i można przy okazji wręczyć wyróżnienie.

 



Wyróżnienie przyznane zostaje pod patronatem Ministerstwa Głupich Kroków, które o tym nie wie. Otrzymują je bardzo niebrytyjscy osobnicy, którzy głupotą swych kroków (i ogólnie poruszania się) wzruszyli autorkę bloga tego szanownego prawie tak jak Clara rozmawiająca z pokolorowanym Doktorem Hartnellem. Ich nazwiska:

 

William Shatner (aka Kapitan Jim Tribble Kirk)
Leonard Nimoy (aka Mądry Spock, który jest także fajny)
DeForest Kelley (aka Doktor Leonard McCoy)

 

A oto zdjęcia:

Zwróćcie uwagę, że Kirk gra solo ze Stairway to Heaven.


Zwróćcie uwagę, że teraz udaje bociana.

Zwróćcie uwagę, że pierwszy raz w historii serialu McCoy wygląda bardziej sztywno od pana Spocka.

Zwróćcie uwagę, że Spock się czai jakby chciał zjeść kolegów (potwierdzając teorię, że ogląda seriale po nocach).

Zwróćcie uwagę, że dopadł kapitana metodą wampirzą (a więc filmy też ogląda).

Zwróćcie uwagę, że McCoy jest łabędziem.

Zwróćcie uwagę, że tak się porusza w próżni.

Zwróćcie uwagę, że Spock jest gońcem, McCoy królową, a Kirk skacze, więc zapewne to skoczek.

 

PS: wybaczcie logo AXN zakłócające estetykę zdjęć - kazałam mu zniknąć, ale mnie nie słucha.

PS2: screeny pochodzą z odcinka Plato's Stepchildren.

poniedziałek, 16 września 2013

Dzień dobry. W ramach leniwego cyklu (czyt. zawierającego notki szybkosiępiszące (don't worry, kiedyś się skończy)) pokażę jeden dowód na to, że soundtrack z siódmej serii Doctora Who jest boski. Że jest boski, wiedzą pewnie:

a) wszyscy, którzy śledzą fanpage 221B na facebooku (od tygodnia hashtag #boskisoundtrack należy do Murraya Golda).
b) wszyscy, którzy mieli przyjemność posłuchać jakiegoś utworu z soundtracku.
c) wszyscy, którzy oglądali serial uszami.
d) wszyscy, którzy wiedzą co oznaczają nazwiska Murray Gold i Ben Foster na jednej okładce.

Dzięki tej notce być może powstanie też kategoria e), zawierająca osoby, które wprawdzie nie wiedzą o co chodzi, ale po poświęceniu paru minut na dowiedzenie się zasmakują odrobiny boskości. Boskości jest tutaj całkiem sporo, bowiem przedstawiam pożegnalną pieśń dla boga Akhaten.

 

 

(PAUZA. Boskość jest terminem o szerokim spektrum znaczeń. Na tym blogu używa się go do określenia czegoś tak dobrego, że autorka spada z krzesła i nie wie co napisać. Czynnikiem sprzyjającym określeniu czegoś mianem boskiego jest związek z jakimś bogiem. KONIEC PAUZY).

W serialu utwór śpiewa mała i dzielna Królowa Lat Merry Gejelh, wraz z chórem mieszkańców planety. Odbiorcą jest głodny i wkurzony bóg, który obudził się i nie ma najmniejszej ochoty iść spać. Królowa tak naprawdę nazywa się Emilia Jones - jest prawdziwym, utalentowanym człowiekiem, którego warto zapamiętać i włączyć do prywatnego grona obiecujących aktorów (a jeśli nie wyrośnie z niej dobra aktorka, to pozostaje nadzieja, że chociaż śpiewać będzie przyzwoicie).


Rest now... my warrior.
Rest now, hardship is over.
Live. Wake up. Wake up.
And let the cloak, of life – cling to your bones.
Cling to your bones.
Wake up...


 
1 , 2 , 3