Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 30 września 2012

Dzień dobry. Niektórzy z was pewnie zauważyli, że żyjemy w świecie superbohaterów. Dookoła nas jest mnóstwo Supermanów, Batmanów, Mądrych Starków, Nordyckich Bogów w Boskich Pelerynach, Wariatów z Budką, Wielkich Zielonych (i dobrych) Potworów, Kapitanów przebranych za Flagę, Sherlocków Holmesów (znanych jako bohaterowie bez peleryny) i tak dalej. Nasz świat bez wątpienia jest chroniony i bezpieczny - nikt nam nie zagraża, a kosmici żyją z nami w takiej zgodzie, że aż boją się ujawnić. Nie musimy się obawiać, że spadnie nam na głowy coś kosmicznego, albo że Iron Man pozwoli zdetonować bardzo groźną bombę w centrum wielkiego miasta. Mieszkańcy niektórych miast (na przykład Gotham) są chronieni jawnie, a innych (Little Stempington) bardziej potajemnie. Wszyscy żyjemy we wspaniałym super-świecie pełnym nadzwyczajnych bohaterów.

Ale jest jeszcze ktoś.

Ktoś, o kim nie kręci się filmów.

Ktoś pomagający w sytuacji, w której Władcy Czasu uciekają do swoich Budek, a Iron Mani kładą się plackiem na chodniku i wołają Jarvisa. Ktoś, kto wkracza do akcji, gdy sytuacja przerasta możliwości zwykłych, niczym niewyróżniających się superbohaterów. To nie jest...

Makler.

Ani majster budowlany.

Ani kościelny.


TO MECHANIK ROWEROWY!




Nie trzeba obawiać się zepsutego roweru - on zawsze przybędzie na czas ze swoją skrzynką pełną narzędzi. Napompuje koło, dokręci hamulec, zmieni siodełko, założy łańcuch. Zna się na wszystkich rowerach. Znają go wszystkie rowery. Naprawia je własnoręcznie! Dzięki niemu są bezpieczne - w dzień i w nocy, w każdym zakątku świata. Nie musimy martwić się o swój rower. Jeśli ktoś go ukradnie, to odzyska go jeden z miliona superbohaterów, a gdy się zepsuje - pomoże mu jedyny i niezawodny Mechanik Rowerowy. Pamiętajmy o nim, bo on pamięta o nas.

 

Bohater znajduje się po lewej stronie.

(źródło z tłumaczeniem).

czwartek, 27 września 2012

Dzień dobry. Jest jeszcze dzisiaj, a dzisiaj była już długa notka, więc ta ma prawo być krótką notką bez długiego tekstu, który uczyniłby ją prawdziwą notką. Odkryłam rozwiązanie odwiecznego problemu Hamleta - jest tak oczywiste, że muszę to zamieścić właśnie tutaj, w pełnym rozmiarze. Teraz ględzenie o Szekspirze jest w pełni usprawiedliwione, w końcu mam nawiązanie w tytule.

http://fav.me/d586wku

Tagi: blog Szekspir
23:49, adeenah , Inne
Link Komentarze (1) »

Dzień dobry. Pora na mocno spóźnioną recenzję, która trochę mi nie wyszła, bo rozpisałam się na inny temat. Czwarty odcinek Doctora Who (The Power of Three) dostarczył fanom nowego powodu do strachu - są nim sześciany. Współczuję wszystkim, którzy nie mają jeszcze za sobą matematyki i obliczeń na tych zdradzieckich bryłach, prawie tak bardzo jak studentom szkół artystycznych narażonym na kontakt z Płaczącymi Aniołami. Ja obecnie najbardziej obawiam się Vashta Nerady (studia związane w książkami) i sobie również współczuję, chociaż nie aż tak jak dwa lata temu - na biologii wszystko żyło i było potencjalnym zagrożeniem z kosmosu. Jeśli ktoś zastanawia się dlaczego zawsze piszę recenzje w punktach, to właśnie ma okazję zobaczyć jak łatwo idzie mi gubienie wątku, gdy punktów nie ma. Dzisiaj niech się stanie chaos.

 Przede wszystkim jeśli chodzi o Pondów, to kompletnie się pogubiłam. Mało tego - mam wrażenie, że przez przeciąganie ich wątku pogubili się również scenarzyści, Pondowy chaos i uprowadzenia z najnowszych odcinków są na to najlepszym dowodem. Wiem, że ich związek jest skomplikowany, chcą  podróżować z Doktorem i jednocześnie żyć normalnie... chyba  wszyscy wiemy co ma nastąpić i zdajemy sobie sprawę z tego jak ciężkie będzie to głównie dla Amy i Doktora, ale naprawdę nie trzeba tego zapowiadać tyle czasu. Jeszcze żaden towarzysz nie spędził tylu lat na czekaniu i tęsknocie za Doktorem, a Doktor nie wywarł na żadną towarzyszkę tak dużego wpływu jak na Amy, którą zepsuł już w dzieciństwie. Zawsze na niego czekała i będzie czekać nawet jeśli będzie wiedziała, że czekanie nie ma sensu. Doktor ma już doświadczenie w opuszczaniu przyjaciół i zawsze w końcu się z tego otrząsa, chociaż nigdy nie zapomina, ale Amy będzie tęsknić i wierzyć w swojego szaleńca z budką aż do końca swoich dni. Żadne "normalne" życie nie zadowoli jej po tylu latach przygód, a dopóki będzie czekała, Doktor będzie wiedział, że ma do kogo wracać i będzie to robił... znowu i znowu. Jedyną metodą na zerwanie tej zależności jest śmierć jednego z nich albo inne fizyczne odseparowanie, które uniemożliwiłoby ciągłe spotkania i rozstania. Właśnie to mieliśmy okazję ostatnio podziwiać - próby rozejścia się i nieuniknione powroty. Mam nadzieję, że rozstanie nie zakończy się porzuceniem Amy, która dość już się w życiu naczekała, tylko że Moffat zdecyduje się na rozwiązanie, które raz a dobrze uwolni ją od jej klątwy - najbardziej oczywista wydaje się śmierć. Ingerencja w pamięć to zagranie nie fair wobec kogoś, kogo Doktor praktycznie ukształtował, więc nawet nie chcę o tym słyszeć. Tak - chciałabym, żeby Amy umarła, chociaż to oznacza żal, złość i rzucanie w telewizor długopisami. I to nic, że obecność Pondów na ekranie jest coraz bardziej nużąca - i tak będę za nimi tęsknić razem z kosmitą w muszce. Obecność Aniołów w pożegnalnym odcinku nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o Amy, a nie Rory'ego - to w końcu jej koszmar.

 

 

Druga sprawa - Rory. Wiemy już, że Amy nie może żyć bez Doktora, że Amy i Rory nie mogą ułożyć sobie wspólnego życia po tym co z nim przeżyli, ale co z Rorym? Wydaje mi się, że poradziłby sobie bez podróży w czasie znacznie lepiej od Amy, ale czy poradzi sobie bez Amy? Jak ostatni centurion, który czekał 2000 lat na swoją ukochaną ma bez niej żyć? Patrzeć na jej śmierć? Czy w sobotę wszyscy umrzemy z rozpaczy przez biednego Rory'ego? Nie, nie mogą mu tego zrobić. Jeśli Amy ma umrzeć, to niech Rory umrze wcześniej. Mój scenariusz zapowiada się jak stara, dobra tragedia, ale co poradzić, gdy twórcy chcą się pozbyć bohaterów, którzy tak bardzo się do siebie przywiązali? Zakończenie kariery Rory'ego uważam jednak za złe wyjście - w tym sezonie zaczął robić coraz większe postępy w byciu ciekawą postacią i nie krył się tak bardzo w cieniu Amy jak w poprzednich seriach. Pozbycie się bohatera w jego najlepszym momencie jest krzywdzące (chociaż nie aż tak jak zmuszanie go do życia po tym, co być może się wydarzy). Poza tym jego wspaniały tata nazywany potocznie panem Weasley jest tak sympatyczną postacią, że jeśli zniknie z serialu na dobre, to mój żal będzie wielki. Ogromny. Jeśli będzie płakał po Rorym, to tym bardziej. Arthur Weasley nie może płakać. Już lepiej, żeby umarł (co za tragedia...)

 

 

A Doktor? Doktorowi postanie odśpiewać Show Must Go On i pogodzić się z tym, że znowu jest sam. Może chociaż River zagra z nim w Cluedo na pocieszenie - skoro już jest jego żoną, to nie powinna uciekać w takim trudnym momencie.

O "The Power of Three" napiszę niewiele, za bardzo zajmuje mnie sprawa Pondów. Odcinek jak zwykle jest ciekawy - szpiegujące czarne kostki to coś nowego (przynajmniej w nowych seriach), portal w windzie już mniej. Krótka sekwencja z nudzącym się Doktorem pokazuje, że on tym bardziej nie potrafi żyć „normalnie” (chwała znudzonemu Doktorowi za odrobinę humoru, który jest teraz na gwałt potrzebny). Zawał Doktora jest moim ulubionym zawałem jaki zekranizowano - nic dziwnego, że ktoś, kto ze mną oglądał zaczął krzyczeć do kogoś innego, kto również oglądał, że nie da się nie lubić Jedenastego. W mojej małej głowie również się nie mieści jak można nie darzyć sympatią kogoś, kto dostaje zawału w taki sposób. Bohaterem odcinka jest dla mnie tata Rory'ego - tak zaangażował się w obserwowanie kostek, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że byłby dla Doktora idealnym kompanem. Jednak pan Weasley wybiera życie na Ziemi, a inwazję z kosmosu i podróże TARDIS traktuje tylko jako małą odskocznię od rzeczywistości - angażuje się, przeżywa przygodę, a później wraca do domu i zmienia żarówki. Jest czysty i nieskażony innymi światami, chociaż dobrze wie, że istnieją. Widać to zwłaszcza przy Pondach, którzy już dawno przekroczyli granicę, do której jemu wciąż daleko -dla których czynności takie jak zmiana żarówki nie są już częścią prawdziwego życia. Czy odcinek mi się podobał? "Alt" na mojej klawiaturze jest prawie zdarte, czarne i ma kształt kwadratowy. Szpieguje mnie. Boję się własnej klawiatury, a jeśli odcinek potrafi tak zadziałać, to oczywiste, że się podobał. Za to nie mam pojęcia jak szybko odważę się obejrzeć kolejny.

 

 

Bardzo możliwe, że ci, którzy oglądają trailery i zapowiedzi podejrzewają już co się wydarzy w następny odcinku. Jeśli tak, to bardzo proszę o nieuświadamianie mnie, chciałabym dożyć odcinka ;)

środa, 26 września 2012

Dzień dobry. Znalazłam wczoraj zdjęcie, które obudziło we mnie nieskrywaną potrzebę analizy dzieł brytyjskich z wykorzystaniem nawiązań do kultury popularnej. Zanotowałam więc kilka spostrzeżeń i uzyskałam tak logiczne wnioski, że aż mnie zadziwiły. Oto zdjęcie:


 

A oto spostrzeżenia:

- Zdjęcie bez wątpienia przedstawia żołnierza hitlerowskiego w w ruchu.
- Nie wiem dlaczego, ale jakoś dziwnie dobrze kojarzę Anglików nabijających się z nazistów (na pewno nie ma to nic wspólnego z żadną Helgą i jej bielizną w swastyki, ani Basilem Fawlty nie mówiącym ani słowa o wojnie).
- Zdjęcie uwieczniło tak głupi krok, że pan w mundurze z pewnością dostałby dofinansowanie z ministerstwa, aby mógł rozwijać sztukę chodzenia i czynić ją jeszcze głupszą.
- Nazista ze zdjęcia adekwatnie do munduru powinien wyglądać groźnie, surowo i niemiecko, ale zamiast tego ma twarz Anglika znanego jako Fasola. Ta rażąca sprzeczność ma nas zapewne wytrącić z równowagi i sprawić, że zastanowimy się nad przeplataniem się w życiu wątków komicznych z tragicznymi.
- Twarz Fasoli wygląda poważnie, można na niej dostrzec nutkę nostalgii. Niewielu widziałam ludzi z nostalgią na twarzy w trakcie wykonywania tak głupiego kroku, a uwierzcie mi - to nie lada sztuka.
- Tak się składa, że nie tylko twarz należy do Fasoli - wszystko co ludzkie na tym zdjęciu należy do Fasoli.
- Kompozycja jest bardzo dobrze... skomponowana. Dwa przeciwległe rogi posiadają buty, a dwa pozostałe ich nie posiadają.
- Opaska na ręce znajduje się prawie prostopadle do obu nóg. Prostopadłe linie często przecinają to, do czego są prostopadłe, a to ma z kolei znaczenie symboliczne związane z przecinaniem i odcinaniem.

 

Wymowa zdjęcia jest jasna i oczywista - jeśli ktoś chce ćwiczyć sztukę głupich kroków na terenie Anglii, to nie powinien zostawać nazistą, ponieważ inni naziści obetną mu nogi i od tej pory będzie patrzył na świat z nostalgią. Jedyne, co mu pozostanie to brak nóg i bielizna w swastyki.


***

PS: Zdjęcie to nie fotomontaż, zrobił je w 1982 roku Arthur Steel.

wtorek, 25 września 2012

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis dedykuję nowo powstałemu fanpejdżowi doktorowemu na facebooku, który spamuje aż miło. Nie ukrywam, że notka powstała na podstawie wczorajszej ankiety. Zastanawialiście się co się stanie, gdy kontrakt Matta Smitha wyga.. to znaczy gdy Doktorowi coś się stanie i będzie musiał się zregenerować? Co się stanie z jego twarzą? W kogo przemieni się ten stary, poczciwy kosmita? Wytypowałam kilku kandydatów, a właściwie wybrałam ich spośród najczęściej rysowanych ludzi w TARDIS.

 

Benedict Cumberbatch.

Byłby dobrym Doktorem... nie, nie. Benedict Cumberbatch jako Sherlock byłby dobrym Doktorem. Wiele osób chciałoby go widzieć w roli Time Lorda, ja też czasami cieszę się bezmyślnie jak widzę rysunki Shelocka w TARDIS, ale rozważając jego kandydaturę na poważnie muszę przyznać, że nie chciałabym widzieć go w roli Doktora. Benedict potrafi świetnie zagrać bohatera-dziwaka, którego tłumy kochają nawet, gdy jest nieuprzejmy dla naszego ulubionego hobbita. Zwolennicy przejęcia przez niego klucza do TARDIS pokazują jako wzór doktorowatości niektóre sceny z Sherlocka - każdy wybiera inne i w efekcie przykładem jest niemal cały serial. I w tym właśnie tkwi problem - kreacja Benedicta, której ludzie oczekują w roli potencjalnego Doktora jest Sherlockiem, a ja uważam tę rolę za tak dobrą, że nie chciałabym, żeby zlała się z inną, która też musi być dobra. Nie mam nic przeciwko uprowadzeniu pana Holmesa na Skaro na kilka odcinków, ale niech Sherlock pozostanie Sherlockiem.


 

Michael Fassbender.

Kolejny dobry aktor - nie mam do niego większych zastrzeżeń, ale podejrzewam, że zwolennicy "ludzkiego" Doktora stęsknieni za Tennantem i zmęczeni tym okropnie kosmicznym kosmitą mogliby mieć. Fassbender ma w sobie coś takiego, że nawet stojąc nieruchomo i wpatrując się w cokolwiek może wyglądać groźnie i obco. Nic dziwnego, że w Prometeuszu grał robota i nie potrzebował nawet charakteryzacji, a w ostatniej części X-Mena dostał rolę, w której nic nie robiąc przerażał bardziej niż miotający się po całym ekranie Azazel. Na pewno nie byłby takim typem Doktora, który po przytrzaśnięciu drzwiami Daleka przeprasza go ze łzami w oczach i zaprzyjaźnia się z damami z kominków. Ja nie mam nic przeciwko - Tennant był jeden, a Doktor przecież jest kosmitą, więc niech ma go w sobie choć tyle, żeby widz nie był w szoku, gdy ktoś o tym przypomina.


 

Tom Hiddleston.

Ten dżentelmen jest świetnym kandydatem. Jest w końcu dobrym królem, znudzonym księciem, sprawiedliwym policjantem i zbuntowanym bogiem - wystarczy połączyć te cechy, a wyjdzie coś na kształt Doktora - wystarczająco ekscentrycznego jak na 1000 letniego podróżnika w czasie, ale bez problemu dającego się lubić. Mimo wszystko uważam, że najlepiej mu z czarnym charakterem (albo takim, który chce być czarny) i odrobiną szaleństwa, a to oznacza tylko jedno: MISTRZA. Za Masterem przemawiają też silne zasady moralne Doktora, który na pewno nie zrobiłby wielu rzeczy, które jego przeciwnik zrobiłby bez mrugnięcia okiem, a jak Hiddleston ma już grać ekscentryka, to ja poproszę bez ograniczeń. Hiddleston-Master powinien wystrzegać się tylko jednego - fryzury Lokiego. Wprawdzie fandomy się przyjaźnią, ale ich fanarty nie mogą się mieszać...

 


Lara Pulver.

Dlaczego nie? Doktor sam nie wie co mu się trafi, zmiana płci nie powinna być dla niego zbyt dużym problemem. Gdyby ktoś miał być z takiej zmiany niezadowolony, to prawdopodobnie jego żona, ale River jest twardzielką, więc pewnie zniosłaby to dzielnie. Jest tylko jeden ważny warunek - osobnik płci żeńskiej grający Doktora musiałby wykazać się przede wszystkim silnym charakterem. Staruszek z kosmosu nie może być delikatnym stworzeniem płaczącym nad każdym kwiatkiem (chyba, że ma twarz Tennanta, który może wszystko). Lara pokazała, że dla niej to nie problem i potrafi nawet zadziwić Sherlocka, a zadziwienie Sherlocka jest znacznie lepszym wyznacznikiem siły charakteru niż jakiekolwiek próby i castingi. Gdyby w umyśle jakiegoś złego producenta Doktor miał zmienić płeć, to powinien w pierwszej kolejności dzwonić właśnie do Lary.


 

Stephen Mangan

Według mnie najlepszy kandydat (nie widziałam go w żadnym zestawieniu). Zwróciłam na niego uwagę, bo w Episodes tak fantastycznie panikował, że brakowało mu tylko Daleków. Świetnie gra kogoś, kto bardzo chce dobrze, prawie wie co robić i miota się na wszystkie strony mamrocząc do siebie bezbłędną angielszczyzną. Aż prosi się o to, żeby ustawić mu konsolę TARDIS, żeby miał dookoła czego się miotać i dać mu kilka ciekawych zwrotów do mamrotania. Dalekowie przeżyliby odrodzenie, bo warunkiem ich istnienia jest przecież strach, a Mangan boi się naprawdę ciekawie (spójrzmy prawdzie w oczy - kto by się bał Daleków, gdyby ludzie na ekranie nie wpadali w histerię na ich widok?). Tylko lepiej nie dawać mu długiego szalika, bo fryzura mogłaby sprowokować wiernych fanów do porównań z Czwartym (niezbyt słusznych porównań, charaktery mają różne).


Mój kandydat na tle w kolorze zbliżonym do TARDIS Blue.

 

Potencjalnych Doktorów jest o wiele więcej, ale nie chciało mi się dalej w to brnąć - najbardziej popularnych wymieniłam, a szukać dalej nie mam po co (w końcu mam już faworyta ;). Możecie oczywiście podawać swoje typy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6