Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







sobota, 31 sierpnia 2013

Dzień dobry. Co dziś jest? Dzień blogera! Z tej okazji tradycyjnie (to znaczy pierwszy raz, tradycja jest starsza niż 221B) przedstawiam pięć blogów, które powinny mieć zabójczo piękne statystyki, a wszystko wskazuje na to, że nie mają. Jest was tak dużo, że wierzę, że możecie pomóc zrobić wybranej piątce blogerów prezent i sprawić, że jak jeden mąż zlecą dziś z krzeseł na widok statystyk. A żeby miło się czytało, zilustrowałam notkę gifami z Doktorami.


Drugi też ma kiepskie statystyki, a jest jednym z najwspanialszych.


Część I: właściwa.


Ponder Times: Jak nazwa wskazuje, blog jest prowadzony przez kogoś, kto nawet pod wpływem tortur mięciutką poduszeczką nie powie, że Doctor Who jest serialem do niczego (aczkolwiek teraz może to powiedzieć, ponieważ głupia ja go sprowokowała). Ponder lubuje się w analizowaniu zjawisk, które często umiejscowione są w telewizorze, a jeszcze bardziej lubi wygłaszać opinie. Niektóre są kontrowersyjne, ale jak autor coś hejtuje, to zazwyczaj wybiera tematy, które aż się o to proszą. Oczywiście jak to bywa z opiniami, zdarzają się takie, które powodują gwałtowne kiwanie głowami, takie, z którymi ciężko się zgodzić, oraz takie, na widok których aż by się chciało pobić blog, ale taki już urok czytania opinii ludzi z własnymi rozumami. Od czasu do czasu na blogu zdarza się lekcja starego, dobrego rocka, a w gronie często przytaczanych seriali znajdują się m.in. wszystkie cztery otaczane czcią na 221B (Doctor Who, Supernatural, Sherlock i Hannibal (a do listy 221B dołączy wkrótce Star Trek;)). Link do strony fb.


Macha Trzeci do Pondera, albowiem wie, że Ponder go lubi.


Pamiętnik Absurdalny i Pan Tygrysek: Dwa blogi udające jeden. Prowadzi je osoba, która pisze o sobie w dwóch osobach (a właściwie dwie osoby piszące o sobie w czterech). Blogi charakteryzują się tak wysokim poziomem absurdu, że w porównaniu z nimi jestem jeno małym żuczkiem, który nie umie ulepić z absurdu kulki większej od własnej głowy. Może to zasługa czynnej (czynnej?) działalności autorki w fandomie Terry'ego Pratchetta, którego czytanie po nocach kończy się zazwyczaj gwałtownym wzrostem tolerancji na absurdalny humor, a może po prostu autorka ma naturalne predyspozycje do rozumienia tego, czego większość śmiertelników nawet nie zauważa. Pamiętnik Absurdalny jest głównie zapisem rozwiniętych refleksji od czapy (i ma TARDISki w tle), a Pan Tygrysek to blog zawierający głównie opowiadania. Fanpejdże na facebooku: PA, PT.


Bo wiadomo, że jedna osoba dogaduje się ze sobą lepiej niż dwie.


Doctor Who Classic - Recenzje: Oto blog wyjątkowy. Poświęcony jest w całości zjawisku zwanemu klasycznymi seriami Doctora Who (przede wszystkim dlatego, że to są klasyczne serie Doctora Who (czy tylko mnie się to zdanie skojarzyło z Mirandą?)). Przeciętna notka zawiera informacje na temat opisywanego odcinka, segmentu i jego zawartości (czyli Doktora, towarzyszy, wrogów i gościnnych kosmitów), dzięki którym bez problemu udaje się zidentyfikować odcinek nawet najbardziej niekumatemu i zaspanemu czytelnikowi. Po przedstawieniu odcinka następuje część właściwa, czyli recenzja - podzielony na określone akapity, uporządkowany zapis uwag i refleksji. Na końcu wymienione sa plusy i minusy (to chyba prezent dla tych, którym nie chce się samodzielnie wyciągać wniosków). Od czasu do czasu zdarzają się recenzje innych doktorowych tworów, na przykład książek, poza tym blog uwielbia zaskakiwać - zaglądając na niego zazwyczaj nie wiadomo jaki odcinek tym razem padł ofiarą notki. Podsumowując: autor odwala tak wspaniałą robotę, że mam ochotę go uściskać, co też właśnie, metaforycznie czynię.


Free hug, ale tylko dla autora recenzji.

 

Wiedźma na Orbicie: Blog prowadzony przez współczesny przypadek wiedźmy z krwi i kości. Nie ma przecież bardziej wyklętego i ignorowanego przez społeczeństwo osobnika płci żeńskiej, niż geek (z wyjątkiem innych rodzajów wyklętych i ignorowanych przez społeczeństwo osobników). Wiedźma doskonale zna się na grach komputerowych, serialach i filmach (głównie science fiction i fantasy). Pisze długie notki, od których ciężko się oderwać, nawet jeśli tematyka nie jest zbyt fascynująca z punktu widzenia czytelnika. Tyle razy zdarzyło mi się czytać wiedźmowe opisy gier, które mnie nie obchodzą, że nie potrafię tego wytłumaczyć inaczej niż tym, że autorka po prostu ma smykałkę do pisania. Nabyta wiedza jest oczywiście przydatna... wiem na przykład, że mieczem chińskim walczy się ciekawiej od miecza zwykłego, dzięki czemu jak zacznę grać w coś zawierającego miecze chińskie, to może nie zanudzę się na śmierć. Najciekawsze są teksty na temat seriali i ogólne, inspirowane dużą liczbą tworów popkultury (na przykład takie). Wiedźma zawsze potrafi skutecznie przegonić nudę, nawet jeśli tak naprawdę nie ma miecza chińskiego.

 

Dobrze gram tylko w szachy, ale Wiedźmę i tak czytam.

 

Whomaniaki: jeden z niewielu prowadzonych na bieżąco blogów na temat Doctora Who. Zawiera newsy, ciekawe informacje, znaleziska, a nawet fanarty. Blog jest prowadzony przez kilka osób, które wciąż wierzą, że pomimo powszechnej dostępności informacji w miejscach pokroju facebooka czy twittera, wciąż istnieją osoby, które potrafią docenić gromadzenie ich w jednym miejscu. Ostatnio blog wzbogacił się o linki do klasycznych serii DW, ale na szczęście chyba nie działają (jak działa, to oglądam. Obejrzałam już tyle razy, że wstyd się przyznać). Whomaniaki grasują też na facebooku i w paru innych miejscach, na które można trafić z bloga... a ponieważ ten tekst i tak jest już subiektywny jak diabli - oto przykład newsa, który cieszy mnie za każdym razem, gdy go widzę, chociaż już prawie znam listę utworów na pamięć.

 

Blog jak ta świnka, z pewnością warto go dostrzec.

 


Część II: dodatkowa.


Skoro już opisuję blogi, to postanowiłam wyjaśnić od razu dlaczego warto zaglądać na te, które polecam po lewej stronie przez 24 godziny na dobę. Tak się składa, że linki nie znalazły się tam bez powodu - polecane blogi mają większy lub mniejszy związek z brytyjskością (jeden pod tym względem bije mnie na łeb), a klikanie w nie (lub nawet myślenie o tym) może się zakończyć odkryciem czegoś ciekawego. Żeby nie było wszystkim za dobrze, każdy blog opisałam tylko jednym zdaniem.



Charlie Bibliotekarz: Nie dość, że pełno tam ciekawych recenzji książek, to w dodatku można czasem trafić na osobliwe rubryki ze starych gazet znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej i potoczyć się pod stół, próbując opanować atak dzikiego chichotu.

Edzik prosto z Dublina: Blog śpi, ale jak się przebudzi, to prawdopodobnie odwiedzający zostaną zaatakowani boskimi zdjęciami irlandzkich krajobrazów z dodatkiem ciekawych opisów.

Fangirl's Guide to the Galaxy: Blog prowadzony jest przez osobę dysponującą ogromną wiedzą o popkulturze i radosnymi, fangirlującymi sercami - na szczęście pomimo wysokiego poziomu szczwaności osoba nie potrafi tego ukryć w żadnej notce.

Jeans and Tee Girl: Wpisy nie pojawiają się tu często, ale jak się pojawiają, to takie, że buty lecą (często zawierają odnośniki do różnych strasznych stron i tumblrów, na których można zmarnować pół żywota lub weekend i nawet tego nie zauważyć).



Maja Lulek: Strona osoby utalentowanej plastycznie i wykorzystującej ten fakt do upiększania świata rysunkami Sherlocków, Doktorów lub innych Willów Grahamów (niektóre rysunki Maja drukuje na zamówienie na koszulkach, dzięki czemu ulice również stają się piękniejsze).

Neil Gaiman PL: Blog zajmujący się tłumaczeniem bloga Neila Gaimana na język polski - dzięki niemu można pokazać niektóre notki pana Gaimana osobom, które nie wiedzą nawet jak poprawnie zapytać po angielsku o godzinę.

Neon o filmach i serialach: Można tu przeczytać ciekawe i zawsze subiektywne recenzje filmów i seriali, a czasami nawet dać się przekonać do obejrzenia czegoś boskiego (powiedziała osoba, która obejrzała przez Neona dwa sezony American Horror Story i nigdy mu tego nie zapomni).

Ninedin: Najmądrzejszy blog populturalny w Internecie, nawet czytając notki o Doctorze Who można poczuć jak rośnie nam IQ.

Pamiętnik Absurdalny i Pan Tygrysek: Opis wyżej - drugiego nie będzie, bo to nie gwiazdka.



Ponder Times: Tak samo, Mikołaj nie daje podwójnych prezentów.

Recenzje DW Classic: Kolejny opisany, co za dużo to niezdrowo.

Seriale Brytyjskie: Ten blog jest bardziej brytyjski od mojego, bo nie przemyca Star Treka i Supernatural w każdej notce, poza tym informuje na bieżąco o tak dużej ilości seriali, aż chciałoby się rzucić studia i pracę, żeby mieć czas na oglądanie ich.

Sherlockiana: Autorka tak dobrze opanowała władanie językiem, że nie da się przeczytać jej notek tylko raz, wie o Sherlocku Holmesie więcej niż wy kiedykolwiek będziecie wiedzieć, przemyca ukradkiem Doctora Who i The Beatles, i nie ma co ukrywać, ten blog będzie jednym z najwspanialszych polskich blogów nawet gdyby Sherlock zaczął pisać o flakach z olejem.



Whomanistyka: Blog śpi, ale Whomanistyka grasuje też w wielu innych miejscach (linki na blogu), zabijając absurdem, nieokiełznaną miłością do Doctora Who (i paru innych seriali) i tak dużą ilością pozytywnej energii, że aż czasami trzeba ciapnąć.

Zwierz Popkulturalny: Zwierz kocha popkulturę tak bardzo, że gada o niej codziennie od ponad 5 lat i nic nie wskazuje na to, żeby miał kiedyś skończyć... poza tym posiada opinię na każdy temat, potrafi docenić dobry spam, ma skłonności brytofilskie i poczucie humoru, którego nie powstydziłby się nawet master John Cleese.

Dalej są wymienione miejsca, w których ja grasuję, ale blog właśnie mi powiedział, że już ma dość.

 

 

Wszystkiego najlepszego, drodzy blogerzy!

 

EDIT: poprawiłam sprostowania autorów blogów. Nikt nie wie które.

piątek, 30 sierpnia 2013

Dzień dobry. Parę lat temu ktoś gdzieś napisał, że dzień bez Żuków to dzień stracony. I wiecie co? Miał rację. Jeśli obudzi się w was zombie i zapragniecie spać cały dzień, to nie zapominajcie o tym. Żuki mają bowiem taką specyficzną właściwość, że potrafią nastroić korę mózgową do stanu umożliwiającego normalne funkcjonowanie nawet w ciężkich przypadkach podłego dnia. Są na sali meteopaci umierający na kanapie z powodu spadającego ciśnienia? A może ludzie z grypą, którzy próbują zapić się pod kocykiem na śmierć gorącą herbatą z sokiem malinowym? Komuś umarł chomik? Ktoś zawalił ważny egzamin? A może po prostu mu smutno? Pamiętajcie, że bez względu na poziom beznadziejności samopoczucia, Żuki zawsze czekają, aby was pocieszyć.


 

Mini-notka dla wszystkich zombie tego świata.

środa, 28 sierpnia 2013

Dzień dobry. Notka nie jest zbyt długa, ponieważ muszę szybko wracać do oglądania Star Treka (oglądam TOS. Nie dość, że dzieją się straszne rzeczy, to w dodatku w każdej chwili może wyskoczyć z ekranu jakiś potwór). Dedykuję ją Basi, dzięki której zorientowałam się, że wszystkie sztućce są niebezpiecznie.

Skoro oglądam TOS, to zacznę od TOS. Zaprawdę powiadam wam, ten serial jest kopalnią informacji. Można dowiedzieć się z niego wielu ciekawych (dobro jest kiepskim kapitanem, pies boi się bardziej od człowieka, Spock jest fajny) i przydatnych rzeczy. Do kategorii przydatnej zalicza się m.in. uświadamianie ludzkości, że nożyk do smarowania czekolady może być śmiertelnie niebezpieczny. Twierdzenie to wydaje się być absurdalne... jak nożyk, który jest prawie równie tępy z obu stron, w dodatku spędza cały swój szlachetny żywot na smarowaniu chleba pyszną czekoladą, może komukolwiek zaszkodzić? Otóż rozwiązanie jest zaskakujące. Gdy dźgniemy się takim nożykiem w miejsce, w które lepiej nie dźgać się ostrymi narzędziami, to możemy zakończyć swój żywot. Przy odrobinie szczęścia przeżyjemy i będziemy biedni, a przy jeszcze mniejszej odrobinie dostaniemy nagrodę Darwina.


Dzieci, nie oglądajcie Star Treka.

 

Drugim przykładem sztućca, który udaje niewiniątko jest łyżeczka. Nie oglądam wprawdzie Merlina, ale po wpisaniu w google kombinacji groźnych słów i "spoon" trafiłam na mrożącą krew w żyłach scenę. Pokazuje ona jak pewna osoba zignorowała potęgę łyżeczki, ironicznie się uśmiechając... na szczęście oszczędzono nam widoku rozlewu krwi, a w następnym ujęciu widać tylko prastary korytarz i słychać odgłos sugerujący, że łyżeczka została wykorzystana w brutalny sposób. Morał z tego taki, że z ewolucyjnego punktu widzenia osoby oglądające Merlina są lepiej przystosowane do przetrwania w środowisku kuchennym, więc warto być dla nich miłym.



Ponadto Souffle Agent donosi, że "Szeryf z Nottingham o twarzy Alana Rickmana lubił łyżką wydłubywać serca". Uważajmy więc na szeryfów z Nottingham ze sztućcami, i nie dajmy się zdezorientować dostojnym obliczem Alana Rickmana. Inną odmianą groźnej łyżeczki jest zardzewiała łyżeczka. Wszyscy myślą, że groza rdzy polega na tym, że gdy nawiąże bezpośredni kontakt z ludzką krwią, może podarować jej parę laseczek tężca, które dokończą misję, powodując nieprzyjemny zgon... prawda jest jednak inna. To znaczy tak, tężec bywa zabójczy, dlatego należy się go bać, ale rdza przyciąga też znacznie większe zagrożenie. Zagrożenie nazywa się Salad Fingers i nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że jest niebezpieczne. Na jego widok lepiej wiać gdzie pieprz rośnie. Panu Fingersowi zdarza się na przykład wyjadać mózgi albo jeść obiadki z trupami. Kocha zardzewiałe łyżki, dlatego jeśli posiadacie jakąś w swoich zbiorach, to lepiej zamykajcie dobrze okna na noc...



Kolejnym strasznym sztućcem jest widelec. Ten uroczy, zębaty obiekt, bez którego ciężko zjeść naleśnika jak cywilizowany człowiek potrafi sprowokować istotę ludzką do popełnienia strasznych czynów. Terenem, na którym podstępna działalność widelców zabiera najwięcej ofiar są restauracje. Sposób działania widelca jest następujący:
-widelec chowa między swoimi zębami resztki jedzenia.
-udaje, że jest czysty i wędruje wraz z resztą zastawy stołowej do jakiegoś głodnego nieszczęśnika.
-ukazuje swój brud głodnemu nieszczęśnikowi.
-sprawia, że głodny nieszczęśnik wpada w totalną rozpacz i dźga się widelcem na śmierć.
-powodując rozpacz innych ludzi z restauracji i kolejne przypadki zadźgania się na śmierć.

Scenariusz brzmi nieprawdopodobnie, ale wystarczy obejrzeć dokument Monty Pythona, który uwiecznił jedną z takich tragedii, aby przekonać się, że wszystko to prawda i tylko prawda.


 

PS: jeśli ktoś się zastanawia na co wydać kasę w październiku, to może już przestać, bo do Warszawy przyjeżdża Dylan Moran.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień dobry. Za zgodą bardzo brytyjskiej armii królewskiej (czyt. czytelników 221B z facebooka) skonstruowałam poradnik dla blogerów. Poradnik ten sprawi, że wasz blog będzie wspaniały, kochany i bardziej brytyjski niż sama królowa (wróć, to tylko ten jest tak brytyjski). Zdradzam w nim moje największe blogerskie sekrety, którymi nie podzieliłabym się nawet z ukochanym kubkiem herbaty, ale tak jakoś wyszło, że włączyłam notatnik i się nimi podzieliłam (wszystko przez to, że odinstalowałam Skyrim i się nudzę). Poradnik jest poważny (naprawdę) i sprawdzony, a dowodem na jego skuteczność jest cudowna, brytyjska mini-armia, która tutaj zagląda (ponad 500 osób, każda z własną milą). Jeśli chcecie aby wasz blog odniósł sukces, porzućcie swe dotychczasowe nawyki i zastosujcie wszystko, co tutaj opisuję (or you will be exterminated). Albo i nie. Macie przecież własne rozumy ;)

 

 

1. Aby mieć blog, należy go założyć. Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że blog może założyć każdy, kto chciałby pisać blog. Jeśli człowiek chce założyć blog tylko po to, żeby na nim zarabiać, to powinien zastanowić się nad swoim życiem i oszczędzić blogosferze cierpień. Najlepsze blogi powstają z pasji, a recenzja Iron Mana pisana przez kogoś, kto czyta komiksy Marvela po nocach jest ciekawsza od recenzji napisanej przez kogoś, kto dostał płatne zlecenie i spodziewa się filmu o żołnierzu ze stalowymi nerwami.

2. Istnieje wiele serwisów, w których można utworzyć blog, wybór należy przeprowadzić wyłącznie na podstawie własnych upodobań. Niektóre platformy mają tzw czynniki sprzyjające, np. na blogspocie są wszyscy znajomi, blox umożliwia dostanie zawału, gdy umieszcza link do bloga na głównej stronie gazeta.pl, a wordpress jest ze wszech miar piękny.

 

Benedykt symbolizuje wordpressa.

 

3. Najszczęśliwsze blogi to blogi tematyczne, dlatego zakładając blog warto wiedzieć czego będzie dotyczył. Tematyka powinna być wyraźnie zaznaczona w widocznym miejscu (na przykład w nagłówku), żeby powoływać się na nią za każdym razem, gdy piszemy o niezwiązanych z tematem bzdurach.

4. Serwisy społecznościowe kochają blogi. Jeśli bloger zakłada równolegle z blogiem stronę na facebooku, google+, twitterze, tumblrze, zupie, albo w innym miejscu, które umożliwia natychmiastowe dzielenie się spamem, newsami i refleksjami nienadającymi się na blog, to otwiera się na czytelników. Niewiele osób korzysta z maila, a jak już, to tylko w ważnych sprawach, za to szansa na otrzymanie w prywatnej wiadomości na facebooku zupełnie nowego gifa z Dalekiem w kostiumie balleriny ślizgającym się na skórce od banana jest niemal stuprocentowa, jeśli tylko taki gif zostanie powołany do życia w jakimś tajemniczym zakątku Internetu. Czytelnicy to wdzięczne bestie, zawsze chętnie dzielą się wartościowym spamem... a ponieważ nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, powiem głośno - spam od czytelników jest jedną z największych zalet prowadzenia bloga. Bloger nie musi już szukać Daleka, bo Dalek przychodzi do blogera. Poza tym któregoś pięknego dnia można odkryć, że linkowanie na takiej stronie własnej notki jest lepszą reklamą niż linki na głównej gazeta.pl.

 

Biegnie spam do blogera.

 

5. Przed rozpoczęciem pisania trzeba się upewnić, że blog wygląda tak, jak powinien wyglądać. Większość blogów ma na przykład boczną szpaltę, którą można zagospodarować według własnych potrzeb. W takim miejscu przede wszystkim powinny znaleźć się informacje kontaktowe (np. mail, którego nikt nie używa albo linki do innych stron, na których grasuje bloger). Poza tym to idealne miejsce na zamieszczenie linków do blogów, na które zagląda się po pięć razy dziennie (nie dość, że dzięki temu można zmniejszyć ilość zakładek w przeglądarce i nareszcie będzie miejsce dla USOSa, to w dodatku każdy odwiedzający będzie mógł przypadkiem odkryć ciekawy blog). Z reguły przydaje się włączenie wyszukiwarki wewnętrznej oraz subskrypcji. Przydają się również wszystkie elementy, na które bloger chciałby popatrzeć, wchodząc na własny blog (jeśli ktoś lubi patrzeć na kota w stroju Batmana, to nie ma najmniejszego powodu, dla którego miałby go nie zamieszczać).

6. Gdy blog już jest śliczny i wspaniały (można to poznać po tym, że aż chce się na niego patrzeć), pora przejść do części właściwej - pisanie. Mądre poradniki całkiem sporo mówią na temat pisania... na przykład zalecają, aby język był lekki i zrozumiały, nie przesiąknięty za bardzo gwarą, ale także niezbyt sformalizowany. Ogólnie mówiąc - "przeciętny czytelnik" (a cóż to jest?) nie powinien mieć problemu z przeczytaniem notki. TO KOMPLETNA BZDURA. Jeśli chcecie używać języka wibbly-wobbly, wtrącać co drugie zdanie zakodowane zwroty timey-wimey, a w kluczowym momencie przypominać, że jedno z żaren wypadło z mimośrodu, chociaż edno nie zżardło środu, to róbcie to. Nie każdy zrozumie o co chodzi, ale jeśli ktoś zrozumie, to prawdopodobnie zamieni się w wiernego rycerza królowej i już nigdy was nie opuści. Jeśli jakimś cudem rycerz także okaże się blogerem z radosnym podejściem do blogowania, to zagoni wam na blog tylu geeków, że wzruszycie się i już nigdy nie przestaniecie pisać wibbly wobbly.

 

 

7. Mieszanie stylów jak najbardziej dozwolone. Zaprawdę powiadam wam, ja tu od wielu miesięcy mieszam język biblijny z mową Daleków i pseudonaukowym bełkotem, a w nudnych stwierdzeniach zawierających słowa w stylu "herbata" lub "pralka" łacińskim zwyczajem przenoszę czasownik na koniec zdania, i nie dostałam jeszcze ani jednej skargi.

8. Mądre poradniki pisane przez doświadczonych blogerów zawsze zawierają szczegółowy opis ilości humoru, jaką dobrze znosi czytelnik. Nie tylko zresztą ilości... niektórzy skupiają się na dokładnym opisie rodzaju żartów, które przyciągają uwagę czytelnika i sprawiają, że notka wydaje się lekka w odbiorze i przyjazna. Nie wolno robić takich rzeczy. Każdy wpis powinien zawierać taki humor, jaki bawi osobę piszącą. Jeśli rozbawi kogoś ser na głowie, to ma prawo o tym wspomnieć bez lęku o własną reputację. Może i część odwiedzających zapamięta go jako świra, który pisał o serze na głowie, ale zawsze znajdzie się ktoś, do kogo ten humor trafi (a wtedy ten ktoś zamieni się w rycerza). Humor jest jednym z głównych powodów, dla którego nawet codzienne pisanie nie staje się obowiązkiem. Naprawdę nie macie pojęcia jak dobrze się bawię, pisząc niektóre notki - nie poświęciłabym tego nawet pomimo świadomości, że ograniczenie humoru mogłoby zwiększyć ruch na blogu.

9. To samo jeśli chodzi o skojarzenia. Jeśli w trakcie pisania wąs Watsona skojarzy się komuś z Hitlerem zamkniętym w komórce przez dzielnego Roranicusa, to nie powinien martwić się tym, że ktoś czytający nie zrozumie dlaczego jakiś Roranicus zamknął Hitlera w komórce. Takie rzeczy po prostu się pisze. A jeśli ktoś zrozumie, to armia blogera wzbogaci się o kolejnego rycerza z rzadkim i nieprzeciętnym umysłem. I bloger się uraduje.

 



 

10. Pisanie na temat jest ważne, zwłaszcza na blogach tematycznych. Jeśli jednak bardzo chcecie napisać nie na temat, to napiszcie nie na temat, po czym upozorujcie, że piszecie na temat. W przypadku bardzo brytyjskiego bloga można na przykład:

a) pod koniec notki niespodziewanie zalecić śpiewanie Rule Britannia.
b) wkleić fotkę Daleka.
c) lub Królowej.
d) napisać, że ten sympatyczny Amerykanin, o którym właśnie piszecie, tak naprawdę ma brytyjskie korzenie, tylko je ukrywa.
e) a Australijczyk jest brytyjski, bo śpiewa hymn Królowej.
f) ostatecznie można napisać, że niepojęta brytyjskość blogera równoważy wszelkie niedobory brytyjskości w notce.
g) można też wspomnieć, że temat został podstępnie przemycony. Edmund Czarna Żmija na pewno by wspomniał.
h) i rozwiązanie najgorsze - zignorowanie tematu. Czytelnik nie jest idiotą i na pewno zauważy. Nawet bezsensowne uzasadnienie jest lepsze od zupełnego braku uzasadnienia.

11. Szczerość to podstawa. Mądre poradniki zalecają, aby ignorować tematy, które mogłyby rzucić mroczne światło na osobę blogera. Nie wolno na przykład pisać po tygodniu nieobecności "jak zapewne widzicie, nie było mnie przez tydzień". Nie wolno się tłumaczyć, wyjaśniać, a już tym bardziej wspominać, że nie chce się pisać. Och, jakże wielką zbrodnią jest wspomnienie o własnym lenistwie. A za wzmianki o własnej niewiedzy ponoć blogosfera urywa głowy. Oczywiście wszystko to bzdury, które ja - najbardziej brytyjska blogerka w całym Internecie - uważam za zwyczajny brak szacunku wobec czytelników. Oczywiście, że czytelnik zauważy, że przez tydzień nie było notki. I na pewno bardziej się ucieszy, jeśli się dowie, że bloger zmarnował ten tydzień na oglądanie Supernatural (może nawet spojrzy przychylniejszym okiem na przemycanie Winchesterów na blog). Nie do końca wiem jak to jest z lenistwem, ale wszystkie moje notki krótsze niż 300 słów zawierają wzmiankę o tym, że nie mogę pokonać lenia, i w żadnym razie nie wpływa to negatywnie na statystyki. A jeśli bloger nie jest czegoś pewien, to zamiast zgrywać Sherlocka, niech zwyczajnie napisze, że nie jest czegoś pewien. Dzięki temu może ktoś, kto jest pewien napisze mądry komentarz, i bloger czegoś się dowie.

 

 

12. Gdzieś widziałam uwagę na temat justowania tekstu. Tak, profesjonalne teksty powinny być wyjustowane, świadczy to o profesjonalizmie. Smutno Ci, blogerze? Lubisz wyrównywać do prawej i pisać zielonym Comic Sansem? Olej poradę i pisz wyrównanym do prawej, zielonym Comic Sansem. To Twój blog. Jeśli go kochasz i będziesz o niego dbać, rycerze go nie opuszczą.

13. Mądrzy ludzie uważają, że długi tekst powinien zawierać zdjęcia i akapity rozmieszczone co parę linijek. Racja, też lubię, gdy tekst nie jest suchym zlepkiem liter i co jakiś czas można oderwać od niego wzrok i popatrzeć na majestatyczną fotkę Tamizy, ale jeśli bloger boi się użyć wyszukiwarki graficznej w obawie przed spojlerami, to nie znaczy, że jego wpis straci na wartości. Wręcz przeciwnie - brak zdjęć w niczym nie przeszkadza. To samo dotyczy nadmiaru gifów, które mają niesamowite zdolności wkurzające. Przy odrobinie dobrej woli można stworzyć z gifów i niewielkiej ilości tekstu arcydzieło, a przy wklejaniu na oślep wszystkiego, co się rusza można obudzić w jakimś niewinnym czytelniku Hulka. Najważniejsze to traktować zdjęcia jako TREŚĆ, a nie jako dodatek. Jeśli zdjęcia i gify są integralną częścią wpisu i uzupełniają tekst, to można z nimi robić co tylko dusza zapragnie.

 

 

14. Istnieją również dokładnie opracowane zalecenia na temat godzin publikowania wpisów. Niestety one też są bzdurą. Wszystko wskazuje na to, że na 221B największy ruch powinien być w okolicy południa (czytelnicy nudzą się w pracy), ale tak naprawdę przez pierwsze sześć godzin po opublikowaniu czegokolwiek blog zieje pustką, a gdy się obrażam i idę spać, okazuje się, że w nocy przetoczyło się przez niego tornado czytelników. Najlepiej więc nie martwić się tym zbytnio i publikować wtedy, kiedy wpis się napisze. Teraz na przykład publikuję wpis w porze, w której ponoć wszyscy wracają z pracy, dlatego nikt go nie przeczyta :ciap

 

Bloger w środku nocy.

 

15. A jak to jest z polecaniem innych blogów? Czy należy obawiać się, że polecenie konkurencyjnego kawałka sieci sprawi, że ucieknie od nas jakiś rycerz i zadomowi się w polecanym miejscu? Po bloga trupie. Jeśli blogerowi podoba się tekst na innym blogu, to zamieszczając odnośnik do niego na własnym, uszczęśliwia zarówno właściciela linkowanego bloga, jak i czytelników, którzy dzięki temu mogą przeczytać coś ciekawego. Jeśli ktoś ucieknie do konkurencji, to trudno, w końcu nie ma róży bez kolców, jak powiedział człowiek, któremu umarła teściowa, gdy przyszli do niego po zapłatę na pogrzeb*. Tak w ogóle – Zwierz napisał wczoraj na ten temat całkiem fajną notkę ;)

16. Blogerze. Masz blog swoich marzeń, odświeżasz statystyki kilkadziesiąt razy na godzinę, śledzisz komentarze na blogu, kilku fanpejdżach, reagujesz na zachowania czytelników z prędkością światła, i ogólnie starasz się być bardzo dobrym bogiem swojego małego zakątka, a mimo to masz wrażenie, że sam sobie nabijasz większość statystyk, a lajków i komentarzy znowu jest coraz mniej? Nie martw się! To tak zwany syndrom „nikt nie czyta mojego bloga”. Dopada wszystkich blogerów, nawet tych z kilkutysięczną armią wiernych rycerzy. Nie ma na to lekarstwa. Trzeba nauczyć się z tym żyć.

 

 

17. A jak to jest z obiektywną oceną blogów? Czy blog jest DOBRY? To zależy. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że dopóki pisanie sprawia radość, to bez względu na to, co sądzą inni, blog jest dobry. Ktoś złośliwy może przyjść i przygadać, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, ale w takim wypadku budowanie sobie schodów do nieba z kostki brukowej tym bardziej jest godne pochwały.

Na koniec chciałabym zaznaczyć, że tak naprawdę żaden ze mnie ekspert od blogowania, a ten wpis jedynie zapisem refleksji wyciągniętych na podstawie żywota 221B i lektury poradników, które mnie dobijają.

 

*Jerome K. Jerome

PS: skoro i tak olałam dziś brytyjskość, to zilustrowałam wpis z gifami ze Star Treka. Przede wszystkim dlatego, że właśnie obejrzałam Star Treka i przeraża mnie szukanie gifów o blogowaniu.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Dzień dobry. Ten wpis dowodzi, że jestem mięczakiem pierwszej klasy, ale można go potraktować jako ostrzeżenie dla tych, którzy również uważają, że mają w sobie coś z mięczaka. Otóż tak się złożyło, że przez lata wiernej (i głównie biernej) działalności w różnych fandomach nie zdarzyło mi się nigdy przeczytać żadnego fanfika (z wyjątkiem cudownego Księdza Kto). Długotrwała obserwacja dyskusji na fanpejdżu 221B i pewnym forum sprawiła, że zaczęłam dochodzić do strasznego wniosku - każdy fandom tonie w fanfikach. Jako osoba, która tonie w kilku fandomach, nie mogłam już dłużej się bronić, postanowiłam więc zmierzyć się z fanowską twórczością literacką. Oto smutny i przerażający zapis kilku konfrontacji, na które się zdobyłam. Nie pytajcie o żadne tytuły, nie mam zamiaru nasyłać ludu z widłami na biednych pisarzy (poza tym nie chcę tam wracać). Relacja jest napisana w punktach, ponieważ w pewnych sytuacjach ciężko się zdobyć na skonstruowanie spójnej wypowiedzi. Oto historia na miarę naszych czasów.



Adeenah kontra fanfiki, starcie pierwsze: Jaskinia grozy.

1. Ale fajnie... słońce świeci, ptaszki śpiewają... jeśli nie zmierzę się z fanfikami teraz, to nie zmierzę się już nigdy.
2. Postanowione. Google, wzywam was. Geronimooooo!
3. Ależ tego dużo... ta strona wygląda na w miarę porządną.
4. Pierwszy krok: wybór fandomu...
5. Niech będzie Supernatural - w końcu dopiero co obejrzałam cały serial w trzy tygodnie i pamiętam większość wydarzeń.
6. Teraz filtry. Ile dziwnych opcji do wyboru... a co tam, zaznaczę wszystkie.
7. O kurcze, ile tego jest. Co czytać, jak żyć?!
8. Może obejdzie się bez dyskryminacji - klikam pierwszy fanfik z brzegu.
9. Eee... wiem, że Dean i Castiel się lubią, ale...
10. Jednak kliknę drugi.
11. Gabryś? Co ty robisz Łosiowi?!
12. Do trzech razy sztuka. Trzeci!
13. Eee.. przecież oni są braćmi...
14. Holy Mother of Sin! Gdzie tu się włącza filtr rodzinny wykluczający straszne, erotyczne sceny?!
15. Moja głowa, pomocy. Idę oglądać Czarną Żmiję.
16. Kurtyna.


Adeenah kontra fanfiki, starcie drugie: Na samym środku pustyni rozpaczy stoi studnia nieszczęść*.

1. Nudzi mi się. Może spróbuję znowu zmierzyć się z potworem, w końcu płynie we mnie krew Dovahkiina.
2. Ładuję tą stronę co ostatnio, w końcu to dość duża jaskinia.
3. Pierwszy krok: wyszukiwarka. Trzeba się dowiedzieć co oznaczają te dziwne filtry...
4. Wylatuje "romance", fandom ten sam. Geronimooo!
5. Ale wybór... przecież wszystkiego nie przeczytam. Klikam pierwszy lepszy.
6. Dlaczego Dean jest tak strasznie nieszczęśliwy?
7. Aha, bo Sam umarł. Zabiły go demony... ojej, opis tortur. Ojej, jakie realistyczne. Chyba ktoś czytał Murderpedię.
8. O, Castiel przyszedł. Ale dlaczego on płacze?
9. Aha, bo Dean płacze. Są w domu Bobby'ego, ciekawe czy on też płacze.
10. A nie, Bobby nie żyje. A Dean wciąż płacze.
11. Ile można, przeczytam innego fanfika.
12. O, przygody Deana w piekle. Pewnie będą go torturować...
13. No tak, torturują.
14. Dalej torturują.
15. To jak Murderpedia, tylko nudne i nadużywają wizerunku Winchestera. Do trzech razy sztuka, klikam kolejny.
16. O, akcja dzieje się w 7 serii. Castiel się pojawia i jest biedny, Dean chce mu pomóc. Może coś z tego będzie...
17. Pojawia się inny anioł. Dramatyczny opis walki.
18. Anioł zabija Castiela. Dean płacze.
19. Przychodzi Sam, patrzy jak Dean płacze. Castiel wciąż nie żyje.
20. W następnej scenie Castiel wciąż nie żyje, a Dean płacze.
21. Dean przestał płakać, ale jest biedny. Opowiada o swej biedności. Chyba zaraz znowu zacznie płakać.
21. Zaraz zacznę płakać. Idę pooglądać Czarną Żmiję.
22. Kurtyna.



Adeenah kontra fanfiki, starcie trzecie: Jeśli nie zjesz mięsa, nie dostaniesz puddingu.**

1. Moja głowa, chyba mam kaca (a nie, przecież nic nie piłam). Skoro i tak mam zamiar spać, to może chociaż spróbuję zajrzeć do jaskini...
2. Strona ta sama co ostatnio, krok pierwszy: wyszukiwarka. Jeśli nie wykluczę większej ilości tematów, to znowu wszyscy będą taplać się w nieszczęściu...
3. Wylatuje "romance" i "tragedy". Wykluczę też "M" (mature content), na wszelki wypadek...
4. Znowu duży wybór. Klikam losowo.
5. Dean uciekł z lekcji. What?!
6. Aha, jest niegrzecznym uczniem szkoły średniej. Następny.
7. Dean, Sam i Castiel są nad morzem. Może nikt nie będzie płakał...
8. Opis morza. Nie wiedziałam, że istnieje tyle odcieni niebieskiego.
9. Opis oczu Deana. Nie wiedziałam, że istnieje tyle odcieni zieleni.
10. Opis oczu Castiela. Właściwie to czym one się różnią od morza? Chyba tylko tym, że nic w nich nie pływa.
11. A nie, pływają w nich oczy Deana. Wait a second, przecież wykluczyłam "romance"... na wszelki wypadek uciekam i klikam kolejny.
12. Castiel uciekł z domu. Hę? To pewnie coś w stylu historii Anny Milton... może być ciekawie.
13. Bo ojciec się nad nim znęcał. Hę? Może odkrył, że Chuck zrobił go w lolo i nie może się z tym pogodzić.
14. Biedny Castiel miał dość ciągłych szlabanów na spotkania ze znajomymi. Hę? To te... kontakty z Winchesterami... źle wpływają na jego służbę Bogu, tak?
15. I komputer.
16. Nie mogę się dłużej okłamywać, Cas jest nastolatkiem.
17. Idę spać.
18. Kurtyna.



Na tym kończy się moja przygoda z fanfikami. Na razie brakuje mi nerwów na kolejne, może kiedyś... w każdym razie mam nadzieję, że nie wszystkie przygody kończą się w ten sposób. Potraktujcie ten wpis jako ostrzeżenie, drogie dzieci.


*Nick Cave, "Well of Misery"
**Roger Waters, "Another Brick in the Wall part 2"

 
1 , 2 , 3