Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







wtorek, 30 lipca 2013

Dzień dobry. Oto bardzo brytyjska instrukcja przetrwania podczas upału. Instrukcja powstała aby zwiększyć szanse przeżycia istot ludzkich w wysokiej temperaturze, która ma zwyczaj rozpuszczać mózgi i właśnie zadomowiła się za oknem. Oto dziewięć podstawowych strategii rozpisanych w punktach:

I Strategia Pokojowa (pod patronatem Sherlocka Holmesa).
1. Znaleźć się we własnym pokoju.
2. Zasłonić wszystkie okna.
3. Otworzyć okno, które nie spowoduje oślepienia światłem słonecznym osobnika walczącego z gorącem.
4. Czytać kryminały lub Murderpedię cały dzień, olewając kompletnie kwestię pogody.
5. Zasnąć nad książką.
6. Obudzić się następnego dnia (istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że będzie już jesień).

II Strategia Aktywna (pod patronatem Bernarda Blacka).
1. Założyć pochłaniające ciepło buty.
2. Chłodzić się termoforem z gorącą wodą.
3. Włączyć ogrzewanie.
4. Przed przeczytaniem jakiejkolwiek książki włożyć ją na godzinę do piekarnika.
5. Odkryć, że choruje się na Syndrom Dave'a i zapomnieć o upale.

III Strategia Whoviańska (pod patronatem Doktora).
1. Nabyć ogromne ilości kolorowych włóczek oraz druty.
2. Zamknąć się we własnym pokoju.
3. Zastosować 2 i 3 punkt Strategii Pokojowej.
4. Włączyć Doctora Who (Doctor Who nigdy się nie kończy).
5. Dziergać szalik Czwartego (szalik nigdy się nie kończy, a jak się skończy, to jest jeszcze drugi).
6. Przerwać dzierganie i uświadomić sobie, że jest już grudzień.

IV Strategia Piekielna (pod patronatem gościa zza oceanu Deana Winchestera).
1. Rozłożyć leżaczek na słońcu.
2. Położyć się na leżaczku.
3. Umrzeć.
4. Iść do piekła i rozpocząć Apokalipsę, rozpoczynając od globalnego ochłodzenia klimatu (można do tego zadania zatrudnić piątego Jeźdźcę).

V Strategia Romantyczna (pod patronatem Molly Hooper).
1. Wydrukować mnóstwo zdjęć Londynu zasypanego śniegiem.
2. Oraz wybranego nielosowo urodziwego osobnika zasypanego śniegiem.
3. Obkleić zdjęciami wszystkie okna, lustra, drzwi od szafy oraz okulary.
4. Narzekać, że jest zimno i zachwycać się zdjęciami.
5. Poczuć chłód na skórze dzięki oszukanemu mózgowi.

VI Strategia Śpiewana (pod patronatem Mirandy Hart).
1. Zastosować trzy pierwsze punkty strategii pokojowej.
2. Pobawić się w karaoke, uwzględniając w repertuarze jedynie piosenki z zimnymi słowami w tytule (np. A Whiter Shade of Pale Procol Harum, She's So Cold The Rolling Stones, The Thin Ice Pink Floyd).
3. Skończyć śpiewanie dopiero, gdy temperatura powietrza samoistnie się obniży.

VII Strategia Pokarmowa (pod patronatem Merry'ego i Pippina).
1. Uzbroić się w lodówkę.
2. Wypełnić przestrzeń wewnątrz lodówki pysznymi rzeczami tj. lody, mrożone owoce, woda (może wyglądać inaczej po dłuższym pobycie w lodówce).
3. Poczekać aż pyszne rzeczy porządnie się schłodzą.
4. Zjeść zawartość lodówki.

VIII Strategia Mokra (pod patronatem Ofelii).
1. Wziąć zimny prysznic.
2. Przygotować zimną wodę w misce.
3. Oglądać serial, mocząc nogi w przygotowanej wodzie i udając, że to staw.
4. W przerwie między odcinkami porzucić na chwilę miskę, odkręcić zimną wodę z kranu i wpakować pod nią głowę.

IX Strategia Nieprzytomna (pod patronatem policjanta z Crimson Horror).
1. Zemdleć.
2. Obudzić się gdy będzie chłodniej.

 

Udanej walki z upałem!

 

 Zdjęcie pocieszające.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Dzień dobry. Chciałam dziś napisać wspaniałą notkę o Comic Conie, ale tak się złożyło, że ubiegli mnie m.in. Rusty Angel i Zwierz, a powtarzanie czegoś, co już napisano nie ma najmniejszego sensu... jednak ze względu na to, że CC było jedną wielką multifandomową imprezą obejmującą m.in. Doctora Who, Sherlocka, Hannibala, Avengersów, Supernatural, Grę o Tron, Teen Wolfa, Walking Dead i bardzo brytyjskich geeków pokroju Simona Pegga, również muszę o tym napisać. W przeciwieństwie do moich poprzedników, zastosuję metodę jednego słowa, wymyśloną przez Doktora i testowaną podczas pewnej mroźnej, wiktoriańskiej zimy przez zaradną Siluriankę Vastrę i jej ludzką żonę Jenny. Metoda polega na tym, aby opisać całe wydarzenie za pomocą jednego słowa. Słowo musi zawierać w sobie wszystkie informacje, opinie i wrażenia, czynnikiem sprzyjającym jest jego symboliczny wymiar, który u czujnych odbiorców wywołuje wrażenie bliskiej obecności Trolla (na przykład takiego).

I wybrałam. Mój opis Comic Conu brzmi... BRILLIANT.

 

 

Cieszę się, że wiecie już wszystko. Mogę z czystym sumieniem wracać do śledzenia przebiegu apokalipsy.

piątek, 19 lipca 2013

Dzień dobry. Dzisiejsza notka jest zapisem śmiertelnie poważnego eksperymentu naukowego, który przeprowadziłam oraz przeanalizowałam w trakcie przebierania porzeczek zakupionych w celu konsumpcji z czymś smacznym (pozdrowienia dla Sir Siostry). Do udziału w eksperymencie zaproszono dwóch gości zza oceanu.

 

Problem badawczy: Czy osobnicy darzący nieskrywaną miłością pożywienie z wysoką zawartością cukru są postrzegani jako bardziej lub mniej sympatyczni niż osobnicy spożywający słodkości w ilościach umiarkowanych?

Teza: Osobnicy darzący nieskrywaną miłością pożywienie z wysoką zawartością cukru są postrzegani jako bardziej sympatyczni niż osobnicy spożywający słodkości w ilościach umiarkowanych.

 

 Jedenasty uroczyście rozpoczyna doświadczenie, porywając przepyszny tort.

 

Próba kontrolna: Obejmuje losowo wybranych bohaterów z filmów i seriali. Wylosowani zostali na zasadzie wpisania tytułu filmu/serialu w wyszukiwarkę google grafika (to była kryptoreklama, z której nie uzyskałam żadnych korzyści) i wylosowania bohatera palcem wskazującym prawej ręki bez patrzenia na ekran. Oto wybrani osobnicy z krótką charakterystyką oraz przyznanymi punktami sympatii (wyjaśnienie niżej, w uwagach):

Sarah Jane Smith: Towarzyszka Trzeciego i Czwartego Doktora nie ma zbyt wysublimowanego gustu kulinarnego (właściwie to niewiele wiemy o jej upodobaniach kulinarnych), mimo to nic nie przeszkadza jej w byciu jedną z najcieplej wspominanych bohaterek serialu. Prawdopodobnie zjadła w życiu całkiem sporo żelek, ponieważ przez jakiś czas podróżowała z okropnym żelkolubem - dlatego właśnie można założyć, że poziom cukru w jej organizmie jest na ogół dość wysoki. Jest idealnym przedstawicielem próby kontrolnej: wcina żelki, chociaż się z tym nie obnosi. Sympatia: 9/10

Dziewiąty Doktor: Zdecydowanie nie jest to typ, który umrze z rozpaczy, gdy nie dostanie cukierka. Darzy za to ogromnym szacunkiem cukry naturalne, spotykane na przykład w owocach. Nawet w trakcie dramatycznej ucieczki nie pozwala upuścić na podłogę wartościowego owocu (troska o dobro pożywienia jest największa, jeśli charakteryzuje się ono wysoką zawartością potasu). Sympatia: 9/10

Solomon: Czyli chciwe stworzenie z Dinozaurów na Statku Kosmicznym. Interesują go tylko takie słodkości, które można sprzedać... słodycze nie są jednak zbyt cenne, dlatego preferuje uprowadzanie dinozaurów i wysoko urodzonych Egipcjanek. Sympatia: 1/10

Hermiona Granger: Zawsze ma umysł w gotowości, dlatego istnieje ryzyko, że na widok słodyczy zacznie obliczać zawartość cukru, barwników i substancji konserwujących, zestawi wyniki z danymi na temat zachorowalności na różne paskudne choroby pokroju cukrzycy, po dokonaniu obliczeń poinformuje jedzącego o procentowym prawdopodobieństwie, że umrze w ciągu 10 lat, po czym wyjmie z kieszeni marchewkę i zacznie ją ostentacyjnie konsumować. Możliwe, że właśnie to działo się w jej głowie, gdy po raz pierwszy spotkała Rona taplającego się w czekoladzie i poinformowała go, że ubrudził sobie nos. Sympatia: 6/10.

 

Clara robi suflet w XXI wieku.

Lord Voldemort: Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać (czyli Voldemort) na pewno nie jest miłośnikiem pysznych rzeczy. Przemawia za tym fakt, iż prawie nie posiada on nosa (brak nosa = problem z zapachami, problem z zapachami = problem z kubkami smakowymi). Nic dziwnego, że Voldemort wybrał mroczną drogę przez życie. Gdy ktoś nie może poczuć w pełni smaku czekolady, jego droga automatycznie staje się mroczna. Sympatia: 3/10.

Richard McDuff: Towarzysz niedoli Dirka Gently. Dzięki niemu Dirk nigdy nie jest najbardziej biedny ze wszystkich bohaterów, bo gdy zaczyna być, szybko szuka McDuffa i się na nim wyżywa, przekazując mu tym samym większość swej biedności. Dirk nigdy nie dzieli się z nim wafelkami, a Richard jest zbyt dużą ofermą, żeby zdobyć je samodzielnie. Nie wiadomo zbyt wiele o jego zamiłowaniu do słodyczy, ponieważ ciężko cokolwiek dostrzec poprzez zmartwioną minę. Sympatia: 5/10.

Arwena: Jej dieta zawiera przede wszystkim pokarmy tolerowane przez społeczność elficką, czyli zielone i zdrowe. Przyłapanie Arweny na radosnym konsumowaniu ciasta czekoladowego jest równie prawdopodobne jak przyłapanie Saurona na śpiewaniu piosenek Beatlesów. Jest tak dostojna, że nawet przyzwoity obywatel Śródziemia z ciasteczkiem w kieszeni może mieć problem z bezstresową konsumpcją tegoż ciasteczka w jej obecności. Sympatia: 4/10.

Nazgûle: Upiory Pierścienia są stworzeniami trudnymi do zanalizowania pod kątem gustu kulinarnego. Jak przystało na upiory, są złe, mroczne i upiorne (od razu widać, że kiedyś byli ludźmi). Poczęstowanie Nazgula ciasteczkiem może się skończyć utratą życia oraz ciasteczka, dlatego najlepiej w ogóle nie próbować. Sympatia: 0/10.

Gość zza oceanu Sam Winchester: Zawsze ma przy sobie sól, jednak nie służy ona do przyprawiania pożywienia, tylko do straszenia duchów (duchy bardzo nie lubią, gdy się do nich strzela solą z broni palnej). Na podstawie dwóch sezonów można stwierdzić, że Sam je tylko wtedy, gdy jest głodny - rzadko zdarza mu się skonsumować coś smacznego tylko dlatego, że znajduje się w pobliżu. Nie ma też zachcianek, za to często biega po dwie kawy, a jeśli jego brat zachwyci się czymś, co znajduje się na jego talerzu, oddaje mu to bez wahania. Dobroduszny typ, który podzieliłby się nawet ostatnim ciasteczkiem. Sympatia: 8/10

 

Would you care for a Jelly Baby?

 

Próba badawcza: Obejmuje celowo wybranych bohaterów filmów/seriali, którzy zwrócili na siebie uwagę naukowca zamiłowaniem do pożywienia z wysoką zawartością cukru. Filmy i seriale, z których wywodzą się bohaterowie są takie same jak w próbie kontrolnej, aby zminimalizować ryzyko nierównego rozłożenia punktów za sympatię.

Czwarty Doktor: Doktor ten słynie z wcinania żelek (Jelly Babies) w każdych okolicznościach. Jeśli w pobliżu znajduje się straszliwe zagrożenie (w postaci na przykład wrogo nastawionego kosmity), zawsze wspaniałomyślnie częstuje je żelką, po czym sam wcina ich kilka. Zdarzyło mu się kiedyś grozić żelką przedstawicielowi kultury, która nie zna słodyczy (czyn to haniebny, ale uroczy i zabawny). To on zapoczątkował starą, whoviańską tradycję częstowania się żelkami bez powodu. Sympatia: 10/10

Jedenasty Doktor: Przysmaki Jedenastego to m.in. paluszki rybne z budyniem oraz wszystko, co zawiera cukier, ze szczególnym uwzględnieniem ciastek z dżemem (Jammy Dodger). Podobnie jak Czwarty, wykorzystał kiedyś spożywany przysmak do straszenia przedstawicieli obcej rasy - tym razem ciastko zostało przedstawione Dalekom jako detonator. Ciasteczko nie ucierpiało i zgodnie ze swym przeznaczeniem, zostało schrupane. Sympatia: 10/10.

Clara "Oswin" Oswald: Niemożliwa dziewczyna już w pierwszych scenach w serialu wpakowała się przed kamerę w fartuszku, opowiadając o sufletach. Jej suflety są zbyt piękne, by żyć, mimo to i tak Clara ciągle je piecze. Nie przeszkadzają jej w tym ani okrzyki Daleków rozbrzmiewające w oddali, ani brak jajek. Ze względu na sytuację, w której znalazła się po uczynieniu czegoś odważnego w finale 7 serii DW, może piec suflety nawet w najdalszych zakątkach świata. Przesłanie Clary mówi, że suflet to nie suflet, tylko przepis (wbrew pozorom to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w odniesieniu do przepisów kulinarnych). Sympatia: 9/10.

Dirk Getly: Holistyczny detektyw Dirk Gently (wymyślony przez Douglasa Adamsa) słynie z tego, że jest cwaniakiem. Jeśli pojawi się szansa na zabranie babci wafelków, to napycha nimi wszystkie kieszenie i zjada wszystkie sam. Sympatia: 6/10.

 

Dirk nawiązuje relację z waflem.

 

Ron Weasley: Wyróżnia się spośród pozostałych głównych bohaterów Harry'ego Pottera tym, że na widok czekoladki szczęka mu opada i ślinka cieknie. Rzuca się na przysmaki z takim entuzjazmem jak Hermiona na książki, szczególnie jeśli przysmak jest magiczny lub zawiera karty kolekcjonerskie. Nie przejmuje się jednak zbytnio, jeśli czekolada mi ucieka (może dlatego, że wie, że tak naprawdę żadna czekolada mu nie ucieknie). Sympatia: 8/10.

Albus Dumbledore: Poczciwy staruszek nie dość, że nie rozstaje się z cytrynowymi dropsami, to w dodatku lubi nimi częstować. Dzięki temu znalezienie się w pobliżu potężnego czarodzieja nie jest już tak stresującym wydarzeniem, jak mogłoby się wydawać. Jeśli spotkanie przebiegnie źle, Dumbledore da dropsa i od razu zrobi się przyjemniej. Sympatia: 7/10.

Hobbici: Nikt nie lubi jeść tak jak Hobbici. Ciasta, placki, torty i inne słodkie smakołyki są nieodłącznym elementem ich egzystencji. Żaden Hobbit nie będzie szczęśliwy, jeśli choć raz w tygodniu nie będzie mógł usiąść przy kominku z książką i skonsumować czegoś smacznego. Sympatia: 10/10.

Smeagol: Gollum jest nietypowym przedstawicielem pasibrzuchów, obiektem jego zainteresowania jest bowiem produkt spożywczy o niskiej zawartości cukru. Ze względu na jego dość niekomfortowy tryb życia, naukowiec postanowił zrobić wyjątek i zaliczyć go do grupy badanych smakoszy. Smeagol żyje w jaskiniach i innych miejscach, w których ciężko znaleźć coś słodkiego, dlatego żywi się upolowanymi własnoręcznie rybami. Bardzo je lubi i poluje z entuzjazmem, który zadziwia nawet Hobbitów. Sympatia: 8/10.

Gość zza oceanu Dean Winchester: Brat Sama, również dba o to, by kieszenie zawsze były pełne soli (w kieszeni nosi też m.in. śrubokręt). Charakteryzuje się zamiłowaniem do jedzenia, ze szczególnym uwzględnieniem placków (pie). W drugim sezonie (który ogląda naukowiec) zamiłowanie Deana do placków dopiero się ujawniło, jednak jest ono tak silne, że legendy o nim dotarły do niego (czyt. naukowca) już w trakcie oglądania pierwszego odcinka. Pierwsze pragnienie placka zostało wyrażone z tak dużą dozą tęsnoty, że pewnie niejeden widz zastanawiał się przez cały odcinek czy Dean w końcu go dostanie, ignorując zupełnie główny wątek (odcinek jest finałem serii z ważnym wątkiem i wieloma problemami). Ponadto Dean z chęcią częstuje się wszelkimi smakołykami, nawet jeśli nikt mu ich nie proponuje. Ogólnie mówiąc - jest to typ, który potrafi docenić dobre ciasteczko. Sympatia: 8,5/10

 

Dean pragnie placka w samochodzie bez placków.

 

Uwagi dodatkowe: punkty sympatii zostały przydzielone na podstawie subiektywnej oceny naukowca, mimo to są bardzo naukowe, ponieważ opierają się na reakcjach zachodzących w jego mózgu. Oceny są wysokie, ponieważ naukowiec wybrał samych fajnych ludzi. Ponadto należy uściślić metodę wyboru badanych osobników: najpierw wybrano kilku miłośników słodyczy z nieograniczonej puli kandydatów (pomagała Sir Siostra), później określono z jakiego filmu/serialu pochodzą, a na końcu na ich podstawie dobrano losowo kandydatów do grupy kontrolnej.

Obserwacje/wyniki: Próba kontrolna, która zawierała losowe osobniki o różnorodnych upodobaniach kulinarnych uzyskała 45 punktów sympatii, a próba badawcza, obejmująca miłośników słodyczy zdobyła 76,5 punktów sympatii (każda grupa mogła uzyskać maksymalnie 90 punktów). Wyniki jednoznacznie wskazują, iż osobnicy spożywający słodycze w  dużych ilościach, w dodatku przywiązujący się do nich emocjonalnie, są postrzegani jako bardziej sympatyczni niż osobnicy, którym do szczęścia wystarcza jedynie pożywny posiłek.

Wnioski: Niniejszym ogłaszam, że teza została potwierdzona. Osobnicy darzący nieskrywaną miłością pożywienie z wysoką zawartością cukru są postrzegani jako bardziej sympatyczni niż osobnicy spożywający słodkości w ilościach umiarkowanych. Mamy więc logiczne i naukowe podstawy by stwierdzić z całą pewnością, że jedno ciasteczko może zdziałać więcej niż milion uśmiechów.

 

Jedenasty zamyka doświadczenie, delektując się ciastkiem z dżemem.

 

EDIT: Ze względu na czujność innego naukowca, naukowiec pragnie wyjaśnić pewne nieścisłości i przyznać jeszcze jeden punkt sympatii Hermionie. Otrzymuje ona łącznie 7 punktów.

niedziela, 14 lipca 2013

Dzień dobry. Ten weekend jest wyjątkowy, odbyło się bowiem Doctor Who Prom - wyczekiwany przez fanów dwudniowy koncert muzyki z serialu z atrakcjami w stylu biegających w tłumie Cybermenów... a ja go opiszę, bo nie zasłużył na zaginięcie w czeluściach Internetu (relacja jest pisana przez osobę, która słuchała koncertu w radiu i nie miała bezpośredniego kontaktu z Cybermenami ani nagłośnieniem Royal Albert Hall. Bardzo nieobiektywną osobę).

 

Ben Foster witający gościa ze Skaro.

 

DW Prom to wydarzenie niemałe, głównie dlatego, że muzyka z Doctora Who nie przypomina muzyki skomponowanej na potrzeby serialu, charakteryzuje się raczej standardem porównywalnym z soundtrackami filmowymi, z tą różnicą, że jest jej więcej i dostaje więcej czasu ekranowego na oczarowanie widzów. Muzykę komponuje Murray Gold, wykonuję ją BBC National Orchestra of Wales, a rolę dyrygenta pełni zawsze niezawodny Ben Foster. Chór pożyczono z Londynu (London Philharmonic Choir). Plan koncertu obejmował m.in. najbardziej tradycyjne, rozpoznawalne i lubiane przez fanów utwory ("I am the Doctor", "A Mad Man With A Box"), muzykę z najnowszej serii (na którą niektórzy czekają od 10 miesięcy i myśleli, że zaczekają się na śmierć), a także coś skomponowanego dla uczczenia 50 lecia serialu. Gościnnie wystąpili m.in. Matt Smith i Jenna Louise Coleman, wojowniczy ziemniak Strax, Madame Vastra, Skaldak, Dalekowie, oraz mnóstwo Cybermenów i tajemniczy goście specjalni. Koncert odbył się wczoraj wieczorem (i był dwuczęściowy) oraz dziś przed południem, transmitowano jednak tylko wczorajszy występ. Rozpoczęto go tak samo jak zeszłoroczny (tak powstaje tradycja), utworem "A Mad Man With A Box". Na scenie stała Budka, gdzieś za kulisami czaił się szaleniec - nikt nie miał co to do tego najmniejszych wątpliwości, mimo to orkiestra i tak opowiedziała o tym po swojemu. I chwała jej, bo to jeden z najpiękniejszych motywów muzycznych z piątej serii, poza tym nie ma lepszej metody na przypomnienie ludziom, że najwyższa pora przerwać wcinanie ciasteczek, niż unieruchomienie im szczęk za pomocą zachwytu. Na wypadek gdyby "A Mad Man..." nie wystarczyło, od razu po zakończeniu zaczęto grać "I am the Doctor" - najbardziej rozpoznawalny utwór Moffatowych serii. Większość fanów zna na pamięć każdą jego nutę, dlatego słysząc coś takiego na początku koncertu może poczuć się jakby dostała wielką i pyszną czekoladkę w kształcie Daleka. Prezenty tego typu podbijają serca człowiecze w mgnieniu oka i są doceniane nawet jeśli większość słuchaczy dawno już podbita. Do utworu dodano monolog Jedenastego z Pandoriki, żeby nie było wątpliwości kto jest Doktorem, a po zakończeniu triumfalnie wyskoczyli z niewiadomej strony Doktor (Matt Smith) i Clara (Jenna-Louise Coleman). Fani się cieszyli, podróżnicy w czasie rozmawiali, biegali w kółko i również się cieszyli, nowa fryzura Matta została dostrzeżona, a fani wciąż się cieszyli. Wszyscy pławili się w radości, aż orkiestra zaczęła grać Habanerę z Carmen, sprawiając, że szczęśliwi ludzie na całym świecie poczuli zapach sufletów.

 

 

Nie był to planowany element koncertu, chyba że substancja zapachowa została rozpylona w eterze i przedostała się do nosów słuchaczy za pomocą słuchawek. Jeśli koniecznie trzeba coś obwinić za doznania zapachowe, to wyłącznie "Asylum of the Daleks" i pierwsze sceny Clary Oswin Oswald, której suflety były zbyt piękne, by żyć, ale wystarczająco żywe, żeby odciągnąć jej uwagę od szalonych Daleków. Po Habanerze rozbrzmiała muzyka towarzysząca przygodom Doktora z poprzednimi towarzyszami (Rose, Marthą, Donną i Pondami), połączona w jeden utwór pt. „The Companions”. Po raz pierwszy mieliśmy okazję uświadomić sobie, że Amy Pond jest przeszłością w równym stopniu jak poprzedni towarzysze (choć jej śmierć była przedstawiona w sposób, który dość ciężko przegapić, wspomnienie pani Pond wciąż jest tak świeże, że ciężko pozbyć się wrażenia, że w każdej chwili może ona wyskoczyć spod łóżka i zacząć kłócić się z Clarą). Pierwszy utwór z 7 serii - "Cyber Shard" pochodzi z odcinka z Cybermenami, "Nightmare in Silver". Jak przystało na koszmar, muzyka przeraża i zmusza do poważnego zastanowienia się, czy pod łóżkiem nie jest przypadkiem bezpieczniej. Jeśli kabel od słuchawek jest długi i sięga pod łóżko, to można chować się śmiało, a jeśli nie, to najlepiej zacisnąć zęby i wytrwać na powierzchni. Utwór zawiera też fragmenty z "Journey to the Centre of the TARDIS", choć może raczej "Journey..." pożyczyło fragment od Cybermenów... ta wersja jednak jest mniej prawdopodobna, ponieważ "Journey..." było pierwsze i nie mogło pożyczać od czegoś późniejszego. Pisząc to założyłam, że czas jest liniowy, za co niezwykle mi przykro, ponieważ zapomniałam, że tak naprawdę to wibbly-wobbly timey-wimey stuff. Kolejny klasyczny utwór zapowiedziany został przypomnieniem, że nie należy mrugać (w roli informatora wystąpił bohaterski Strax). "Toccata and Fugue in D minor, BWV 565" Bacha niezbyt nadaje się do treningu powiek - choćby z tego względu, że łatwo zapomnieć o mruganiu i skupić się na słuchaniu, ale przynajmniej rzucono fanom wyzwanie na godnym poziomie. Gdzieś po drodze przegapiłam wielkie wejście Straxa i Madame Vastry… Strax jak zwykle chciał pozabijać widownię i pomylił instrumenty muzyków z bronią, a Madame Vastra cierpliwie tłumaczyła mu, że powinien opanować swą waleczną naturę.

 

 

"The Final Chapter of Amelia Pond" to utwór towarzyszący ostatnim scenom Amy i Rory'ego. Trochę patetyczny, trochę smuty, nie zabrakło też cytatu z ostatniego rozdziału Amelii. Zakończony został pogawędką Straxa i Madame Vastry, którzy niczym rycerz z gumowym kurczakiem potrafią obniżyć poziom powagi samą swoją obecnością. Przydali się, ponieważ zaraz po zakończeniu ich dyskusji, zaczął się kolejny utwór w podobnym tonie. Wykonana przede wszystkim przez chór pieśń "The Rings of Akhaten" nie dość, że jest jednym z najbardziej wzruszających fragmentów całego nowego sezonu, to w dodatku odtworzono wraz z nią przemowę płaczącego Doktora oferującego fałszywemu bożkowi więcej, niż powinien. Tekst jest znany każdemu, kto obejrzał odcinek, dlatego jestem pewna, że ludzie na widowni śpiewali razem z chórem i kamery BBC (które były obecne na koncercie) miały okazję uchwycić scenę analogiczną do tej znanej z serialu, tylko z większym udziałem Homo sapiens. W przerwie pozwolono wygadać się Dalekom, którym najwyraźniej udzielił się pokojowy nastrój wydarzenia, sprawiając, że opuściła je chęć eksterminacji wszystkiego, co się rusza. W czasie przerwy w ogóle głównie dyskutowano, ale nie powiem o czym, bo stracicie jeden z najważniejszych powodów do słuchania (powód zwany jest ciekawością i jest główną przyczyną słuchania wszelkich dyskusji).

 

 

Drugą połowę również rozpoczęto starszym utworem („All the Strange, Strange Creatures”). W przeciwieństwie do pierwszego początku, ten był dynamiczny i cofnął nas nie do 5, ale do 3 serii, gdy Doktor miał inną twarz i nie znał żadnego Alonso. Jeśli ktoś jeszcze jadł ciasteczka przyniesione w czasie przerwy, to prawdopodobnie w czasie tego utworu wcinał je bardzo szybko, póki głośna muzyka zagłuszała chrupanie. Obudzono przy okazji wszystkich, którzy nie mieli ciasteczek i wybrali drzemkę. Drugą pobudkę zaserwował Matt Smith, otwierając oficjalnie drugą połowę koncertu i przypominając wszystkim gdzie się znajdują (przypomniał tak skutecznie, że niektórzy potrzebowali chwili aby uświadomić sobie, że wcale nie siedzą w Royal Albert Hall w piżamie). Gdy wszyscy zostali już skutecznie obudzeni, rozbrzmiała melodia Clary, czyli wcielony cud muzyczny 7 serii. Nadano jej wcale nie tajemniczy tytuł „The Impossible Girl”, dzięki czemu na sam widok listy utworów osoby czekające na oficjalny soundtrack mogły popłakać się ze szczęścia. Teraz czekanie stało się odrobinę bardziej znośne, a jeśli ktoś miał wątpliwości, czy Murray Gold przypadkiem go nie wkurza unikaniem soundtrackowego tematu, to mógł je nareszcie wysłać tam, gdzie TARDIS nie sięga.

 

Cud wcielony.

 

Po zakończeniu utworu Clary znienacka wyskoczyła na podium Clara (tzn Jenna, która kulturalnie przedstawiła się jako Clara) i zapowiedziała trzeci już klasyczny utwór, „The Girl With the Flaxen Hair” Claude’a Debussy. Sielankowy nastrój trwał, aż na scenę wyskoczył Peter Davison (aka 5 Doktor) powodując takie owacje, że ktoś musiał kilka razy cofać, żeby upewnić się, że się nie przesłyszał. To, co zapowiedział nie pozostawiło wątpliwości, że ten rok jest dla Doctora Who wyjątkowy. Z okazji 50 lecia zaprezentowano medley złożone z fragmentów muzyki z klasycznych serii („Classic Doctor Who Medley”). Wykorzystano efekty dźwiękowe i fragmenty kompozycji zarejestrowane dla serii albumów „Doctor Who at the BBC Radiophonic Workshop”. Aranżacją zajął się Mark Ayers, orkiestrę dzielnie prowadził Ben Foster, a Murray Gold uciął sobie małą drzemkę (a właściwie jego twórczość). Następnie obudzili się Strax i Madame Vastra, po czym wręczyli paru zasłużonym ludziom nagrody. Gdy skończyli, Dalekowie zabrali się na uczenie widowni okrzyku EXTERMINATE, za co dostali epicką pieśń ku chwale imperium Daleków („First There Were Daleks”). Gdybym miała scharakteryzować komuś serial za pomocą jednego utworu, wybrałabym właśnie ten – nie tylko dlatego, że jest Dalecki do granic możliwości. Jego kompozycję można porównać z większością odcinków z udziałem gości ze Skaro: zaczyna się zaprezentowaniem potęgi Daleków, ich szczwanych planów i zdolności eksterminacyjnych, później następuje akcja właściwa, wibbly-wobbly i dużo zamieszania, aż w końcu triumfuje Doktor, który unieszkodliwia wielkie imperium za pomocą jednego małego mózgu. Utwór kończy się bardziej doktorowato to niż dalecko, nie pozostawiając wątpliwości kto znowu nie podbił świata. Po braku triumfu Daleków na scenie pojawił się drugi gość specjalny – Carole Ann Ford (aka wnuczka Doktora Susan Foreman), znowu przypominając jak bardzo wyjątkowe jest to wydarzenie. Pani Ford grała w serialu od pierwszego odcinka, towarzysząc pierwszemu Doktorowi - Williamowi Hartnellowi. Jest jedną z niewielu osób, które mogą pochwalić się, że latały TARDIS w czasach, gdy jeszcze nikt nie wiedział o istnieniu Daleków. Po 50 latach od pierwszego występu w DW wróciła na scenę i została przywitana jak prawdziwy weteran. Przyznała się, że nie może doczekać się listopadowego odcinka i zapowiedziała drugi najbardziej wyczekiwany utwór z 7 serii – „The Name of the Doctor”.

 

Goście specjalni: Peter Davison i Carole Ann Ford.

 

Utwór rozpoczął się od muzyki, która towarzyszyła Clarze spadającej w słusznej sprawie, a później – jak przystało na suitę – opowiedział cały odcinek finałowy. Bez spojlerów, tylko w formie muzycznej. Osoby czekające niecierpliwie na soundtrack mają kolejny powód, żeby podziękować panu Goldowi i przestać w końcu narzekać. No i po raz kolejny przekonaliśmy się, że gdy pada hasło „Run, you clever boy”, to należy usiąść i przygotować się na coś niesamowitego. Gdy utwór się skończył, Matt Smith zaczął głośno zastanawiać się, czy Największy Troll BBC Steven Moffat nie powiedział kiedyś przypadkiem, że kończy z cliffhangerami... na szczęście zanim fani zaczęli rzucać w niego niedojedzonymi ciasteczkami, Jenna szybko zmieniła temat. Okazało się, że nadeszła pora na premierowy utwór napisany przez Murraya Golda na 50 lecie serialu. „Song of 50”. Nienajlepszym pomysłem było prezentowanie go od razu po Imieniu Doktora, ponieważ w głowach słuchaczy wciąż jeszcze rozbrzmiewały echa bohaterskości Clary, jednak zaczęły one parować w samą porę, jak tylko rozpoczęto partię wokalną. Mogę powiedzieć jedno – żaden normalny serial nie dostaje takich prezentów urodzinowych, choćby nie wiem jak wielkim szacunkiem się cieszył i jak wielu tradycjom dał początek. 50 lecie DW uwalnia największe fanowskie obsesje w imię wspólnego świętowania, a tak się przypadkiem złożyło, że w szeregach twórców aż tłoczno jest od fanów. Każdy jeden Troll kryje w sobie Whovianina, a my jesteśmy świadkami zaplanowanego sprzymierzania się tych małych, ukrytych bestii. Dzięki nim listopadowa rocznica nie jest zwyczajną rocznicą, a Doctor Who nie jest traktowany jak każdy inny serial telewizyjny z długą i burzliwą historią. Fani dla fanów, oto cały sekret. (Sekret wyjaśnia również dlaczego nie musimy się obawiać, że jeden z najbardziej utalentowanych kompozytorów ucieknie za ocean komponować muzykę do dobrze opłacanych filmów. Whovianin prędzej udusi się własnym szalikiem, niż porzuci ukochany serial).

 

Happy birthay. Doctor. You.

"Song for 50", tekst tutaj.

 

Na dowód, że fani kochają fanów, zagrano Vale Decem. Uczestnicy śpiewali razem z chórem, żegnając swoją nie do końca perfekcyjną łaciną Dziesiątego Doktora. Tym razem śpiewali z pełną świadomością, że za cztery miesiące będą go znowu witać na ekranach telewizorów. Zakończono tradycyjnie, czyli „Doctor Who Theme”, tym razem jednak nikt nie musiał patrzeć tęsknie na napis „to be continued”. Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że koncert, który został zarejestrowany kamerami, będzie pokazany w całości w telewizji. Najlepsze (czyli dźwięk) już mamy i możemy się nim cieszyć do woli, ale i tak wiele bym dała za możliwość obserwowania Cybermenów straszących dzieci na widowni.

 

wtorek, 09 lipca 2013

Dzień dobry. Albo i znacie, tego akurat nie wiem. Zastosowałam ten okropny zabieg słowny w celu nakłonienia jak największej liczby osób do słuchania śpiewającego Jona Pertwee. Śpiewający Jon Pertwee jest wart wielu podstępów. Utwór, który tu prezentuję nazywa się Who is the Doctor? i został napisany w 1972 roku przez Ruperta Hine. Zawiera tekst recytowany do melodii, która towarzyszy doktorowej czołówce od wielu, wielu lat. Tekst nie jest byle jaki - został napisany w taki sposób, że może go śpiewać jedynie prawdziwy Doktor. Na szczęście tak się złożyło, że w czasie gdy utwór powstawał, Doktorem był numer Trzeci, czyli Jon Pertwee - aktor, który już nie raz zasłynął z umiłowania do występów wokalnych (kojarzycie pieśń o pijanym marynarzu?) i nikt nie miał wątpliwości, że ten głos musi w końcu zaśpiewać coś epickiego. No i zaśpiewał (a w zasadzie wyrecytował, ale recytacja też jest formą wokalu). Dzięki niemu nareszcie wiemy kim jest Doktor i nie musimy już martwić się po nocach, że jakiś Troll zdradzi nam to w odcinku rocznicowym.

 

I cross the void beyond the mind
The empty space that circles time
I see where others stumble blind
To seek a truth they never find
Eternal wisdom is my guide
I am the Doctor.

Through cosmic waste my TARDIS flies
To taste the secret source of life
A presence science can't deny
Exists within, outside, behind
The latitude of human minds
I am the Doctor.

My voyage dissects the course of time
"Who knows?," you say
But are you right?
Who searches deep to find the light
That glows so darkly in the night
Toward that point I guide my flight.

As fingers move to end mankind
Metallic teeth begin their grind
With sword of truth I turn to fight
The satanic powers of the night
Is your faith before your mind?
No man, am I, the Doctor. 

 

 
1 , 2 , 3