Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







czwartek, 12 czerwca 2014

Dzień dobry. Przed chwilą zorientowałam się, że nie wszyscy zdają sobie sprawę dlaczego na samym początku X-Men: Days of Future Past (a konkretnie podczas intro) fani zjeżdżali z foteli i wydawali z siebie radosne okrzyki. Powód jest bardzo prosty, i zarazem epicki.

Wstęp do Days of Future Past (właściwy początek ok 2 minuty).

Dawno, dawno temu Bryan Singer stworzył dwa pierwsze X-Menowe filmy. Po nich nastąpiła mała katastrofa w postaci trzeciego filmu, którego nie nakręcił Bryan Singer oraz mały cud w postaci Pierwszej Klasy, której także nie nakręcił Bryan Singer. Skomponowana przez Johna Ottmana muzyka do drugiego filmu zapadła w pamięć wielu fanom, bowiem była boska. Po małej katastrofie dodatkowo zaczęła kojarzyć się z czasami, w których wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a panem i władcą był prawdopodobnie największy fan X-Men, jaki chodził po tej planecie, czyli Bryan Singer. Mały cud traktowany był za to odrębnie - podejrzewam, że scenarzyści po prostu nie byli w stanie naprawić katastrofy, więc uznali, że lepiej ją zignorować i cofnąć się w czasie. Tak mniej więcej wyglądała sytuacja aż do roku 2014, gdy przyszedł największy fan i naprawił to, czego inni nie potrafili. Fani nie zostali uprzedzeni, że DOFP rozpocznie się od cofnięcia się w przeszłość do drugiej części w tak dobrze znanym im stylu, a świadomość, że do oryginalnej obsady zaraz dołączy ta z małego cudu tylko spotęgowała wrażenie. Dlatego właśnie szczęśliwi fani pozjeżdżali z foteli.

 

Muzyka z drugiego filmu.

 

Live long and prosper.

niedziela, 08 czerwca 2014

Dzień dobry. Mogłoby się wydawać, że bohater miesiąca znowu trochę zaspał, prawda jest jednak inna. Bohater tak bardzo bohaterzy, że nie ma czasu na sprawy przyziemne. Poza tym od tego zdania będę pisać o bohaterze w liczbie mnogiej, ponieważ wyjątkowo wyróżniłam w jednej notce dwie osoby. Są nimi Michael Fassbender i James McAvoy.

 


Bohaterstwo tych dwóch panów wyszło na jaw przy okazji majowej premiery filmu X-Men: Days of Future Past oraz podczas wywiadów, na których bardzo im się nudziło. Zacznijmy od filmu. McAvoy i Fasssbender drugi raz wcielili się w role Xaviera i Magneto (pierwszy raz w filmie First Class). Tym razem zrobili to u boku starszych wersji Xaviera i Magneto granych przez Sir Patricka Stewarta i Sir Iana McKellena, i byli przy tym tak przekonujący, że można bez problemu uwierzyć, że podróżują w czasie. James McAvoy wystąpił nawet w jednej scenie z Sir Patrickiem - obaj panowie rozmawiali w niej i prezentowali profile w taki sposób, że ktoś powinien szybko znaleźć osobę odpowiedzialną za casting i przytulić ją w imieniu milionów. Najnowszy film ma wprawdzie trochę dziur w scenariuszu i pewnie parę innych wad, które beztrosko przeoczyłam, ale obsada i sposób w jaki ten lekko podziurawiony scenariusz został opowiedziany nie pozwalają się nimi przejmować. Młodsze wersje Xaviera i Magneto są podobne do starszych jak dwie pary kropel wody, chociaż grający ich aktorzy bardzo się różnią. Ktoś genialny wpadł na pomysł zbadania tego zjawiska, dzięki czemu możemy podziwiać jak wszyscy czterej aktorzy bawią się w impresje, naśladując siebie nawzajem. W tym krótkim filmie znajduje się odpowiedź na pytanie dlaczego młodzi gniewni są tak podobni do starszych mniej-gniewnych. Nie jest to wprawdzie odkrycie Ameryki, tylko potwierdzenie pewnej dość oczywistej teorii - wystarczyło odrobinę naturalnego podobieństwa uzupełnić aktorstwem na wysokim poziomie. Kluczowym słowem jest tu WYSOKI. Gdyby aktorstwo było na niskim poziomie, zamiast dwóch bohaterów otrzymalibyśmy czterech, a kwiatki na ich głowach na tumblrze byłyby malutkie. Ponieważ kwiatki są duże i kolorowe, a bohaterowie nie rozczworzyli się w najnowszym filmie, zmuszona jestem uznać powyższą teorię za prawdziwą i przyznać, że panowie Fassbender i McAvoy są świetnymi aktorami - i to nie tylko dlatego, że wszyscy o tym wiedzą, tylko dlatego, że mamy na to obiektywne dowody. Tak oto udało mi się udowodnić coś oczywistego... dobrze, że nie ma tu Spocka, bo pewnie zrobiłby facepalm.

Drugą sprawą jest bohaterzenie w czasie wywiadów. Podczas gdy wielu aktorów pozwala zanudzić się na śmierć, Michael Fassbender i James McAvoy bezwstydnie ignorują powtarzające się nudne pytania i dobrze się bawią. Z wywiadów możemy na przykład dowiedzieć się, że Fassbender jest dobrym Magneto, ponieważ świetnie go rozumie. Przede wszystkim jego nieskrywaną miłość do metalu.



McAvoy nie rozumie metalu, ale za to świetnie rozumie Star Treka. Wyłącznie jego dobrej woli zawdzięczamy fakt, że młody Xavier nie jest tak naprawdę młodym Picardem.



Czasami zdradza, że naprawdę jest telepatą.


Podczas niektórych wywiadów obaj panowie agresywnie się biją i nikt nie próbuje ich powstrzymać. Jak kiedyś jeden z nich pokaże się publicznie bez zęba, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego utrata została zarejestrowana profesjonalną kamerą.



Gdy się nie biją, bez wahania zdradzają swoje najgłębiej skrywane sekrety.



Zdradzają też największe sekrety scenarzystów X-Men.

 

 

Opowiadają o swych lękach za pomocą jednego słowa.




Tworzą improwizowane musicale (ok. 1:30).




Nawet grawitacja jakoś dziwnie na nich działa. Na boki...




Myślę, że dowody na bohaterskość są wystarczające i możemy już pogratulować zwycięzcom.

Live long and prosper.

 

PS: Wydawało mi się, że w tej notce jest ktoś jeszcze, ale biega tak szybko, że ciężko go zauważyć. Dam sobie głowę uciąć, że widziałam szare włosy...

PPS: Większość gifów z drugiej części wpisu ukradłam z tumblra Zwierza. Tumblr Zwierza to świetne miejsce na szukanie X-Menowego spamu ;)

 

EDIT: zapomniałam o ważnym gifie. Bohaterowie są dla siebie niezwykle nieuprzejmi...

czwartek, 05 czerwca 2014

Dzień dobry. Bohatera miesiąca poznamy dopiero w niedzielę, ale już wiadomo kto otrzymuje dodatkowe wyróżnienie. Brawa dla Godzilli!

 



 

Godzilla jest stworzeniem, które od 1954 roku hasa sobie po ulicach wszelkich miast, demolując je przypadkiem podczas aktów bohaterzenia. Początkowo bohaterstwa było bardzo mało i przeważała demolka sama w sobie, lecz z czasem co raz częściej widok Godzilli oznaczał demolkę zbawienną dla ludzkości. W maju tego roku Godzilla ponownie wyszedł z ukrycia, bohaterząc i demolując wszystko, co stanęło mu na drodze. Wykazał się dzielnością, którą wręcz ciężko sobie wyobrazić. Pomyślcie tylko - gdybyście byli wielkim gadem kimającym sobie w najlepsze w wygodnym oceanie, to wstalibyście tylko dlatego, że ktoś, kto nie ma o waszym istnieniu zielonego pojęcia (w większości) potrzebuje pomocy? W dodatku bardzo męczącej pomocy. Tak męczącej, że - nie mogę dokończyć tego zdania, bo zawiera spojler.

Nowa wersja Godzilli okazała się nie tylko dzielna, ale także piękna. Jego masywny pyszczek, małe łapy i miśkowata budowa, z której tak wielu się śmieje (zauważyłam w Internecie zatrważającą ilość oskarżeń Godzilli o nadwagę) sprawiają, że bez problemu można odróżnić go od innych dinozauropodobnych gadów i rozpoznać Króla Potworów, który w latach 50 zaczął grasować na naszej planecie. Różnica polega na tym, że tym razem mamy go w HD, z detalami, i odrobinę mniej przypomina człowieka w kostiumie. A duża ilość Godzilli w Godzilli jest naturalna zważywszy na okoliczności (kto przesypia większość życia w oceanie?). To naprawdę cudowne stworzenie. Zasługuje na wianek.

I jeszcze jedna zaleta - ryk. Oryginalny ryk Godzilli, który powstał dzięki pocieraniu strun kontrabasu rękawicą nasączoną żywicą. Przez niego w IMAXie trzeba było trzymać się fotela, żeby nie stracić równowagi. Ten ryk wygrywa wszystko.

 




Live long and prosper.