Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 30 czerwca 2013

Dzień dobry. Miesiąc się kończy, pora więc na wytypowanie nowego bohatera. Tytuł ten, wraz ze wszystkimi należnymi honorami oraz bonusowym wieńcem kwiatów otrzymuje ktoś, kto podbił kawałek Internetu oraz Ameryki: Hugh Dancy.

(przerwa na oklaski)


 

Pan Dancy zasłużył sobie na wyróżnienie rolą Willa Grahama w serialu o wcale nie tajemniczym tytule - "Hannibal". Wprawdzie głównym bohaterem jest nie Will, tylko Hannibal, w dodatku nie da się ukryć, że najlepszym aktorem na planie jest Mads Mikkelsen, ale tak się złożyło, że to właśnie Hugh figuruje na większości fanartów, które fani radośnie tworzą i reblogują od rana do nocy na specjalnie stworzonych w tym celu platformach. Główną rzeczą rzucającą się w oczy podczas spaceru po tumblrze lub zupie jest to, iż postać Hugh - Will Graham, jest absolutnie, kompletnie i do granic możliwości biedny. Poza tym lubi małe pieski, ma problem z jeleniami i nie przepada za ludziną, chociaż jeszcze o tym nie wie (to także stanowi element jego ogromnej biedności). Najważniejsze jednak jest to, że choć Will z odcinka na odcinek coraz bardziej potrzebuje wsparcia, kocyka i właściwej opieki medycznej, nikt mu nie chce pomóc, a jedyny chętny to podstępny manipulator-kanibal w dobrze skrojonym garniturze.

Jestem przekonana, że na eksplozję wsparcia internetowego ma wpływ fakt, że Hannibal to serial amerykański. Nie jestem nałogowym widzem seriali amerykańskich, ale z tego co zauważyłam, raczej nie mają one tendencji do znęcania się nad głównymi bohaterami. Wręcz przeciwnie - gdy nad ważną postacią wisi widmo nieszczęścia, jest ono tylko widmem do czasu aż spada ofierze z impetem na głowę, po czym następuje gwałtowna poprawa sytuacji. Zupełnie jakby twórcy obawiali się, że za znęcanie się nad ulubieńcami widzów sami zostaną poddani leczeniu psychiatrycznemu. Inaczej sprawa wygląda w przypadku np. seriali brytyjskich (które z kolei oglądam nałogowo). Brytyjczycy nawet w komedii o terrorystach potrafią wysadzić w powietrze wszystkich głównych i ewidentnie zagubionych bohaterów, a sprawianie przykrości ważnym postaciom praktykowane jest od wielu lat i mocno już spowszedniało (przykład - piąty Doktor biedny do granic biedności. Od dwóch sezonów mu się nie poprawia i wszystko wskazuje na to, że w trzecim umrze). Mimo to uczynienie Grahama biednym, podsycane dodatkowo przez oficjalne strony serialu, podziałało w równym stopniu na widzów przyzwyczajonych do biedności, jak i na tych nieprzyzwyczajonych. Różnica polega jedynie na tym, że widzowie przyzwyczajeni do biedności apelują do ludzkości o pomoc dla Willa zaskoczeni tym, że apelują, a widzowie nieprzyzwyczajeni po prostu apelują.

 



Dodatkowo wyróżnienie otrzymuje pies Winston - za to, że jako jedyny wspierał Willa w potrzebie, gdy inni zawiedli.


środa, 26 czerwca 2013

Dzień dobry. Oto radosna twórczość przedstawiająca jelenia, który w trakcie rysowania nabrał charakteru, przez co wygląda jak profiler FBI. Wbrew pozorom jest to całkiem brytyjski profiler, chociaż profiluje w amerykańskim serialu. Ponadto jest strasznie biedny i trzeba mu pomóc.

 

 

Poza tym nie ma tu żadnej notki, bo trwa sesja i uczę się pilnie od rana do nocy. Papa.

wtorek, 25 czerwca 2013

Dzień dobry. Blog śpi z powodu sesji - to naturalny stan blogów prowadzonych przez kogoś, kto w czasie sesji jest biedny i musi się uczyć. Obudzę go po ostatnim egzaminie, a póki co zamieszczam jedynie krótką poradę dla zdesperowanych. Jak zdać egzamin gdy okazuje się, że wprawdzie zdążyliśmy obejrzeć pięć sezonów Doctora Who, ale zabrakło czasu na naukę? Można na przykład założyć, że jeśli damy egzaminowi do zrozumienia, że jest istotą rozumną, to okaże się wcale nie taki sprytny jak zakłada i złapie się na pierwszą lepszą sztuczkę. Sztuczka polega na tym, żeby przebrać się za Hermionę.

 

 

Istnieją dwie drogi do szczęśliwego zakończenia egzaminu pisanego w przebraniu Hermiony oraz mnóstwo dróg do nieszczęśliwego, ale nieszczęścia wokół pełno i więcej nie trzeba, więc skupię się na drogach do szczęścia.

1. Egzamin widzi, że pisze go Hermiona i wie, że i tak zostanie oceniony na 5, więc żeby oszczędzić fatygi piszącemu, sam się pisze. Teoria ta zakłada, że egzamin jak każda istota uważa się za stworzenie inteligentne i próbuje przechytrzyć piszącego.

2. Wykładowca kojarzy wygląd Hermiony z konkretną kartką lub nazwiskiem (warto na przykład pisać charakterystycznym kolorem), dzięki czemu w trakcie oceniania doznaje halucynacji i widzi same poprawne odpowiedzi. Wystawia Hermionie 5 i nawet nie wie jakie bzdury właśnie ocenił.

Niestety powodzenie nie zależy od piszącego, tylko od stanu umysłu egzaminu lub wykładowcy, dlatego pozostaje wiernie odzwierciedlić strój Hermiony i trzymać kciuki, aby się udało.

czwartek, 20 czerwca 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis jest wpisem problemowym, z wieloma mądrymi analizami mądrych ludzi i brakiem jednoznacznego rozwiązania. Problem jest problemem wagi wielkiej, dotyczy bowiem zagadki spędzającej sen z powiek ludziom, którym zdarzyło się obejrzeć ostatnie sezony Doctora Who. Można go zdefiniować pytaniem:

 

GDZIE SIĘ PODZIAŁY BRWI MATTA SMITHA?

 

Pauza na oświadczenie autorki:

Pragnę wyjaśnić, że wpis nie ma na celu nabijania się ani innej niemiłej formy piętnowania (miłej zresztą też). Powstał, ponieważ ktoś nie ma ochoty uczyć się do egzaminu i marnuje czas na bzdury. Przypominam również, że Matta Smitha należy kochać i szanować bez względu na kolor jego brwi, ponieważ jego zdolności aktorskie mają się dobrze i kompletnie nie przejmują się zawartością twarzy.

Koniec oświadczenia autorki.


Przede wszystkim należy podkreślić, że Matt Smith posiada brwi. Po prostu jest ich niewiele i są za jasne, żeby dało się je dostrzec na pierwszy rzut oka. Poza tym wszystko wskazuje na to, że mają tendencję do znikania wraz ze wrastającym wiekiem ich nosiciela - i właśnie to jest największa zagadka. Czym innym jest przecież urodzenie się bez brwi, a czym innym utracenie ich w tajemniczych okolicznościach. Oto kilka teorii próbujących wyjaśnić fenomen znikającego elementu twarzy naszego drogiego Doktora:

 

Teoria #1 opracowana przy współpracy z Doktorem z Pasadeny:

Matt Smith rozjaśnił brwi na słońcu, opalając się w sontarańskim hełmie. Tradycyjny hełm Sontaran szczelnie zasłania twarz, posiada jedynie niewielkie otwory na oczy. Wystarczy rzut oka na pana Smitha żeby przekonać się, że wytrwale chowa się on przed słońcem, dlatego jedyne opalanie twarzy jakie wchodzi w grę to opalanie w dobrze skrojonym hełmie. Teoria ta nie tłumaczy jednak jakim cudem nie opalił się również podbródek (hełm jest dostosowany go płaskiej, sontarańskiej głowy w kształcie leżącego ziemniaka, nie sięga do końca ludzkiej).

 

Teoria #2 również opracowana przy współpracy z Doktorem z Pasadeny:

Brwi zostały utlenione za pomocą nadtlenku wodoru, ponieważ ktoś chciał w końcu spełnić marzenie Doktora i stać się rudy, ale bał się próbować od razu na włosach. Wada teorii - utlenianie nie daje rudego efektu, jest raczej metodą przygotowania włosów do uzyskania ładnej rudości za pomocą farby. Gdyby Matt naprawdę chciał stać się rudy, potraktowałby brwi rudą farbą bez mrugnięcia okiem (don't blink, blink and you're dead).

 

Teoria #3 Zwierza Popkulturalnego:

"Mężczyzna na obu zdjeciach nie jest tym samym mężczyzną. Matt zgubił się ekipie gdzieś w Cardiff i zamiast tego zaangażowano jego dublera, który choć nieco przystojniejszy, nie ma brwi. Poszukiwania Matta trwają."
Jak twierdzi Sherlock, teorię tę mogłoby potwierdzić zdjęcie Matta przechodzącego przez ulicę bez butów (lub inne spostrzeżenie analogiczne do tych, którymi szczycą się zwolennicy teorii spiskowej Paul is Dead). Mogłoby ją również potwierdzić znalezienie prawdziwego Matta. Poszukiwania najlepiej rozpocząć w Cardiff lub Londynie (Cardiff tak dobrze udaje Londyn w serialach BBC, że można się pomylić).


Teoria #4 Sherlocka:

"Obie teorie przyjmują założenie, że to obecne brwi są naturalnym stanem Matta, a te jasne - efektem zabiegów. Proponuję zatem rewolucyjnie kopernikańską i przewrotną teorię następującą: regeneracja, która jak wiadomo obejmuje każdą komórkę z osobna, może czasem trwać nieco dłużej, a niektóre części ciała prawdopodobnie dopiero po jakimś czasie otrzymują ostateczny nowy kształt. Obecność brwi była po prostu blednącą powoli spuścizną genetyczną 10 Doktora, która jednak została stopniowo wygaszona."
Nic dodać, nic ująć. Stopniowe wygaszanie cech nie zostało potwierdzone w serialu, ale tak to już jest z Kopernikami tego świata - wymyślają teorie nieznane wcześniej ogółowi społeczeństwa.

 

Teoria #5:

Brwi nie wytrzymały stresu związanego z nadążaniem za wiecznie zaskakującą, plastyczną mimiką Matta i zaczęły wymeldowywać się z życia. Oznaczałoby to, że rezygnacja z roli Doktora mogła być jedynie desperacką próbą ratowania resztek brwi.

 

Teoria #6 Gin&PT:

"One po prostu uznały, że i tak nikt ich nie zauważa, więc nie robią więcej, i wyjechały na urlop (wieczny), aby się opalać i zrobić sobie pijar - teraz wszyscy mówią o nich, a nie o tym gościu, do którego należały".
Teoria ta zwraca uwagę na uczucia brwi, które nie mogły znieść świadomości, że są tylko malutką częścią twarzy kogoś znanego (znanego dzięki aktorstwu, które polega w dużej mierze na wykorzystywaniu takich elementów jak brwi) i postanowiły upomnieć się o należną uwagę. Jest to wręcz utopijna wizja życia bez wyzyskiwania istot malutkich.


Teoria #7 Ogryzkowej:

"Jak na kogoś kto ma te kilkaset lat to i tak nieźle trzyma się jego cera i włosy..."
Nie jest to wprawdzie kompletna teoria, ale uwaga sugerująca istnienie teorii. Wg niej (uwaga, interpretuję bez konsultacji z autorką uwagi) nie ma żadnego Matta, istnieje tylko Doktor. Zdradza go natura, która po ponad tysiącu lat egzystencji nie pozwala mu już zachować wszystkich włosów. Dowodem na to, że Dotor sypie się ze starości może być choćby fakt, że niedawno utracił włosy hodowane na głowie. To, że ma zamiar umrzeć w grudniu też nie jest bez znaczenia (w czasie świąt depresja jest szczególnie dotkliwa - ta starcza też, służby medyczne mają dużo roboty ze zdejmowaniem wisielców z choinek).

 

 

Teoria #8:

Matt Smith nigdy nie miał brwi. To, co widzimy na ekranie i na zdjęciach to jedynie utrwalenie projekcji mentalnej fanów, którzy nie przywykli jeszcze do widoku Doktora bez brwi. Umysły nieświadomie zanegowały ich brak, a ponieważ negacja była zbiorowa i potężna, uwieczniła się przypadkiem na nośnikach materialnych.

 

Teoria #9 Gin&PT:

"Poleciały na koncert Sigur Rós i już nie wróciły".
Teoria ta może być tragiczna lub optymistyczna jak diabli - wszystko zależy od tego co dzieje się na koncertach Sigur Rós. Wariant tragiczny zakłada, że brwi leżą gdzieś w rowie zamordowane, zgwałcone i spalone, a optymistyczny, że biegają po zielonej trawce i śpiewają radosne pieśni wraz z innymi brwiami, które uciekły twarzom ludzi z całego świata. Autorka teorii sugeruje, że brwi "rozpłynęły się w pięknie muzyki sigurków", co zbliża ją raczej do wersji optymistycznej.

 

Teoria #10 Katarzyny Kowalczyk-Zaleśnej:

"To nie jest Matt tylko jego zły brat bliźniak. Nawet oczy ma jakby jaśniejsze..."
Trzeba szybko sprawdzić, czy jego nazwisko nie brzmi tak naprawdę William Wilson. Jeśli brzmi, to zabrać wszystkie ostre narzędzia.

 

Teoria #11 Mai Lulek:

"A może on ma twarz z plasteliny i dlatego jest taka troche dziwna i za każdym razem inna bo musi ją sobie lepić przed zdjęciami... No i czasami brakuje ciemnych brwi i dokleja sobie tylko takie blond?"
Kolejny trop wskazujący na sobowtóra, tym razem plastyczna twarz może mieć związek z niezwykle plastycznym gangerem Doktora, który pojawił się w odcinku "The Almost People". Pod koniec odcinka widać wyraźnie, że jeden ucieka, a drugi zostaje (widzicie jak pięknie? bez spojlerów). Jeśli zamienili się miejscami, to mamy problem, ale to nie zmienia faktu, że trzeba być dla gangera uprzejmym.

 

Teoria #12 Whomanistki:

"Moim zdaniem Matta i brwi rozłączył tragiczny los, ale pod koniec świątecznego odcinka będzie wielki wzruszający reunion. Eyebrows that waited i tak dalej."
Cieszmy się tą wizją, bo jest piękna (można ją narysować).

 

Teoria #13 Souffle Agenta:

"[Brwi] pod wpływem podróży w czasie zdematerializowały się i rozsiały po linii czasowej Doktora, próbując znaleźć swą prawowitą twarz (znaczy twarz Jedenastki) i wrócą na fall of the Eleventh."
To by oznaczało, że Doktor podróżuje, aby odzyskać rozsiane po całym czasie i przestrzeni brwi, chociaż wie, że odzyska je dopiero w chwili zakończenia swego żywota. Niestraszna mu śmierć, liczą się tylko brwi. Piękna historia, udowadnia, że nie należy bać się wątków romantycznych. Odrobina romantyzmu jeszcze nikogo nie zabiła (you know what I mean, nudge nudge?).

 

Teoria #14 Anny Harper:

"Założyli się z Geldofem, że zgolą sobie brwi i się przy tym nie zatną. Geldof przegrał." (3 minuta)
To by wyjaśniało dlaczego Bob Geldof jest taki biedny w The Wall. Mur jest przenośnią dla problemów z koordynacją rąk w trakcie golenia brwi - na końcu został wprawdzie zburzony, ale brwi już nie ma, więc nie da się ich zgolić i Geldof wciąż jest biedny. Matt jest za to zwycięzcą i posiadaczem ładniejszego braku brwi.

 

 

Z żalem oświadczam, że pomimo wielu teorii zagadka wciąż pozostaje zagadką.

środa, 19 czerwca 2013

Dzień dobry. Wpis ten może być dla niektórych szokiem, ponieważ piszę go na poważnie - nie będzie więc brwi hasających po zielonych łąkach ani nic z tych rzeczy. Piszę, ponieważ spekulacje na temat tożsamości 12 Doktora zbaczają ostatnio na tak absurdalne i kompletnie niewłaściwe tory, że mam ochotę pacnąć się w czoło z siłą zagrażającą własnemu przetrwaniu. Kto więc powinien zostać Doktorem?

Na początek trzeba określić kim jest Doktor. Ponad 1000 letni kosmita bez domu błąkający się po świecie w stylowej budce, ekscentryk, samotnik, pałający olbrzymią sympatią do ludzi i Ziemi. Przeżył wiele, widział jeszcze więcej - na pewno wystarczająco, żeby wyrobić sobie opinię o większości zjawisk/postaw/zachowań. Jeśli chodzi o własne upodobania - nieugięty. Jeśli chodzi o własne zasady moralne - niczym monolit. Stosunek do świata - wszystko już było, żadnych tajemnic, czasami tylko trzeba szybciej uciekać przed Dalekami. Kluczem do cieszenia się światem jest szczęśliwy człowiek biegający wokół konsoli TARDIS i zachwycający się rzeczami, które Doktor sprowadza do podstawowej struktury w ciągu ułamków sekund ("When you see it, I see it" - jak to powiedział Amy w pewnym odcinku Meanwhille in Tardis). Zna różnorodność świata, wie, że poglądów jest więcej niż gwiazd na niebie i szanuje je. Dlatego też kompletnie nie przejmuje się opiniami innych na swój temat - jest ich tyle, że gdyby miał je wszystkie policzyć i ustosunkować się do nich, TARDIS umarłaby z nudów i wygnała go poza granice swej budkowatości. Poza tym panta rhei, płynie i się zmienia - dziś muszki nie są cool, ale wystarczy mały skok w przyszłość, a ludzie będą budować im pomniki. Jako część brytyjskiej popkultury jest stworzeniem ze wszech miar brytyjskim - mówi z brytyjskim akcentem (tu akurat dowolność, chociaż królewski najmilej widziany), płacze nad ostatnim tomem Harry'ego Pottera, ma stojak na parasole przy drzwiach (Smith, napraw) i jest dżentelmenem bez względu na to, jak nieuprzejmi są jego rozmówcy. Dobrego Doktora powinna charakteryzować jedna, podstawowa właściwość - musi potrafić to zagrać. Zagrać tak, żeby na pierwszy rzut oka było jasne, że mamy do czynienia z kompletnym ekscentrykiem, którego nie obchodzi świat dopóki nic mu nie grozi lub nie próbuje grozić jemu. Kimś, kto przeżył wiele, a mimo to wciąż potrafi cieszyć się na widok uśmiechniętego dziecka (stare oczy, co to za Doktor bez starych oczu). Poza tym, co najważniejsze - jest Doktorem. Leczy i naprawia gdy coś się psuje, a gdy wszystko jest już naprawione, wskakuje do swojej budki i leci na intergalaktyczny spacer gdzie tylko zapragnie. Pan i władca czasu i przestrzeni funkcjonujący na co dzień jako wyjątkowo pomocny turysta. Gdy aktor nie potrafi przywołać tych wszystkich skojarzeń wyskakując zza drzewa i mówiąc "hello" do pierwszej napotkanej osoby, nie będzie dobrym Doktorem. Mniej istotna jest kwestia tego KIM jest aktor. Popularne są ostatnio dyskusje na temat tego czy Doktor ma być biały, czarny, czy może lepiej wybrać Azjatę, Indianina, Meksyknina czy innego "-ina". Istnieje też grupa ludzi, którzy pragną, aby Doktor zmienił płeć (w końcu regeneracja jest jak ruletka, nie wiadomo co się trafi). Zwolennicy Doktora-kobiety toczą zażarte boje ze zwolennikami Doktora-faceta. Wszystkie te spory nijak się mają do prawdziwej istoty doktorowatości... wprawdzie zatrudnienie do roli na przykład Meksykanina mogłoby spowodować gwałtowny spadek brytyjskości, co jest zjawiskiem raczej niepożądanym w przypadku serialu, który jest dumą narodu, ale tak naprawdę gdyby aktor zdał test na wyskakiwanie zza drzewa bezbłędnie, to wątpię by ktokolwiek się tym przejął (najwyżej kazaliby mu częściej pić herbatę). Poza tym jestem przekonana, że gdyby ustawić w rządku np. Richarda Ayoade, Helenę Bonham-Carter i Stephena Mangana, to ludziom odpowiedzialnym za casting nie przyszłoby do głowy, żeby rozpatrywać ich kandydaturę pod kątem koloru skóry lub płci i mielibyśmy spore szanse na nowego Doktora w trzech osobach (każda osoba z tej trójki nadaje się do roli doskonale, wyeliminowanie kogokolwiek mogłoby się wiązać z dożywotnimi wyrzutami sumienia). Druga grupa typujących to fani znanych aktorów - przyznam szczerze, że jak widzę Benedykta Wspaniałego lub Johnny'ego Deppa w rankingach, to w pierwszej kolejności zastanawiam się dlaczego. Aktorzy znani na świecie są zasypywani ze wszystkich stron ofertami, prędzej czy później dostaną z Hollywood korzystną propozycję zagrania jakiegoś Zorro i opuszczą serial bez nawet chwili zawahania. Doktor, który ucieka z planu po dwóch odcinkach to straszna perspektywa dla fanów (chociaż… Benedykt-Doktor... ;). Wreszcie grupa numer 3 - ludzie, którzy chcą widzieć w roli Doktora kogoś, kto zagrał już ważną rolę w serialu (na przykład innego Doktora albo towarzysza). Czasami życzenia są kompletnie bezsensowne - ktoś, kto wykrzykuje radośnie "Tennant na Doktora" najwyraźniej nie za bardzo załapał na czym polega istota serialu (zmiany, zmiany, zmiany!). Z towarzyszami jest nieco lepiej, ponieważ przybranie twarzy kogoś znanego Doktorowi mogłoby być rozwiązaniem ciekawym - pod warunkiem, że aktor byłby w stanie zagrać kogoś o innym charakterze niż dotychczas. Ostatnio zdeklarowała chęć zagrania głównej roli np. Sheridan Smith (Lucie Miller z przygód audio Ósmego) i nie mam pojęcia czy trzymać za nią kciuki. Była dobrą Lucie, pytanie tylko czy potrafiłaby być równie dobrym Doktorem.

I na koniec rozważań apel do wszystkich dyskutujących o tym kto powinien zostać wybrany na kolejnego Doktora - zanim zaczniecie rozpatrywać kandydatów pod kątem cech widocznych na zdjęciu, zróbcie ciap w czoło (pozdrowienia dla Whomanistyki) i idźcie coś obejrzeć.

 

 
1 , 2 , 3