Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







czwartek, 30 maja 2013

Dzień dobry. Ogłaszam bitwę na ryk! Poniżej zamieszczam gify z ważnymi postaciami brytyjskiej popkultury ryczącymi na obraz i podobieństwo lwa, jednak lew może być tylko jeden. Głosowanie odbywa się za pomocą komentarzy (te z facebooka też się liczą), głosy zbieram do końca tygodnia. Gify pochodzą z różnych miejsc, których nazwa kończy się na tumblr.com. Aby docenić w pełni wszystkie ryki, zaleca się iść po herbatę, żeby dać im czas na załadowanie się. Niechaj wygra najlepszy!



1. Benedict Cumberbatch aka Sherlock.



2. Christopher Eccleston aka 9 Doktor.



3. Tom Hiddleston aka Loki.


4. Adam Brown aka Ori.




5. David Tennant aka 10 Doktor.


6. Andrew Scott aka Jim Moriarty.


7.Rupert Grint aka Ron Weasley.


8. Tom Hiddleston aka Tom Hiddleston.


9. Dalek.




10. Rowan Atkinson aka Mr Bean.

 

11. Matt Smith aka 11 Doktor.

 

12. Martin Freeman aka John Watson.

 

13. Ringo Starr.

 

14. Albus Dumbledore aka Albus Dumbledore.

 

15. Tom Hardy aka Bane.

 

16. Charles Dance aka Tywin Lannister.

 

Ciekawostka na koniec: około 90 procent przeróbek logo MGM z ludźmi zamiast lwa na tumblrze zawiera Brytyjczyków (zwierzęta trudno zidentyfikować, a amerykańskie gwiazdy - chociaż jest ich mniej, są najbardziej popularne). Wniosek z tego nadzwyczaj radosny - może i nie mamy lwa, ale poczucia humoru nikt nam nie zabierze :)

PS: Niech ktoś mi zrobi taki gif z Tomem Bakerem... dam mu pół księżniczki i rękę królestwa.

EDIT: Znalazłam Toma Bakera, niestety bez właściwej otoczki. Już trochę późno na dopisywanie go do listy, ale zobaczcie jak pięknie ryczy...

 

 

EDIT2: Gif z panem Bakerem został uczyniony przez Krzysztofa. Mogę umrzeć szczęśliwa.

 

środa, 29 maja 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis jest wspaniały, ponieważ powstał z okazji pierwszych urodzin bloga... ale najpierw nudny wstęp.

NUDNY WSTĘP.

Nudny wstęp miał zawierać refleksje na temat życia i rozwoju bloga, a także trochę uwag na temat jego brytyjskości. Doszłam jednak do wniosku, że brytyjskość aż razi po oczach, więc nie trzeba o niej przypominać, a życie jest nieciekawe, dlatego ograniczę ględzenie do jednej uwagi - 221B Baker Street jest dokładnie takim blogiem, jaki może wyrosnąć z czegoś, co zaczyna swój żywot od monologu o Dalekach. Charakteryzują go deficyt powagi, kult absurdu i stanowczo za dużo Doctora Who. Wprawdzie czasami obrażają się na mnie zbłąkani Sherlockiści zaskoczeni dużą ilością dziwnych kosmitów i Doktora, który nie jest Watsonem, ale "nie ma róży bez kolców, jak to powiedział facet, któremu umarła teściowa, gdy przyszli do niego po zapłatę za pogrzeb" (ukłony dla Jerome K. Jerome, trzech panów, łódki i psa). W ten oto sposób kończę nudny wstęp i mogę przejść do notki.

 

NOTKA.

Ze względu na to, że rok temu znalazł się tu tekst o Dalekach, rocznicę postanowiłam uczcić wpisem o czymś równie ważnym. Czymś starym i nowym, niebieskim i większym w środku, wyglądającym jak budka policyjna.

 

 

 You'll dream about that box.
It'll never leave you.
Big and little at the same time.
Brand new and ancient.
And the bluest blue ever.

 

Imię Budki brzmi TARDIS (skrót od Time And Relative Dimension In Space), i tak naprawdę wcale nie jest ona budką. TARDIS pochodzą z planety Gallifrey, na której rosną i uczą się być dobrymi kompanami. Są żywymi istotami pod postacią statków, które podróżują w czasie i przestrzeni. TARDIS może przybrać dowolny kształt, zazwyczaj niczym kosmiczny kameleon skanuje teren i wybiera najmniej rzucający się w oczy wygląd. Główna bohaterka wpisu - TARDIS Doktora, też jest takim kameleonem, tylko nieco zepsutym. Przybrała kształt londyńskiej budki policyjnej z początku lat 60, po czym zupełnie przypadkiem zaciął jej się obwód odpowiedzialny za zmianę kształtu (a jej genialny Doktor przypadkiem od 1000 lat zapomina go naprawić). Doktorowa TARDIS wyróżnia się jeszcze jedną cechą - w trakcie lądowania wydaje "najwspanialszy dźwięk we wszechświecie". Taki dźwięk. Przyczyną jego powstawania jest za wczesne zaciąganie hamulców, TARDIS z bardziej rozgarniętymi pasażerami lądują cichutko. Budka będzie wydawała ten dźwięk aż po kres swego istnienia, chyba że Doktor zregeneruje się w coś strasznego, co postanowi latać poprawnie. A skoro już o lataniu mowa, to malownicze skoki przez wir czasu umożliwia TARDIS jej własny system grawitacyjny, który trzyma wszystko przyklejone do podłogi nawet podczas wykonywania piruetów.

 

 

Każda TARDIS jest większa w środku. Niektóre wprawdzie mogą być mniejsze, ale z małej przestrzeni jest mniej pożytku niż z dużej przestrzeni, dlatego preferowane jest jednak jej powiększanie. Mówiąc większa w środku mam na myśli, że jest tak duża, że galaktyki mogą sobie latać po pokojach (powinny tylko uważać, żeby nie wpaść do basenu). Mądrzy ludzie nazywają to transcedentalnością wymiarową, ale pozostańmy przy nieśmiertelnym bigger on the inside (lub hipsterskim smaller on the outside Clary). Władcy Czasu słyną ze świetnego zrozumienia funkcjonowania wymiarów, niektórzy wykorzystują swoje umiejętności nawet do tak trywialnych celów jak powiększanie kieszeni (w środku). Budka zazwyczaj nie jest zazdrosna o kieszenie, ponieważ wie, że to ona zawsze będzie najukochańszym dzieckiem, poza tym w przeciwieństwie do kieszeni jest żywa, więc może się obrazić, czyniąc swemu Władcy Czasu wielką przykrość. Drodzy wszyscy - pamiętajcie, żeby miłować statki kosmiczne ponad wszelkie kieszenie, inaczej statek nie będzie szczęśliwy i może nawet stać się złośliwy. Wiecie jak zachowuje się złośliwa TARDIS? Och, straszna to złośliwość... wkurzona Budka może na przykład pozbawić jedną ze swoich ścian drzwi i patrzeć jak delikwent zamknięty w szczelnym pokoju robi się coraz bardziej biedny. Może także sprawić, żeby wszystkie korytarze prowadziły do jednego pokoju (lub wywołać taką iluzję) - wtedy delikwent staje się jeszcze bardziej biedny i biega w kółko. Najsłynniejszym fochem TARDIS jest zacinanie konsoli. Obrażona Budka może unieruchomić wszystkie przyciski i dźwignie, po czym napawać się biednością delikwenta, który miota się bezradnie wokół konsoli i nie może niczego nacisnąć. Z kolei foch ostateczny (czyli śmiertelnie poważny) kończy się wybuchem czegoś niezbyt ważnego i uruchomieniem alarmu, który powoduje panikę delikwenta i jego gwałtownie postępującą biedność. Łagodna odmiana focha ostatecznego polega na wyłączeniu świateł, ale w ciemnościach nie widać czy delikwent jest biedny, więc Budka nie może w pełni napawać się swoją złośliwością.

Nie jest żadną tajemnicą, że Budka Doktora została "pożyczona" (wg niektórych relacji było na odwrót i Budka pożyczyła Doktora. Prawdopodobnie Doktor pożyczył Budkę, a Budka mu na to pozwoliła. Uciekli razem z Gallifrey i żyją długo i szczęśliwie). Jest to typ 40, przestarzały, wadliwy, kapryśny i mądrzejszy niż mogłoby się wydawać.

 



TARDIS ma wbrew pozorom całkiem regularną budowę. Najważniejszy pokój nazywa się Cloister Room: to w nim znajduje się Cloister Bell (ten straszny dzwon, który dostał własną notkę) oraz Oko Harmonii (gwiazda unieruchomiona w momencie śmierci, niekończące się źródło energii). Cloister Room jest tak ważnym miejscem, że najlepiej w ogóle tam nie wchodzić, żeby zminimalizować ryzyko zepsucia czegoś, czego lepiej nie psuć. Drugie ważne miejsce nazywa się sterownią (Control Room), i w przeciwieństwie do miejsca najważniejszego, tam powinno się wchodzić. W centrum pokoju stoi konsola pełna tajemniczych przycisków, dźwigni, ekranów, gramofonów, maszyn do pisania i innych standardowych przyrządów koniecznych do sterowania statkiem kosmicznym. BHP Budki wymaga sześciu pilotów ustawionych w kółku wokół konsoli i naciskających spokojnie właściwe przyciski, na szczęście jeden szaleniec biegający w kółko niczym świnka z podpalonym ogonem też może nią sterować (pod warunkiem, że nadąża z naciskaniem przycisków). Konsola ma oczywiście ładnie wydaną instrukcję obsługi, ale złośliwi pasażerowie próbowali jej czasami używać i pouczać Doktora, więc przypadkiem zaginęła. Wygląd tego pomieszczenia zmienia się w zależności od upodobań estetycznych właściciela. Niektórzy na przykład zamieniają ją w koralowe królestwo, a niektórzy myślą, że niepotrzebny im stojak na parasole przy drzwiach. TARDIS ma szczwaną naturę, dlatego magazynuje stare konsole (te z przyszłości też magazynuje).

 

 

Trzecie ważne miejsce zawiera System Rekonfiguracji Architektury, czyli coś w rodzaju materiału genetycznego TARDIS. To dzięki niemu nigdy niczego jej nie brakuje, a ewentualne usterki mogą być błyskawicznie naprawione. "Maszyna, która tworzy inne maszyny", jak to ujął chciwy człowiek w Journey to the Centre of the TARDIS.

 

 

A cóż znajduje się w głębinach Budki? Korytarze utkane z tajemnic, pokoje pełne rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom (ukłony dla Szekspira)... zacznijmy od korytarzy. Za czasów Czwartego były brzydkie i niepomalowane, ale nie wolno było o tym wspominać. Obecnie też lepiej o tym nie wspominać, ponieważ Doktor przeżywa obrażanie Budki nawet bardziej od samej Budki (objaw: mówi do niej i klepie ją pocieszająco po ścianach). Korytarze mogą zawierać schody (na przykład po to, żeby potknąć się o szalik i z nich zlecieć) lub drzwi dzielące korytarze na mniejsze części (dzięki temu jak wybuchnie pożar na korytarzu, to tam zostanie... chyba, że w pobliżu będzie się błąkać Clara otwierająca wszystkie drzwi). Drzwi otwierane są głównie za pomocą przycisków lub telepatii.

 

Amelia Pond otwierająca zamek telepatyczny.

 

Większość korytarzy prowadzi do innych korytarzy, ale zdarzają się też takie, które prowadzą do pomieszczeń. Nie znamy zbyt wielu pomieszczeń TARDIS, a te, które znamy wydają się całkiem interesujące. Na początek ulubieniec River Song, czyli basen. Basen wygląda jak... jak basen. Jest przestronny i zawiera dużo wody. Wiele pokoi wypełniają starocie i pamiątki - w takie rejony lepiej się nie zapuszczać, ponieważ może się okazać, że jakaś pamiątka żyje i jest głodna, a wtedy będzie problem. Najmilszym miejscem jest biblioteka (czyli jak zwykle). Władcy Czasu to rasa inteligentna, a inteligentne rasy zazwyczaj mają bogato wyposażone biblioteki (to jeden z powodów, dla których warto się z nimi zadawać. Jak będą niesympatyczni, to można przynajmniej dobrać się do książek). Nie wiem jak uporządkowane są książki w bibliotece Doktora, ale znając jego upodobanie do Wielkiej Brytanii pewnie według klasyfikacji dziesiętnej Deweya (btw, znacie Conana Librariana? Szkolę się na takiego). Na szczególną uwagę zasługuje Encyklopedia Gallifrey pod postacią płynu w słoikach, oraz cała reszta zawartości biblioteki (pod postacią książek). Na uwagę nie zasługuje Vashta Nerada, ponieważ żyje w cieniu pod regałami i zjada ludzi.

 

 Obraz Vincenta Van Gogha pod tytułem "Starry Night and the TARDIS".

 

Każdy towarzysz Doktora dostaje swój pokój, który może urządzić jak tylko sobie życzy. Zazwyczaj można tam zaglądać (z paroma wyjątkami, na przykład do sypialni Pondów lepiej nie zaglądać). TARDIS posiada też rejony zamknięte, do których nie wolno zaglądać absolutnie nikomu, nawet Doktorowi. Kiedyś dobrała się do takiego rejonu Rose Tyler i nic dobrego z tego nie wynikło. To znaczy trochę wynikło, ale przy okazji ktoś umarł, ktoś stał się nieśmiertelny, coś wymazano... nieśmiertelny dostał własny spin-off, więc fanom wyszło to na dobre, a ten, który umarł odrodził się w trampkach, więc też nie było tak źle. Tylko po Dalekach jak zwykle płakano.

Doktorowej TARDIS zdarzyło się kiedyś zostać wyssaną z Budki i wtłoczoną w ciało śmiertelniczki. Była to jedyna okazja, gdy mogliśmy usłyszeć w jaki sposób mówi/myśli/funkcjonuje to cudowne stworzenie (a zawdzięczamy ją Neilowi Gaimanowi. Ukłony dla niego). Okazuje się, że TARDIS przyznaje się do kradzieży Doktora (który przyznaje się do kradzieży TARDIS), lubi gryźć (zwłaszcza Doktora) oraz wspaniałomyślnie ignoruje różnice między teraźniejszością a przyszłością. To właśnie TARDIS-człowiek uświadomiła Doktorowi, że nigdy nie jest sam i zawsze ktoś słucha jego monologów (a w tle grało "A Mad Man With A Box" Murraya Golda - ukłony dla niego - i wszyscy płakali).

 

 Budka bez budki i jej Doktor.

 

Kolejna charakterystyczna cecha Budki (i innych TARDIS) to zdolności telepatyczne. TARDIS rozumieją swoich Doktorów, otwierają im drzwi gdy pstrykają palcami, uruchamiają alarmy gdy się o nich martwią, tłumaczą im w głowach obce języki i ogólnie żyją z nimi we wspanialszej symbiozie niż rośliny motylkowe z bakteriami brodawkowymi (niech żyją kiczowate porównania). Teoretycznie związek ten nie jest konieczny do życia, ale śmierć jednego z nich oznaczałaby również śmierć małej części drugiego - części tak ważnej, że nawet dwa serca mogłyby mieć problem z poradzeniem sobie bez niej. Doctor Who to historia wielu wspaniałych przyjaźni - towarzysze prędzej czy później odchodzą, ale Budka zawsze zostaje, tak samo niebieska jak wtedy, gdy historia się zaczęła.

 

 

Wizerunek budki policyjnej od lat jest własnością BBC, mimo to policja brytyjska co jakiś czas próbuje o niego walczyć, zawsze z marnym skutkiem. Oficjalnym uzasadnieniem takiego stanu rzeczy jest popularność budki - w końcu od 50 lat na całym świecie kojarzona jest z bardzo konkretnym serialem. Argument brzmi wystarczająco logicznie, żeby przekonać sąd i poważnych ludzi, którzy nie znają tajemnic niepoważnych seriali science fiction, ale to fani wiedzą najlepiej na czym polega fenomen TARDIS. A polega on na tym, że przedmiot stojący na rogu każdej większej ulicy obdarzono charakterem i nieco zbyt dużą ilością ciepłych uczuć. W efekcie coś martwego stało się żywym stworzeniem i podbiło serca widzów, rujnując kompletnie nadzieję na powrót do sytuacji wyjściowej, która nie dość, że oznaczałaby próbę uprzedmiotowienia czegoś cudownego i bardzo żywego, to w dodatku mogłaby zostać odebrana jako zamach na jedno z największych osiągnięć wyobraźni XX wieku. Niebieska budka skazana jest na pozostanie statkiem skradzionym z Gallifrey, teraz tylko trzeba mieć nadzieję, że nigdy nie zabraknie jej własnego szaleńca biegającego wokół konsoli.

 

 

Ciekawostka na koniec: BBC oficjalnie potwierdziło, że aktualny niebieski kolor Budki (zwany potocznie TARDIS blue) to Pantone 2955C. Wiadomość ta uszczęśliwiła wielu fanów i umożliwiła poprawną identyfikację najbardziej błękitnego błękitu na świecie.

 

niedziela, 26 maja 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis jest dowodem na to, że Doctor Who ma najlepszy fandom na świecie (oraz podziękowaniem za piękną akcję na facebooku). Wystarczyło bowiem, że jedna osoba mająca problem z obsługą ołówków (w tej roli ja) zaczęła narzekać, że przydomek Clary ("impossible girl") pochodzi stąd, że nie da się jej narysować, a od razu w różnych miejscach świata zaczęły powstawać prace udowadniające jak bardzo mylne jest to stwierdzenie. Teraz już wiem, że Clarę jak najbardziej da się narysować, wystarczy tylko w to uwierzyć i nauczyć się trzymać ołówek. Za rysowanie zabrały się m.in. osoby pozbawione zupełnie wolnego czasu, takie, które dawno porzuciły artystyczne rozrywki, profesjonaliści męczący się z ważnymi wiktoriańskimi kamieniczkami, a także ci, którzy potrafią rysować jedynie "patyczaki". Jedną pracę nawet stworzył ktoś, kto nie zna Clary z serialu. Ludzie, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego zaczęli niespodziewanie popełniać portrety stworzenia lubującego się w robieniu sufletów i ratowaniu życia pewnemu Władcy Czasu. Podobne zjawiska są obecnie rzadko spotykane... być może dlatego, że mają na celu jedynie powołanie do życia odrobiny bezinteresownej radości, podczas gdy wokół wszyscy zdają się zapominać, że coś takiego w ogóle istnieje. Z drugiej strony, u podstawy działalności wszelkich fandomów leży potrzeba podzielenia się z kimś radością, której nie chcą dzielić z fanami żywi ludzie znajdujący się w pobliżu, więc przedsięwzięcia tego typu prędzej czy później skazane są na zaistnienie. Oto bezinteresowna radość, z której jestem dumna jak diabli (rozmieszczona w kolejności losowej, czyli tak jak załadowała się na stronie).

 

Maja Lulek

 

watery

 

Doktor z Pasadeny

 

Tomek Wieloch

 

 

Herbata


 

 

 

 

Sir Siostra

(rysunek przedstawia Sir Clarę)

Sylwia Możejko

(Clara w lewym górnym rogu)

 

Ala Granieczny

 

Jarosław Yeti Pałys

 

Elfi

 

 

Karolina Walkowiak

 

Ogryzkowa

 Dosia

 

Gin&PT

 

Betty Nobs

 

Iwona Matuk

 

Mary Dismal

 

Ala Mary Głowacka

 

I na koniec moje Clary (Whovianka z krwi i kości nie potrafi nie brać udziału w tak zacnych akcjach, nawet jeśli je organizuje).

 
PS: W trosce o estetykę wpisu zmieniłam odrobinę kontrast i jasność niektórych skanów. Jeśli ktoś z autorów czuje się z tego powodu oburzony, to zmienię na jego wersję.

PS2: W związku z pytaniami oświadczam, że prace można wysyłać do mnie cały czas - gdy uzbiera się ich wystarczająco dużo, zrobię suplement (tzn drugą notkę pełną Clar). W zasadzie to nie muszą być nawet Clary, każda radosna twórczość jest tu mile widziana.

PS3: Wy, którzy rysujecie - jesteście boscy.

piątek, 24 maja 2013

Dzień dobry 2 (1 było tutaj). Radosna twórczość tym razem nie ma twarzy, a w jej centrum znajdują się schody do nieba i Budka większa w środku. Kolorowe kropki pod schodami to wiktoriański Londyn (wiem, że to oczywiste, ale na wszelki wypadek wolę wspomnieć). Nie patrzcie za długo, bo w Londynie czają się inteligentne bałwany - jak nauczą się wychodzić z ekranu, to będzie problem.

 

Dzień dobry. Czy wiecie jak powiedzieć "Ni"? A przede wszystkim... czy wiecie dlaczego należy potrafić powiedzieć "Ni"? Jest to umiejętność wybitnie brytyjska i niezwykle przydatna. Mówiąc "Ni" można na przykład:

a) Wkupić się w łaski pradawnego zakonu Rycerzy, Którzy Mówią Ni. W razie spotkania przedstawicieli tego zakonu można albo uciekać, albo ich wystraszyć (mówiąc "it"), albo się z nimi zaprzyjaźnić (mówiąc "Ni"). Jeśli oglądacie Doctora Who, to pewnie wiecie, że dziwne stworzenia istnieją właśnie po to, żeby się z nimi zaprzyjaźnić.

b) Wystraszyć niemiłego człowieka, który próbuje ukraść wam portfel. Wystarczy spojrzeć na niego w groźny sposób i krzyknąć "Ni!", a później napawać się widokiem dramatycznej ucieczki.

c) Spowodować wzruszenie u przechodzącej obok przypadkiem osoby, która również potrafi mówić "Ni". Wzruszenie spowodowane wspólnym mówieniem rzeczy, które rozumieją tylko nieliczni może być początkiem wielkiej przyjaźni (a jeśli nie, to chociaż przyczyną małego uśmiechu). Łatwo rozpoznać osobę, która potrafi mówić "Ni" po tym, że słowo to nie budzi w niej grozy. No i po hełmie.

d) Wygrać w ping-ponga. Okrzyk "Ni" w momencie największego skupienia przeciwnika wytrąci go z równowagi i zagwarantuje zwycięstwo krzyczącemu (oto tajemnica sukcesu Lokiego).

 

 

A jak powiedzieć "Ni"?

Przede wszystkim głośno, wyraźnie i szybko. "Ni" powinno być donośne i pełne mocy straszącej, inaczej nie zadziała. Warto uzbroić się w zatyczki do uszu, bo człowiek bojący się własnego "Ni" to widok smutny i żałosny. Mówienie najlepiej ćwiczyć w odludnym miejscu, żeby uniknąć ewentualnych mandatów za straszenie cywili (w przypadku wywołania wielkiej grozy można nawet skończyć w więzieniu. Domniemanie niewinności nie obowiązuje tam, gdzie ludzie mówią "Ni"). To tyle tajemnic, życzę udanego mówienia. Tylko postarajcie się nie wystraszyć się na śmierć, bo wieczorem zagości tu radosna twórczość z czymś niebieskim, która bardzo chciałaby zostać zobaczona przez jakiegoś żywego człowieka.

 

 
1 , 2 , 3 , 4