Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 28 kwietnia 2013

Dzień dobry. Jak wskazuje tytuł, zajmę się teraz nieznanym obliczem Władców Czasu. Pokażę, że pomimo pompatycznej nazwy i wielkiej godności, mieszkańcy Gallifrey lubią przebierać się w wolnym czasie w zabawne stroje. Niektórzy wyglądają w nich bardzo ładnie, inni nieco mniej, jednak bez względu na efekt wizualny, trzeba przyznać, że przebrania są dowodem niemałej odwagi oraz oryginalności tych dwusercowych stworzeń. Po lewej stronie znajdują się zdjęcia Władców Czasu w sytuacjach codziennych, a prawej w przebraniu.

Wpis powstał z powodu Romany II (która udaje, że nazywa się Lalla Ward). Jestem jeno małym Daleczkiem, nie mogę przejść obojętnie obok Pani Czasu przebranej za kurę... zwłaszcza, jeśli jest to kura urocza. Kura w wydaniu Romany jest piekielnie urocza. Wcina zboże, siedzi na kawałku drewna i chwali się jajkiem (zapewne świeżo wysiedzianym albo zwędzonym najważniejszej kurze w stadzie). Ma nawet czerwone nogi i czubek, który może oznaczać, że Romana myśli, że jest kogutem (albo przebrała się za koguta, żeby zwiększyć szanse kradzieży jajka najważniejszej kury w stadzie).



(Zdjęcia można powiększać, wczytując ich adresy).


Pierwszy Doktor (który udaje, że nazywa się William Hartnell), wygląda na osobę poważną, której straszne są głupie stroje. Okazuje się, że ocenianie po pozorach to najtrudniejsza rzecz pod słońcem, bowiem gdy tylko nikt nie patrzy, Pierwszy przebiera się za Daleka i hasa sobie radośnie po świecie, strasząc wszystkich, którzy wiedzą, że Daleka należy się bać. Na szczęście ktoś z aparatem przyłapał go kiedyś w trakcie chowania głowy, dzięki czemu zachował się wiarygodny dowód.




Drugi Doktor (udający, że nazywa się Patrick Troughton) ma nieco bardziej beztroskie usposobienie. W wolnym czasie przebiera się za pirata, po czym prawdopodobnie spaceruje sobie po ulicach Londynu (no bo przecież nie będzie okradał marynarzy...). Widziano go również w stroju Robin Hooda, gdy wmawiał ludziom, że potrafi zastrzelić żywe stworzenie z łuku, ale bieganie w kapturze po lesie i straszenie turystów każdemu się zdarza, więc nie jest to nic wyjątkowego.


 

Trzeci Doctor (który udaje, że nazywa się Joh Pertwee) ma naturę dandysa, łatwo więc zgadnąć za kogo przebiera się, gdy nikt nie patrzy. Ulubionymi miejscówkami dandysów są stare, opuszczone zamki z tajemniczymi piwnicami pełnymi trumien. Idealne miejsce na zabawę w wampira.

 




Czwarty Doktor (który myśli, że myślimy, że nazywa się Tom Baker) jest kompletnie nieprzewidywalny, dlatego nic dziwnego, że przebiera się w strój, którego nikt się nie spodziewa. Strój nadaje się do hasania po lesie i łowienia ryb w odludnych miejscach, Doctor może więc nareszcie może oddać się swoim ulubionym rozrywkom z dala od ludzi. Ma jednak poważną wadę - mało prawdopodobne, żeby ktoś wpuścił go w takim stroju do sklepu, a to znacznie utrudnia zdobycie żelek.




Piąty Doktor (znany jako Peter Davison) jest skrytym fanem Monty Pythona. Gdy nikt nie patrzy, przebiera się za króla Artura i biega po teatrach brytyjskich, biorąc udział w przedstawieniach Spamalotu (sztuka na podstawie filmu "Monty Python i Święty Graal"). Jest to jedna z nielicznych sytuacji, gdy Doktor może nosić koronę i nikt się z tego powodu nie bulwersuje.


Szósty Doktor (który udaje, że nazywa się Colin Baker) na co dzień przebiera się za tęczę, więc pragnienie anonimowości może zaspokoić niezwykle łatwo. Wystarczy, że ubierze się w coś o ograniczonej ilości kolorów, zasłoni część twarzy i położy sobie na kolanach czarnego kota. Tak mało zmian, a już nikt go nie poznaje (może z wyjątkiem kota. Koty są szczwane, kota nie da się oszukać).



Siódmy Doctor (nazywający siebie Sylvester McCoy) podobnie jak Czwarty, przejawia słabość do dzikiego buszu. Na szczęście słabość nie jest jednostronna - busz bowiem również przejawia słabość do Siódmego. Gdy Siódmy wkracza na teren dziki, wszystkie zwierzątka robią się miłe, drzewa przesuwają się, żeby wpuścić więcej słońca, a opuszczona chata wypełnia się wygodnymi meblami i smacznym jedzeniem. W buszu Doctor znany jest jako Radagast.


Ósmy Doktor (udający, że nazywa się Paul McGann) to stworzenie wytworne. Tak wytworne, że wygląda elegancko nawet prześcieradle pożyczonym z kostnicy. Zdarzają mu się jednak chwile słabości, gdy męczą go docinki niepotrafiących docenić ponadczasowej elegancji osób... przebiera się wtedy za normalnego człowieka. Dzięki temu może przejść przez ulicę bez tłumaczenia kierowcom autobusu, że to rude na jego głowie nie jest peruką, a on nie uciekł z planu Romea i Julii ani z miejscowego szpitala dla obłąkanych. Doktor wtapia się w tłum, nieświadomy, że przyczynia się tym samym do spadku estetyki świata.


Dziewiąty Doktor (aka Christopher Eccleston) bardzo skrywa fakt, iż chciałby wstąpić do Nocnej Straży. Ciemny strój, który nosi na co dzień obudził jednak podejrzenia kogoś, kto przespacerował się specjalnie na północ i przyłapał Doktora na zabawie w strażnika Muru.


 


Dziesiąty Doktor (mówiący o sobie David Tennant) to przypadek Władcy Czasu przebierającego się we wszystkie stroje, które leżą pod ręką i mieszczą się na jego osobę. Nie jest to duży Doktor, więc mieści się na niego całkiem sporo ubrań. W rzadkich przypadkach straszliwej nudy Dziesiąty ubiera się w jaskrawe kolory i obserwuje reakcje przerażonych ludzi, którzy uciekają przed nim w popłochu.



Jedenasty Doktor (nazywany Matt Smith) znany jest jako intergalaktyczny hipster w muszce. Gdy nudzi mu się na Ziemi, przebiera się (podobnie jak Dziesiąty) we wszystko, co mu w łapy wpadnie. Zdarzają mu się jednak gorsze momenty - zazwyczaj wtedy, gdy próbuje ubrać się w dopasowany komplet. Podejrzewam, że przyjął taktykę uznania płaczu dzieci za sygnał, że strój jest wyjątkowo cool.



Romana I (udająca, że nazywa się Mary Tamm) jest najbardziej zrównoważoną osobą z Gallifrey, której zdarzyło się wejść do TARDIS Doktora. Posiada na szczęście osobliwe poczucie humoru, które nakazuje jej od czasu do czasu przebrać się za osobę pracującą. Wszyscy dobrze wiedzą, że ktoś z jej wykrztałceniem nie musi nic robić, ale dzielnemu Fredowi ani trochę to nie przeszkadza i radośnie onieśmiela kucharzy, pokazując im, że wie o gotowaniu więcej niż oni.

 


Master (wcielenie nazywające się John Simm) zapomina czasami, że jest premierem Wielkiej Brytanii ubiera się w sposób budzący szacunek w XVII wieku. Gdy przypomina sobie, że właśnie wcina batonika z XXI wieku, goli brodę i znów wygląda jak dżentelmen-psychopata, i nikt nie ma wątpliwości, że jest dobrym premierem.



River Song (aka Alex Kingston) na ogół jest całkiem rozgarnięta, ale od kiedy obroniła doktorat z archeologii, mylą jej się rodzaje doktorów i czasami orientuje się, że właśnie operuje pacjenta w jakimś szpitalu w Chicago. Na szczęście jako osoba bez wątpienia inteligentna, nie ma zazwyczaj problemów z dokończeniem operacji. Jeśli ma, to maluje usta szminką halucynogenną, całuje wszystkich znajdujących się na sali i szybciutko ucieka przez okno, lądując w basenie TARDIS.



Susan Foreman (lub Carole Ann Ford). Wnuczka Doctora to osoba o tak niewinnym usposobieniu, że chyba nawet nie wie, że można się przebrać za coś innego niż człowiek. Mimo to nieziemskie dziecko przebrane za człowieka też zasługuje na miejsce w notce kostiumowej. Wybiera stroje z takim zaangażowaniem, że prawie można pomylić ją z Ziemianinem.





PS: Fakty, które przytoczyłam nie są faktami. Nie bez powodu wpis znalazł się w kategorii kreatywnej.

PS2: Władców Czasu jest więcej, ale mam wrażenie, że zawartość straszliwej bibliografii Estreichera, która na mnie czeka zaczyna rosnąć i muszę szybko się z nią rozprawić.

Dzień dobry. Chciałam tylko powiedzieć, żebyście nie martwili się tym, co właśnie przeleciało za waszym oknem. To tylko Wilkins od finansów.

Na górze odbywa się posiedzenie rady.

 

 

(Pełna dokumentacja posiedzenia rady tutaj).

czwartek, 25 kwietnia 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis powstał z okazji planowanej na weekend awarii TARDIS ("Journey to the Centre of the TARDIS") i znowu dotyczy Doctora Who (chyba powinnam zamieścić jakieś ostrzeżenie w opisie bloga...). Głównym bohaterem jest jeden z elementów Budki, który uaktywnia się w momentach straszliwych i wydaje bardzo specyficzny odgłos. Nazywa się Cloister Bell, a brzmi tak:




Cloister Bell jest najważniejszym systemem alarmowym TARDIS - dzwonem, którego jeszcze nigdy w serialu nie pokazano. Jego dźwięk rozbrzmiewa od wielu lat w sytuacjach poważnego zagrożenia: dotyczy to zarówno naruszenia bezpieczeństwa samej Budki, jak i reszty świata. Czasami alarmuje również o zagrożeniu samego Doctora (Budka jest niezwykle szczwana i jako jedyna za nim nadąża, jest więc jedyną istotą zdolną do wysłania szybkiego ostrzeżenia w razie nagłej potrzeby). Dźwięk dzwonu jest donośny i charakterystyczny - rozbrzmiewa we wszystkich pomieszczeniach i korytarzach do momentu, aż zrobi się bezpieczniej. Alarm można również uruchomić manualnie, a co za tym idzie, wykorzystać do własnych celów (na przykład żeby zawołać Doctora, gdy ktoś w wystraszy się dużego pająka), ale trzeba się liczyć z tym, że TARDIS ma swój rozum i może nie wpuścić takiego delikwenta do swojego najważniejszego pokoju (zwłaszcza, jeśli go nie lubi). Cloister Bell zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama znajduje się w Cloister Room - centralnym i najważniejszym pomieszczeniu TARDIS. Za czasów Czwartego pokój pełen był zielonych, fotosyntetyzujących obiektów zwanych roślinami i prezentował się całkiem przyjemnie, z kolei w czasach Siódmego i Ósmego przypominał zakurzoną posiadłość bogatego hrabiego Draculi, tudzież innego ponurego typa o szlachetnej prezencji. W Cloister Room znajdowało się m.in. Oko Harmonii, co dodatkowo podnosiło prestiż "pokoju".


Zielona wersja Cloister Room z jednym stałym bywalcem i jednym mniej stałym


Po raz pierwszy dzwon zabrzmiał w "Logopolis" - ostatnim odcinku Czwartego Doctora, a przyczyną jego uaktywnienia był Master we własnej osobie. Wprawdzie na sam widok Mastera powinny włączać się wszystkie alarmy, ale Cloister Bell charakteryzuje się posłuszeństwem wobec inteligentnej Budki i zawsze czeka, aż sytuacja stanie się zupełnie beznadziejna. Tak też było i w tym przypadku - dzwon siedział cicho, dopóki Mistrz nie zaczął bawić się we władcę świata, strasząc biedną TARDIS. Alarm towarzyszył też wielu scenom z "Castrovalvy" (pierwszy odcinek Piątego). Oficjalna wersja głosi, że przyczyną również był Master, ale podejrzewam, że tak naprawdę dzwon wołał o pomoc, ponieważ Doktor po regeneracji stał się najbiedniejszą i najbardziej zagubioną istotą w kosmosie.


Widok, który śmiertelnie przeraził TARDIS.


Z filmu z Ósmym dowiedzieliśmy się, że TARDIS bardzo nie lubi, gdy majstruje się przy Oku Harmonii - powiedziała to w taki sposób, w jaki potrafiła, czyli właśnie za pomocą alarmu. W "The Sound of Drums" znowu wystraszył ją Master, poza tym kilka razy zdarzyło jej się wpaść w histerię, gdy Dziesiąty latał nią po kosmosie jak pijany (Jedenasty nie lepszy, ale wypadek po regeneracji okazał się wypadkiem szczęśliwym dla pewnej Szkotki, więc można mu wybaczyć). Budka kilkakrotnie wspomniała, że nie lubi być uprowadzana ("The Curse of the Black Spot", "The Doctor's Wife"). W "The Waters Of Mars", "The God Complex" i "Hide" mamy okazję usłyszeć, że troszczy się nie tylko o siebie, ale również o Doctora. Gdy życie jej skradzionego złodzieja staje się zagrożone, dzwon szaleje. System alarmowy nie jest idealny (przespał na przykład otwarcie Pandoriki), dzięki czemu łatwo odróżnić TARDIS od bardziej martwych maszyn. Wszystko co żyje, popełnia czasem błędy.




Złowieszcze brzmienie dźwięk zawdzięcza nie tylko okolicznościom w jakich zazwyczaj go słychać, ale przede wszystkim metodzie, jaką go nagrano. Tak naprawdę nie jest to żaden dzwon, tylko rytmiczne uderzanie w gong umieszczony pod wodą. Wymyślił to pewien dżentelmen o wdzięcznym nazwisku Dick Mills.


***
PS: Używam słowa "Budka" jako synonimu dla TARDIS, ponieważ nie znam żadnej innej z podobnym dzwonem. Możliwe jednak, że TARDIS o mniej wyrafinowanych kształtach również go posiadają.

PS2: Mam nadzieję, że zapamiętacie jakiego odgłosu należy szukać w najbliższym odcinku.

PS3: Dedykacja dla Joanny C. (wybaczyłam zepsucie wizji jedynego słusznego dzwona :)

PS4: Więcej takich notek nie będzie, bo przez tą miałam koszmary z popsutymi TARDISkami.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Dzień dobry. Czwarty prezentowany utwór Wings z płyty "London Town" ma tytuł "I'm Carrying" i jest piosenką miłosną (pauza na masową ucieczkę).



Ci, którzy nie uciekli, zostaną nagrodzeni pięknym, prawie Beatlesowym utworem Paula McCartneya. Jest to ballada nagrana przez muzyka, który prawdopodobnie był zmęczony nagrywaniem fajnych rzeczy i usiadł z gitarą na podłodze, rzępoląc sobie dla ukojenia nerwów i śpiewając pierwszy tekst, jaki przyszedł mu do głowy. Bardzo możliwe, że obok Paula siedziała Linda McCartney (czyt. żona), ponieważ człowiek zmęczony zazwyczaj czerpie inspirację z tego, co znajduje się w zasięgu wzroku, więc żeby napisać piosenkę miłosną w stanie zmęczenia, najlepiej mieć adresata przed samym nosem. Z wypowiedzi Paula można jednak wywnioskować, że inspiracją była nie żona, ale była dziewczyna, ale nie warto o tym wspominać, żeby nie smucić biednej, martwej Lindy. Źli ludzie, którzy nie potrafią docenić uroku ballady zarzucają jej, że przypomina "Yesterday". Prawdopodobnie nie wiedzą oni, że jeśli Paul nagrywa coś przypominającego brzmieniem "Yesterday", to fani umierają ze szczęścia i piszą o tym pochwalne notki na swoich blogach. Tytuł utworu nie ma nic wspólnego z dźwiganiem wielkiego brzemienia, jak to się często zdarza w balladach miłosnych. Chodzi o prezent.

Coś ładnego i ciężkiego dla kogoś bardzo kochanego.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis dotyczy dwuczęściowego słuchowiska "Blood of the Daleks" - pierwszego wchodzącego w skład serii "The Eight Doctor Adventures", a przyczyną jego powstania (wpisu, nie słuchowiska) jest odkrycie, którego dokonałam w trakcie słuchania tego cuda (jak ktoś mi to poprawi na "cudu", to wielce się oburzę). Odkrycie wstrząsnęło mną dogłębnie, albowiem kompletnie nie spodziewałam się go po Ósmym Doctorze... raczej po jakimś innym, wyglądającym na potrafiącego wpaść w gniew (tak naprawdę wpaść w gniew, bez zamykania się w pokoju i płakania w kąciku). Odkrycie polega na tym, że nareszcie wiem dlaczego Dalekowie nazywają Doctora "Predatorem". Wszystko przez tego niewinnie wyglądającego Władcę Czasu, który aż do dnia dzisiejszego pławił się w naiwności oceniających po pozorach fanów, dzięki której przez długi czas pozostawał poza wszelkimi podejrzeniami.


Jego podstępne oblicze.


Możecie nie uwierzyć, ale Dalekowie nie lubią Doctora, ponieważ w swoim najbardziej niepozornym wcieleniu przez cały czas, bezlitośnie i okrutnie im cisnął ("cisnąć komuś czyli jechać, obrażać" - miejski słownik slangu). Tak im cisnął, że gdy tylko stało się jasne, że mamy do czynienia z Dalekami, dźwięk głosu Doktora zamienił się w sygnał, aby natychmiast przygotować się na pocisk słowny wycelowany w kierunku biedaka ze Skaro. Cisnął im tak straszliwie, że nie tylko słuchacz, ale również bohaterowie myśleli, że najbardziej poszkodowana rasa to nie ta najechana, tylko atakująca i wyglądająca jak stado pieprzniczek. Sytuacja była jeszcze bardziej tragiczna niż w przypadku zwykłego ciśnięcia, ponieważ Dalekowie (nie pierwszy zresztą raz) stanęli w obliczu problemu czystości własnych genów i

SPOJLER

ekserminowali się nazwajem, skomląc swoimi elektronicznymi głosikami w sposób budzący o wiele za dużo litości.

KONIEC SPOJLERA


Pewnie jesteście ciekawi na czym polegał proces ciśnięcia (a jeśli nie, to być może jesteście Dalekami i już wiecie). Polegał on na wygłaszaniu obraźliwych opinii o Dalekach z wielkim zaangażowaniem - każdemu, kto o nich wspomniał. Tak więc osoba, która pierwszy raz w życiu zobaczyła prawdziwego kosmitę, natychmiast była informowana, że to najbardziej podła i niebezpieczna kreatura w kosmosie, zło samo w sobie, synonim destrukcji i zniszczenia (oj, to chyba to samo)... i tak dalej w tym posępnym stylu. Niektórzy musieli tego wysłuchiwać wiele razy, ale... no właśnie, musieli. Bo Doctor przedstawiał swoje złośliwe argumenty w taki sposób, że nie dało się nie słuchać.




Ósmy prezentuje się jak rasowy dżentelman-romantyk. Mówi w taki sposób, w jaki można wygłaszać poetycką pochwałę samotnego kwiatka pod rozgwieżdżonym niebem. Wyobraźcie sobie, że ktoś wyglądający na dekadenckiego artystę pochyla się z gracją nad kwiatkiem, zrywa go delikatnie, po czym mówi cicho, drżącym głosem: "Ach, kwiecie najdroższy! Uroda twa niczym szyja łabędzia szlachetnego, mieniąca się jak ta tęcza w blasku gwiazd miliardów. Do ostatniego tchu sławić będę piękno twoje nieśmiertelne, lecz pomnij mnie w krainie szczęścia wiecznego, boś odeszła. Dusza twoja uleciała, pieśń niebiańską zaśpiewała". Po czym dekadent-artysta przysiada na kamieniu ze spuszczoną głową, bo mu smutno.

 


Teraz wyobraźcie sobie to samo, ale zamiast monologu podstawcie słowa: "Popełniłem błąd, pozwalając wam żyć! Zarazo wszechświata, potrafisz tylko niszczyć. Nie ma bardziej zepsutych stworzeń od was... źródło wszelkiej nienawiści! Z kim teraz walczycie, podłe istoty? Dla dobra świata powinienem was zniszczyć!". Po czym nie wiadomo czy dekadent przysiada smutny na kamieniu, bo coś wybucha. Tak mniej więcej wyglądało ciśnięcie Dalekom - było na tyle charakterystyczne i bolesne, że bez problemu mogło wywołać zbiorową traumę. Absolutnym przegięciem był moment śmierci jednego z Daleków - gdy

SPOJLER NIEZBYT ISTOTNY FABULARNIE:

biedaczek nie był w stanie wykrztusić "you will be exterminated", więc Doctor podpowiedział mu "you will be", a gdy Dalek po nim powtórzył, przerwał mu i przygadał triumfalnie "and you will not be". Wszystko oczywiście wypowiedziane w stylu dekadenta z martwym kwiatkiem.

KONIEC SPOJLERA NIEZBYT ISTOTNEGO FABULARNIE.

Tymi oto popisami słownymi Ósmy pokazał, że potrafi być nieprzewidywalny i o wiele ciekawszy, niż próbowali nam to wmówić twórcy filmu. No i przede wszystkim - ma charakter.




Zdjęcia Paula McGanna (czyli miotającego pociskami 8) przytulającego Daleka mają za zadanie neutralizować poziom negatywnych emocji.

 
1 , 2 , 3