Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







niedziela, 31 marca 2013

Dzień dobry. Miesiąc się skończył, nadeszła więc pora na przedstawienie nowego bohatera - tym razem spełnia on podstawowy warunek, jakim jest specjalna zasługa dla świata kultury popełniona w tym miesiącu. Różni się on od dotychczasowych bohaterów tym, że jego nazwisko jest w naszym kraju praktycznie anonimowe, podobnie jak twarz (wyjątkiem są fani Being Human i osoby zaznajomione z wyspiarską sceną stand-up. Ci pierwsi przeważnie rozpoznają twarz, a drudzy nazwisko i twarz). Colin Hoult zasłużył sobie na dzisiejsze wyróżnienie jedną małą, epizodyczną rolą w serialu. Mogłoby się wydawać, że coś takiego zasługuje najwyżej na metaforyczne poklepanie po głowie, ale ja tu nie jestem od klepania, tylko od tego, żeby takie odkrycia stawiać na piedestale i informować o nich świat spragniony talentów z niedoklepanymi głowami (to zdanie ma nieco idiotyczną konstrukcję, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi).


Bohater miesiąca.

Rola pana Houlta nazywa się Crumb i pojawiła się w 1, 2 i 4 odcinku czwartej serii Being Human. Charakteryzuje się tym, że jest kompletnie szalona. Szaleństwo to rzecz powszednia i ostatnimi czasy dość popularna, ale zagrane w sposób intrygujący i ciekawy jest zjawiskiem naprawdę rzadkim... Crumb to właśnie taki rzadki przypadek wariata z powołania. W pierwszym odcinku poznajemy go jako Iana Crama - pracownika biurowego na granicy załamania nerwowego, który śmiertelnie obawia się utraty posady. Jego sytuacja pogarsza się, gdy w wyniku wypadku staje się wampirem. Crumb-wampir przeżywa coś w rodzaju długo oczekiwanego załamania i nie ma o tym najmniejszego pojęcia. Przychodzi do biura w zakrwawionych ciuchach (jak to wampir), po czym wpada w szał i obraża się na przerażonych kolegów ze skutkiem śmiertelnym. Wypowiada na głos słowa, aby ułamek sekundy później się ich przestraszyć, a w zamknięciu szaleje niczym stary, poczciwy Jack Nicholson w "Lśnieniu" (tylko bez siekiery rzecz jasna, od siania terroru ma zęby). Crumb nie jest mimo to postacią negatywną - zdarzają mu się przebłyski świadomości, i gdy dostrzega jak wygląda jego nowe, wampirze wcielenie, wpada w całkowicie ludzką panikę i próbuje wszystko naprawiać. Dodatkową ciekawostką jest nerdowaty rys osobowości pana Crumba, który zachwyca się grą RPG "Płonące Orki" z takim entuzjazmem, z jakim wielu sympatycznym ludziom zdarza się krzyczeć Fus Ro Dah na uciekające komary (komar to wróg, komara należy unicestwić). Rola Crumba jest wprawdzie bardzo dobrze rozpisana (oklaski dla Toby'ego Whitehouse'a), ale nie zdziwiłabym się, gdyby podobny efekt udało się osiągnąć zupełnie bez scenariusza - a wszystko to wina świetnego aktorstwa. Colin Hoult gra przede wszystkim twarzą. Potrafi wykorzystać spojrzenie w podobny sposób, w jaki robi to poczciwy Moriarty - Andrew Scott, tylko dodatkowo przyprawia efekt przerażeniem (i to hojnie, bardzo hojnie). Poza tym oglądając go na ekranie można odnieść wrażenie, że aktora naprawdę trzeba czasami zamykać w klatce (takie wrażenia można przeważnie traktować jako przejawy dobrego aktorstwa). A najlepsze jest to, że przy całym tym tragizmie wątek Crumba jest zabawny. Tak poczciwie zabawny, dzięki niemu bez względu na liczbę trupów w niektórych scenach widz ma mniej więcej 90 procent szans na szeroki i całkowicie szczery uśmiech. Czasami można nawet zadławić się ze śmiechu ciasteczkiem i umrzeć, ale i wtedy można zyskać powód do radości, bo nie ma na świecie nic lepszego niż śmierć w trakcie oglądania dobrego serialu (no, może z wyjątkiem oglądania dobrego serialu. I czytania książek. I wielu innych rzeczy).

 

Prawda to oczywista, że szalony wampir musi się uśmiechać.

 

Colin Hoult jest nie tylko panem Crumbem - ma na koncie kilka innych ról telewizyjnych, ale z tego co wiem nie ma wśród nich żadnego innego niezrównoważonego wampira. Jego głównym zajęciem jest za to nie aktorstwo, ale bycie komikiem. Potwierdza to moją teorię, że szalone spojrzenie i talent aktorski często idą w parze z poczuciem humoru. (Ta teoria powstała głównie na użytek mojego własnego, dobrego samopoczucia. Pokładanie się ze śmiechu na pozornie tragicznych scenach albo jest spowodowane przemyconym dyskretnie humorem i zdolnościami komicznymi aktora, albo usterką głowy śmiejącego się). Mam nadzieję, że potencjał pana Houlta dostrzeże jakiś bystry Troll polujący na ciekawe stworzenia na terenie BBC i jeszcze nie raz będziemy mieli okazję stać się ofiarą jego stylu.



 


PS: Wiecie, że Being Human to dobry serial? Tak? Nie? Mówiłam to już? To nic, powtórzę. Being Human to naprawdę świetny serial.

sobota, 30 marca 2013

Dzień dobry. Ktoś mi napisał uprzejmą wiadomość, że będzie czytał ten blog nawet jeśli znajdą się na nim wpisy w stylu "jak prać rzeczy mocno zabrudzone". Nie wierzę, że kogoś może obchodzić pranie rzeczy mocno zabrudzonych, więc żeby się przekonać, napisałam poradnik. Dedykacja dla Marcina, który był autorem tej uroczej uwagi.

Podstawowym warunkiem, który trzeba spełnić, żeby z powodzeniem wyprać rzecz mocną zabrudzoną, jest posiadanie takiej rzeczy. Jestem absolutnie pewna, że "mocne zabrudzenie" ubrania oznacza takie zabrudzenie, które sprawia, że na jego widok mili ekspedienci wyrzucają człowieka ze sklepu, podając dyskretnie adres przytułku. Aby je uzyskać, najlepiej wytarzać się w błocie lub soku porzeczkowym. Można również stanąć blisko czegoś wybuchającego - wtedy ubranie ulegnie usterkom w postaci podpalenia, oraz (przy sprzyjających warunkach) spowoduje upadek nosiciela ubrania prosto w błoto. Ostatecznie wszystko sprowadza się do błota.



Ludzie mocno zabrudzeni.

 

Gdy błoto (i opcjonalnie sok porzeczkowy) znajdują się już na ubraniu, w dodatku wniknęły we włókna tak bardzo, że wygląda, jakby kolor plamy był pierwotnym kolorem ubrania, możemy się ucieszyć, albowiem pierwszy warunek został spełniony. Mamy już mocno zabrudzoną rzecz, którą należy wyprać. A jak wyprać rzecz mocno zabrudzoną? Oto największa tajemnica dnia dzisiejszego, tajemnica spędzająca sen z powiek wszystkim niewinnym biedakom, którym zdarzają się częste upadki w błoto. Żeby pozbyć się mocnego zabrudzenia, należy przede wszystkim upewnić się, że mamy pralkę. Jeśli nie mamy pralki, zaleca się postępować według instrukcji numer 1, a jeśli mamy, to według instrukcji numer 2.

 

Insrukcja numer 1.

Iść do kąta i rozpłakać się głośno, po czym wyrzucić mocno zabrudzone ubranie. Jeśli w pobliżu znajduje się szpital, to można do niego pójść i podmienić mocno zabrudzone ubranie na ubranie jakiegoś pacjenta (tym sposobem mocno zabrudzona rzecz ma szanse trafić do kogoś, kto posiada pralkę).



Duży szpital - dużo pacjentów - dużo fajnych krawatów.

 

Instrukcja numer 2.

-Zlokalizować źródło prądu i podłączyć do niego pralkę.
-Mocno zabrudzone ubranie wpakować brutalnie do wnętrza pralki.
-Nasypać proszek do prania w miejsce, do którego należy wsypać proszek do prania. Polecam wsypać tyle, ile się zmieści, chociaż Pani Doktor na wykładach z chemii organicznej mówiła, że nadmiar detergentu w niczym nie pomoże. Moja sprzeczna z odkryciami naukowymi porada wiąże się z tym, że w przypadku sytuacji skrajnych (a mocne zabrudzenie niewątpliwie jest sytuacją skrajną) wyznaję zasadę "co nie zabije, to wzmocni". Podążając za tą logiką, trzeba się upewnić, że plama zostanie zabita, inaczej jej potęga i siły witalne wzrosną, a wtedy będzie problem.
-(Opcjonalnie) wlać odrobinę płynu do płukania w miejsce do tego przeznaczone. Dzięki temu bez względu na efekty prania będziemy mieli przynajmniej dwie okazje do radości - ubranie będzie bowiem mięciutkie i pachnące.
-Naciskać przyciski znajdujące się na pralce tak długo, aż pralka się włączy.
-Oglądać Doctora Who do momentu, aż pralka skończy prać.
-Po skończeniu prania wyjąć ubranie i sprawdzić, czy zabrudzenie wciąż istnieje. Jeśli nie istnieje, to znaczy, że udało się je wyprać, a jeśli istnieje, to należy postąpić według instrukcji numer 1. Może się również zdarzyć, że ubranie zmieni kolor na biały - nie należy się tym niepokoić. Możecie nie pamiętać, ale taka sytuacja zazwyczaj oznacza, że kiedyś ubranie naprawdę było białe.



(Zdarzyło się to Bernardowi - przetrwał dzielnie).

 

Oto wielka tajemnica prania. Nie ma żadnej innej.

piątek, 29 marca 2013

Dzień dobry. Będę spamować. Okrutnie spamować. Postanowiłam, że w czasie, w którym moja wena twórcza śpi, będę wybierała jedną płytę i dzień po dniu, sukcesywnie ją prezentowała. Szczwaność planu polega na tym, że oprócz znanych utworów będę opisywać również te, o których istnieniu większość śmiertelników nie ma pojęcia (mam nadzieję, że nie zlecą mi się tu hipsterzy). Oczywiście uwzględniam protesty, więc jeśli będziecie mieli serdecznie dosyć, to możecie mi to powiedzieć.

Dziś padło na "London Town" z 1977 roku, a to oznacza, że możecie się spodziewać dużej ilości Paula McCartneya (& Wings). Żeby początek był dobry, zacznę od końca... a tak się złożyło, że koniec jest szkocki.

 

"Mull of Kintyre".




Utwór napisali Paul McCartney i Denny Laine, i jest on wielce sentymentalny. Można pomyśleć, że jest to piosenka miłosna, i wcale nie będzie to dalekie od prawdy - jedyna różnica między standardowymi piosenkami miłosnymi a tą polega na tym, że tutaj obiekt westchnień posiada rzeźbę terenu. Mull of Kintyre to część szkockiego półwyspu Kintyre, słynie z latarni morskiej i fanów w postaci Paula McCartneya z rodziną. Dzięki tej pieśni świat dowiedział się, że naprawdę posiada piękne rejony z latarniami i nietypowymi nazwami, a śpiewanie im piosenek to nie taki znowu idiotyczny pomysł. Oto Sir Paul i Wings w całej swej okazałości:


czwartek, 28 marca 2013

Dzień dobry. Uświadomiłam sobie dziś w momencie, którego nie pamiętam, że blog wcale nie jest bardziej brytyjski od królowej. Nie jest, bo nie ma na nim ani jednego wpisu o pogodzie. Jako że podobno mamy wiosnę, nadarzyła się świetna okazja, aby te braki nadrobić - brytyjska wiosna jest przecież zjawiskiem słynnym na całej kuli ziemskiej. W przeciwieństwie do naszej wiosny, nie wygląda ona tak:


 

Charakteryzuje się za to przede wszystkim intensywnymi opadami deszczu (to najprawdziwsza prawda, intensywnymi opadami deszczu charakteryzuje się na Wyspach każda pora roku). Lubię to stwierdzenie, ponieważ dzięki niemu mogę wyciągnąć pochopny wniosek na temat deszczowej piosenki, oraz uznać, że została ona napisana po to, żeby tysiące Brytyjczyków miało co śpiewać w trakcie czekania na autobus. Mogę również wkleić tutaj tę zacną pieśń i udawać, że ocieka brytyjskością.


 

Dobra, koniec festiwalu udawania. Deszcz brytyjski to wbrew pozorom nie jest specyficzny kawałek wody. Nie różni się niczym od każdego innego deszczu... składa się z kropel, spada z góry i jest mokry. O, rozpisałam to nawet w tabelce (dumna mina samozwańczego naukowca):



Jak widać jest to zwyczajny, najnormalniejszy w świecie deszcz. Jego fenomen polega wyłącznie na tym, że jest go dużo i moczy głowy zacnych ludzi. Tak, tak, wszyscy zostaliśmy poddani masowemu praniu mózgu, ale to przecież nie nasza wina. Mózg ludzki już tak działa, że gdy Rowan Atkinson mówi, że pada deszcz, a za oknem faktycznie pada (no bo pada), to zapamiętujemy to jakoś bardziej, niż gdy mówi to człowiek obdarzony mniejszą charyzmą. Zresztą nie trzeba nawet mówić. Wystarczy, że Stephen Fry przespaceruje się po ulicy z parasolem - już wszyscy wiedzą, że pada (Stephen Fry nigdy się nie myli. To wcielona nieomylność). Po jakimś czasie pamięć kasuje niepotrzebne wspomnienia (takie jak mokra rodzina w sklepie marudząca po chorwacku, że w Polsce pada bardziej niż w Chorwacji), za to pan Fry z parasolem ląduje w specjalnej szufladzie pamięci, aby podtrzymać w świadomości przekonanie, że woda spadająca z nieba jest narodowym atrybutem Wysp. Od przekonania pozostaje już tylko jeden malutki krok, jeden Cumberbatch z mokrą czupryną, żeby nabrać absolutnej pewności, że w innych rejonach świata deszcz pojawia się wyłącznie w charakterze gościa i nie mówi z królewskim akcentem tylko z wrodzonej uprzejmości.




Anglia ma z powodu deszczu całkiem skomplikowane życie. Przykładowo - deszcz zniszczył w kraju społeczne postrzeganie gry w tenisa. Jak uczy jedyny żywy Władca Czasu, pytanie, czy ktoś chce pograć w tenisa jest czymś w rodzaju odpowiednika "znowu pada" (przyczyna jest prosta - gra się pod gołym niebem, a z nieba zawsze pada). To bardzo uprzejmy odpowiednik, który wznosi dyskusję o pogodzie na wyższy poziom kreatywności i dowcipu. Jak można się domyślić, szczytem dowcipu jest entuzjastyczne zabranie się za poszukiwanie rakiety (Monty Python poszedł jeszcze dalej, pokazując, że tenis na świeżym powietrzu może się zakończyć zbiorową masakrą - pod warunkiem, że grę reżyseruje Sam Peckinpah).



(Z okazji kręcenia Sherlocka Benedykt musi mieć do towarzystwa moknącego Martina).

 

Woda zwana deszczem nie tylko komplikuje, ale również inspiruje. Dowód - John Lennon śpiewa o nim piosenki, a panowie z Current 93 (tryb szalenie nieobiektywny ON) również, w dodatku robią to nawet lepiej od Lennona. "When The Rain May Comes" to ballada zaiste wspaniała (tryb szalenie nieobiektywny OFF). Peter Gabriel śpiewa z kolei o czerwonym deszczu - taki na szczęście nie pada (gdyby padał, prawdopodobnie zmieniłby nam atmosferę i musielibyśmy szybciej ewoluować. Żelazo i te sprawy...). Nie zaszkodzi też posłuchać co mają do powiedzenia o deszczu Deep Purple. Ostatni zaprezentowany dzisiaj utwór nie opowiada o deszczu, ale zawiera zapadające w pamięć odgłosy burzy i intensywnych opadów (a teraz wszyscy, którzy zauważyli że to Amerykanie, udają grzecznie, że tego nie zauważyli. W ten sposób wróciłam do początkowego festiwalu udawania - gdzie deszcz, tam cześć i chwała Wielkiej Brytanii).

 

 

Napisałabym jakieś mądre zakończenie, ale muszę jeszcze nauczyć się na rosyjski tekstu o kwartirze. Na ten rosyjski za dwie godziny. Na pamięć (don't panic, don't panic).

Tak więc papa.

poniedziałek, 25 marca 2013

Dzień dobry. Z okazji Internetowego Dnia Życzliwości Zwierza chcę przekazać wszystkim, którzy zaglądają na 221B, że są super i podziwiam ich za cierpliwość. Ja bym nie wytrwała, gdybym miała to wszystko czytać i jeszcze próbować zrozumieć (z tego zdania może wynikać, że nie rozumiem wszystkiego, co tu wypisuję, i wcale nie będzie to wierutne kłamstwo). Jesteście bardzo super. Z głowami pełnymi Daleków, Sherlocków i Monty Pythona sprawiacie, że kultura brytyjska hasa sobie po całym świecie i nie przejmuje się geografią. Dzięki wam biedne, małe osobniki losowo rozrzucone na dużej przestrzeni mogą niespodziewanie ucieszyć się, paść na chodnik szczęśliwe niczym świnia w błocku i wcale nie przejmować się autobusem, który właśnie im ucieka - a wszystko przez to, że rozpoznajecie na ulicach Daleków, gracie w Yellow Car, nie pozwalacie upuszczać bananów i w inny sposób przemycacie do życia wszystkie te cudowne, pełne humoru aluzje do rzeczy ciekawych. Jak będzie dalej praktykować te niecne... no... praktyki, to być może oszukacie rzeczywistość, która nie wiedząc co jest prawdziwe, zacznie być mniej nudna. Tak więc keep being brilliant.

 

Wszyscy.



 

***
O blog się nie martwcie - żyje, ale zapadł w sen zimowy. Zbudzi go pewnie jakiś Doktor.

15:49, adeenah , Inne
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3