Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







wtorek, 31 grudnia 2013

Dzień dobry. Z okazji nadchodzącego roku 2014 życzę wszystkim, aby Sauron pozostał martwy.

Bardzo bardzo martwy.

I żeby nigdy się nie obudził.

Bo widzicie, w Trzeciej Erze dobro jeszcze miało jakieś szanse - były to czasy, w których największą zgubą świata były mały pierścień oraz prawowity król Gondoru. Teraz mamy czasy, w których zgubił się gdzieś cały Gondor, w dodatku istnieje niewielka szansa na to, że popija w pobliskiej gospodzie piwo pod przybranym nazwiskiem*. Poza tym w razie kryzysu nie uratuje świata żaden hobbit, ponieważ hobbici też gdzieś się zgubili. Wszystko to wyraźnie wskazuje, że jedynym korzystnym dla ludzi układem jest utrzymanie Saurona w stanie martwym. Niech więc tak się stanie! (ale na wszelki wypadek bądźcie czujni, nigdy nie wiadomo kiedy villain zapragnie powrócić do życia).

 

Niech was nie zmyli żal w oku - lepiej, aby pozostał martwy.

 


Live long and prosper.


*piwo nie potrzebuje przybranego nazwiska, chodzi o Gondor.

11:51, adeenah , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 grudnia 2013

Dzień dobry. W tym wspaniałym, zimowym (hehe) czasie, gdy wszyscy dbają o swoje blogi i tworzą podsumowania roku 2013, znowu zostałam bezlitośnie wciągnięta w świat Tolkiena, dlatego zaglądam tu tylko na chwilę, aby przypomnieć o pewnej starej, nieśmiertelnej zasadzie. O zasadzie pisałam już kiedyś, a podczas oglądania wędrówki przez Śródziemie ponownie rzuciła mi się w oczy, tym razem podkreślona jasną poświatą. Zasada mówi, że prawdziwy Anglik dobrze wygląda na koniu (i obok konia). Anglikiem, który hasa na koniu po zielonych łąkach Śródziemia i wygląda lepiej, niż fryzura Thranduila jest Sir Ian McKellen, znany jako Gandalf (w tym przypadku Biały). Blask otaczający go nie jest efektem ubocznym magii (jak mogłoby się wydawać), ale wyraźną sugestią,że ktoś wygląda na koniu lepiej, niż cała reszta (niestety nie jestem w stanie powiedzieć ile z tego światła jest naturalnym blaskiem doskonałości Sir Iana McKellenena, a ile dodano na potrzeby podkreślenia tej, która już istnieje). No, zobaczcie sami...





Gandalf dobrze wyglądający na koniu, chociaż prawie go nie widać.

 

Gandalf na koniu emanujący blaskiem doskonałości w ciemnym lesie (właśnie dlatego Drużyna Pierścienia nigdy nie używała latarek).

 

Gandalf wyglądający na koniu lepiej, niż mieszkańcy Kraju Koni (w tle widać króla Rohanu. Pomachajcie królowi ;).

 

A teraz odsuńcie się od monitorów na pięć metrów i zgadnijcie gdzie jest Gandalf.

 

A to dowód na to, że Gandalf wygląda na koniu dobrze nawet, gdy nie widać konia.

 

 

PS: na zdjęciach znajdują się też inni Anglicy (na przykład król), ale ze względu na łunę otaczającą Sir Iana ciężko to dostrzec. Mimo to zapewniam, że gdy w kadrze nie ma Gandalfa, również prezentują się znakomicie.

 

Live long and prosper.

czwartek, 26 grudnia 2013

Dzień dobry. Dziś opowiem o czymś, co niesie nadzieję zrezygnowanym, uśmiech załamanym, rozrywkę znudzonym i przy okazji kopie po głowach snobistycznych kinomanów. Jest to trzecia część trylogii Cornetto pod tytułem The World's End.

 



Na początek parę prostych uwag, które można poznać dzięki opisom dystrybutorów, trailerom i zdjęciom promocyjnym. The World's End to film opowiadający o piątce przyjaciół, którzy wyruszają w trasę po pubach ("Golden Mile"), aby dokończyć to, czego nie skończyli wiele lat temu, w najszczęśliwszym dniu swego życia. Zasada jest jedna - muszą wypić po jednym piwie w każdym z 12 pubów należących do trasy, okoliczności robią jednak wszystko, aby uniemożliwić przyjaciołom dotarcie do ostatniego kufla. Najważniejszymi przeszkodami okazują się dorosłe życie oraz kosmiczne roboty pełne niebieskiej mazi (a konkretnie: pełne mazi w kolorze TARDIS Blue w świetle słonecznym, za czasów dziesiątego Doktora). Tak naprawdę sprowadzanie filmu do tak prostego opisu oznacza krzywdzenie filmu oraz inteligencji samych widzów, a sugerowanie się nim podczas wyboru seansu może się zakończyć cichym szlochem w poduszkę i skrzywionymi uśmiechami - nie jest bowiem żadną tajemnicą, że choć niebieska maź leje się na ekranie w ilościach porównywalnych z ilością bursztynowego napoju, pod litrami płynów kryje się znacznie ciekawsze przesłanie.



 Poniżej raczej interpretacja, a nie recenzja (co i tak nie uchroni was przed spojlerami ;).

 

Przygoda zaczyna się od pokazania spokojnego, ustatkowanego życia czterech muszkieterów i niezbyt szczęśliwego, ale szalonego życia piątego, zwanego Królem. Piąty muszkieter za pomocą podstępu i charyzmy, której nie może oprzeć się nawet samochód z 1990 roku, namawia starych przyjaciół do dokończenia tego, co zaczęli 20 lat temu. Gdy podróż po pubach rozpoczyna się, pojawia się jednak mały problem z odpadającymi głowami - kosmiczni podmieńcy. Twórcy nie ograniczyli się do delikatnych sugestii, tylko uparcie powtarzali wprost, że kosmici są robotami, czyli niewolnikami. Co ciekawe - byli tak postrzegani jedynie z zewnątrz, sami uważali się raczej za istoty wyższe, wypełniające szlachetną misje, niepojętą dla kilku pijanych, ludzkich istot próbujących cieszyć się chwilą. Wystarczy rozejrzeć się na byle jakiej ulicy, aby dostrzec, że roboty nie są jedynie wymysłem scenarzystów. W realnym świecie ich wnętrza nie są jednak niebieskie, a głowy nie odpadają tak łatwo, za to postrzeganie świata i dążenie do zasymilowania nieprzystosowanych jednostek nie ulega najmniejszej zmianie. Mówiąc wprost - roboty to ludzie złapani w wir dorosłości, którym poprzewracało się w głowach. Nauczyciele, którzy nie tolerują młodzieńczego bujania w obłokach, realiści twardo stąpający po ziemi, a także biedacy, którzy zatonęli w wirze pracy, zapominając o swoich dawnych marzeniach. Wszyscy ci ludzie myślą o sobie jako o wolnych jednostkach, przystosowanych do współczesnego trybu życia - nie wiedzą jednak, że "przystosowując się" zgubili gdzieś po drodze ważną cząstkę siebie - tę cząstkę, która umożliwia niektórym ludziom latać, a niektórych prowadzi do bliskiego kontaktu z chodnikiem naprzeciwko pobliskiego baru. Świadomość istnienia tej cząstki stała się impulsem do stworzenia rzeczy wspaniałych. To dzięki niej ludzie brną powoli naprzód zamiast wegetować, i snują wspaniałe plany podążania tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Czasami zderzenie ideałów z rzeczywistością jest bardziej bolesne, niż oberwanie cegłą między oczy (wtedy kończy się na chodniku), lecz mimo to warto o nie walczyć. Zaniechanie walki oznacza śmierć cząstki i dobrowolne zamienienie swojej egzystencji w niewolniczą wegetację. Bohaterowie filmu są przykładem różnych sposobów radzenia sobie z tym problemem: niektórzy poddali się i zatracili swoją cząstkę dawno temu, niektórzy wciąż są sobą, choć robotyczny świat przyciąga ich niczym przeciwnie naładowany magnes, niektórzy pomimo usilnej walki w końcu ulegają i stają się częścią sieci, tylko Gary King jest idealistą, który woli zginąć, walcząc o browara w samym środku inwazji niebieskokrwistych potworów, niż poddać się i zostać jednym z nich. Takie spojrzenie na ludzi stawia do góry nogami budowaną od lat wizję idealnego społeczeństwa, pokazując, że ci, którzy pozornie wydają się najsłabsi i wykluczeni, często są najsilniejsi, a ci, którzy zabrnęli najwyżej na drabinie zbudowanej z bogactwa i kariery, kończą jako puste marionetki z zaburzonym postrzeganiem rzeczywistości. Film nie ma jednak na celu burzenia ładu społecznego, nie nie. Mimo wszystko jest to tylko kawałek rozrywki, która ma jedynie skłonić do refleksji tych, którzy bez względu na sugestywny opis dystrybutora postanowili obejrzeć film uważnie. Nie jest to także nic nowego, w końcu w poprzedniej części trylogii podobną wizję przedstawiono za pomocą żywych trupów atakowanych brutalnie winylami. Tutaj mamy za to do czynienia z ostatecznym zakończeniem problemu błądzenia po świecie potworów. Jest nim apokalipsa.

Niekoniecznie apokalipsa rozumiana dosłownie, kończąca się brakiem zieleni, coca coli w lodówkach i gangami kanibali na ulicach. Apokalipsa może dokonać się w głowie każdego człowieka - wystarczy tylko zburzyć sztywne struktury ograniczające swobodę myślenia i zachowania. Świat wolny od zombie i kosmicznych robotów to świat, w którym nikt nie musi przychodzić na ósmą do pracy, ani sprawdzać twittera co 10 minut (przykłady nie są idealne dobrane, ani zobowiązujące - ogólnie chodzi o świat, w którym każdy może powiedzieć o sobie, że choćby w minimalnym stopniu jest osobą wolną). W filmie doprowadzono tę wizję do granic absurdu, zabijając technologię i zmuszając bohaterów do życia na wzór przodków. Być może każdemu z nas przydałaby się taka mała wycieczka do średniowiecza, ale dopóki mamy sprawne mózgi, możemy mieć nadzieję, że od czasu do czasu uda nam się wyciągnąć wnioski bez cofania się w rozwoju o kilkaset lat.

 


The World's End to ciekawy kawałek kina także pod względem technicznym - nic zresztą dziwnego, w końcu zagrali w nim aktorzy, którzy nie potrafią źle grać (m.in. Simon Pegg, Martin Freeman, Nick Frost, David Bradley, Rosamund Pike, a głosu kosmicznej sieci udzielił Bill Nighty), a poskładany jest wystarczająco charakterystycznie i intrygująco, żeby na scenie zawierającej Alabama Song zakrztusić się orzeszkiem i nie zwrócić na to uwagi (podziękowania wędrują do Edgara Wrighta). Humor jest za to takim samym małym arcydziełem, jak żywy plastik sterowany umysłem, atakujący ludzi w Doctorze Who. Nie każdemu podejdzie, ale jeśli już do kogoś trafi, to może się okazać, że widz oberwie niczym strzałą kupidyna i wyzna dozgonną miłość wyspiarskiemu postrzeganiu dowcipu (film ma formę satyryczną, więc bez zrozumienia dowcipu może być ciężki do oglądania). Na koniec dodam, że według mnie jest to godne zakończenie trylogii Cornetto (na wypadek gdyby ktoś miał wątpliwości, że film wchodzi w skład jakiejś trylogii, na ekranie pojawił się nawet właściwy papierek od loda), do którego pewnie nie raz wrócę.


Nawiązań do poprzednich części jest więcej, niż mogłoby się wydawać.


PS: oczywiście zapomniałam o najważniejszym - film jest kolejnym dowodem na prawdziwość złotej zasady "Take a Brit and dye him black", czyli potwierdzeniem, że czarna farba do włosów została wynaleziona po to, aby ostatecznie skończyć na głowach brytyjskich aktorów i podnieść w ten sposób estetykę świata. Tym razem w roli farbowanego wystąpił Simon Pegg.




Live long and prosper.

wtorek, 24 grudnia 2013

Dzień dobry. Z okazji dnia, w którym rozpakowywane są prezenty życzę wszystkim papierom prezentowym, aby wpadły w ręce ludzi troskliwych niczym komandor Data (uprzejmie proszę o przekazanie życzeń papierom, ponieważ nie mają mózgów i nie mogą przeczytać tego same).

 


Poza tym tradycyjnie życzę wszystkim (nie tylko papierom prezentowym) wesołego tego, co świętują (dziś jest dzień wielu świąt), mnóstwo fandomowej radości i Daleka pod choinką (jest o tym nawet piosenka!).

No i przede wszystkim - live long and prosper.

11:15, adeenah , Inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 grudnia 2013

Dzień dobry. Ze względu na okoliczności (święta, święta!), które sprawiają, że wiele ludzi zapuszcza się w nieznane rejony swych domów w ramach generalnego i nienaturalnie dokładnego sprzątania, pragnę wystosować pewne ostrzeżenie. Bez względu na to, jak bardzo musicie posprzątać kąty, do których na co dzień nie zaglądacie, musicie wiedzieć, że nie wolno tego robić bez należytego oświetlenia. Jeśli będziecie sprzątać kąty bez światła, to istnieje niebezpieczeństwo, że wyjdzie z nich Vashta Nerada i was zje.

 



Vashta Nerada to mikroskopijne robaki zjadające ludzi. Żyje w cieniu, dlatego najlepszą obroną przed nimi jest poruszanie się wyłącznie w rejonie oświetlonym (dobrym pomysłem jest zamontowanie sobie latarki na głowie. Lub kilku latarek). Naturalnym środowiskiem Vashta Nerady są lasy, dlatego w zamkniętych pomieszczeniach często dopada je nostalgia i chowają się w książkach. Porządkowanie książek jest więc najbardziej niebezpiecznym elementem sprzątania, pochłaniającym najwięcej nieświadomych żywotów. Przydaje się także liczenie cieni - jeśli człowiek ma ich więcej niż 1, to albo znaczy, że Vashta Nerada już zaczęła zjadać człowieka i można mu zaśpiewać "Always Look on the Bright Side of Life", albo zamontowano zbyt wiele źródeł światła powodujących zbędną panikę.

Bądźcie dzielni i nie dajcie się zjeść.
Live long and prosper.

 
1 , 2 , 3