Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







poniedziałek, 31 grudnia 2012

Dzień dobry. Dziś mam zaszczyt zaprezentować pierwszą odsłonę nowego cyklu - bohater miesiąca. Zabawa polega na tym, że pod koniec każdego miesiąca wytypuję bardzo brytyjskiego osobnika, który zasłużył czymś na wyróżnienie. Osobnik dostanie krótką notkę z wyjaśnieniem dlaczego zaszczyt kopnął akurat jego, a jego wizerunek będzie wisiał na pasku po lewej stronie do czasu, aż zmieni go kolejny wyróżniony. Postaram się, żeby nagradzani byli prawdziwi ludzie, ale niczego nie obiecuję.

Pierwszym bohaterem jest Martin Freeman. Teraz pora na mały epic fail, bo tak naprawdę jeszcze nie widziałam "Hobbita", ale jak widzicie w niczym to nie przeszkadza (obejrzę za dwa dni, za dwa dni!). Przyczyna jest prosta - nagroda nie wędruje do Bilba-Martina, tylko do Martina.




Martin Freeman jest aktorem, którego znają wszyscy uzależnieni od BBC (wróć - sympatycy BBC). Zdarzało mu się grać małe role trzecioplanowe, zwyczajne role drugoplanowe i arcyważne role pierwszoplanowe. Martin ma na koncie jedną arcyważną rolę, za którą fani uwielbiają go bezgranicznie - DOKTOR JOHN WATSON z "Sherlocka" BBC. Niełatwo dotrzymać poziomu Benedictowi, ale hobbit poradził sobie z tym doskonale. Tak doskonale, że dopiero w trakcie nominacji Martina do BAFTY za rolę drugoplanową dowiedziałam się, że oficjalnie nie jest on drugim bohaterem pierwszoplanowym. Poza tym pomimo dobrego zakończenia drugiego sezonu Sherlocka udało mu się wywołać wielki, zbiorowy lament i żal widzów, ponieważ... Watson był smutny. Do dużych ról można też zaliczyć "Autostopem przez Galaktykę", gdzie Martin wcielił się w główną postać - Artura Denta. Zwyczajne role drugoplanowe to role w stylu Tima z "The Office". Nie porwały tłumów, ale są zagrane przyzwoicie i bez zarzutu. Ostatnia kategoria - małe role trzecioplanowe, potrafi wywołać więcej radości niż arcyważne role pierwszoplanowe. Przykładem jest pierwszy odcinek "Black Books", w którym Martin Freeman pojawił się na chwilę na ekranie jako lekarz, który próbował wydobyć z Manny'ego "Małą Książeczkę Spokoju". To była bardzo, bardzo mała rola, ale zawsze miło zobaczyć znajomą twarz w ulubionym serialu komediowym i ani trochę się nie zawieźć.



Po wielu latach przyzwoitej kariery Martina Freemana kopnął ogromny zaszczyt - dostał rolę najważniejszego hobbita w "Hobbicie" i wyruszył do Hollywood na podbój świata. Kiedy tylko zobaczyłam jego pierwsze zdjęcie na kucyku, zrozumiałam, że będzie dobrym hobbitem. Mało tego, o Bilba również nie musieliśmy się martwić, bo miał go zagrać ktoś, kto jeszcze nigdy nie nawalił (chyba, że o czymś nie wiem ;). Nie widziałam jeszcze filmu, ale obserwuję jednym okiem co się dzieje na świecie, a świat dosłownie głupieje na jego punkcie. Świat podbity przez małego Anglika z BBC. Jestem dumna jak diabli.

I naprawdę nie szkodzi, że nie jest zrobiony z dżemu, kotków i gniewu.


 

PS: Miłego świętowania Nowego Roku! Bądźcie tak dobrzy i nie detonujcie żadnych bomb w Krakowie, naprawdę chciałabym zobaczyć tego "Hobbita" ;)

sobota, 29 grudnia 2012

Dzień dobry. Dzisiejszy wpis poświęcony jest najnowszemu odcinkowi świątecznemu Doctora Who. Pragnę go rozpocząć wyznaniem miłosnym do Stevena Moffata, który jest najwspanialszym Trollem telewizyjnym ever i znowu nam to udowodnił (a dzięki Ninedin ma już swoje hasło w polskiej Wikipedii ;). Gdy ten człowiek czegoś dotknie, to kończy się na histerycznym płaczu fanów oraz szybko pracujących trybikach mózgowych, które próbują zwęszyć podstęp i poskładać go do kupy. To oczywiste, że nie poskładamy podstępu do kupy nie znając wszystkich faktów, które szanowny Troll tak podstępnie nam dawkuje, ale za to radochy jest przy tym co nie miara. Tak było i tym razem. Gdy pięć minut przed końcem odcinka razem z Doktorem zamieniałam się w wielkie Bourito of Sadness, mózg otrzymał przepięknego kopniaka - po części spodziewanego (z powodu sufletów), ale wyjątkowo mocnego. Uwaga, spojlery.




Wypada zacząć od początku, czyli od jednego z wielu zaskoczeń towarzyszącym odcinkowi. Fani na pewno pamiętają jaką porażką był zeszłoroczny Christmas Special - pełen ładnych obrazków i naciąganej treści. Tym razem akcja zaczęła się już w pierwszych minutach, zanim TARDIS wyruszyła wraz z napisami w swoją tradycyjną podróż przez wir czasu. Prawdopodobnie spory udział w odbiorze odcinka miała rozbieżność oczekiwań i tego, co dostałam. Spodziewałam się w końcu niezbyt zgrabnej bajki jak rok temu (lepiej tak, niż sie zawieść. Doktorowy zawód to straszny zawód). Po intrygującym początku zawierającym gadający śnieg, żywą Oswin i uciekającego Doctora nastąpiła nowa czołówka - ewidentnie nawiązująca do starszych serii, kolorowa i... i dobra. Koniec nudy i pożegnań, nadchodzi nieznane! W dodatku baśniowe i kolorowe jak diabli. Jak tu się nie cieszyć? Gdy już zamieniłam się w szczęśliwego pięciolatka, zaczęła się część właściwa. Doktor naprawdę uciekał. To było do przewidzenia, w końcu ile razy można tracić kompanów i udawać, że nic się nie stało... od ponad tysiąca lat godził się ze stratami i ruszał naprzód. Znowu mogliśmy przekonać się, że nasz Władca Czasu jest bardziej ludzki od większości ludzi. Woli zrezygnować ze świata i żyć samotnie ukryty w chmurach, niż zagłuszyć swoją naturę i zwyczajnie przestać się przejmować. To piękna postawa. A ponieważ to najciekawszy wątek odcinka, nie będę psuć wam zabawy i pozostawiam go do refleksji.

 



Clara - tajemnicze stworzenie, barmanka, nowa towarzyszka, Dalek. Dwukrotnie martwa. Nareszcie coś kompletnie nowego. Poznaliśmy juz dwie odsłony nowej towarzyszki i nareszcie dowiedzieliśmy się, że Oswin i Clara to ta sama osoba. Wprawdzie obie nie żyją, poza tym są jednym i się nie znają, ale wielki intelekt najwyraźniej nie może umrzeć, więc lepiej się tym nie przejmować i szybko zacząć zastanawiać się co Troll wykombinował tym razem. Zapowiada się naprawdę zacna intryga, dlatego zacieram ręce z radości i już nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Mam tylko nadzieję, że Clara nie będzie miała zbyt wielu pogrzebów.


 

W odcinku znalazły się dwie godne uwagi ciekawostki. Pierwsza to zimowa mantra fanów "Gry o Tron", aktualna prawie przez cały rok dewiza Starków - "Winter is Coming". Jak nie wierzyć, skoro wszędzie to powtarzają? Chyba trzeba zacząć gromadzić zapasy żywności w puszkach, bo zapowiada się naprawdę niezła zima. Drugą ciekawostką jest Sherlock Holmes. Pan Troll lubi i szanuje wielkiego detektywa, o tym świat wie od dawna. Tym razem jednak  pokazał Sherlocka Holmesa w całej jego klasycznej okazałości, bez smartfona i niebieskiego szalika, za to z twarzą Doktora. Może i nie był to prawdziwy, Doylowski Sherlock, ale najważniejszy warunek został spełniony - pod czapką skrywał się wielki umysł. Musimy teraz mieć się na baczności - wiemy już, że drugi Troll (Mark Gatiss) przemyca Doctora Who do Sherlocka, a teraz doszło przemycanie Sherlocka do Doctora Who. Nie zachwycę się tym połączeniem, bo przydzie rycerz i zbije mnie gumowym kurczakiem po głowie.

Krwiożerczy śnieg to ciekawy pomysł, ale do potworów straszących dorosłe istoty po nocach trochę mu daleko (chociaż głos Iana McKellena zapada w pamięć). Nic nie szkodzi, w końcu w tym odcinku głównym wątkiem nie były bałwany, tylko Doktor. A może Clara? Bez względu na to co było głównym tematem odcinka, trzeba przyznać, że nowa retro-TARDIS jest naprawdę śliczna.


 

A na zakończenie zamieszczam streszczenie odcinka świątecznego w sześciu obrazkach znalezione w ojczyźnie spamu (na facebooku). Gdybym tego odcinka nie obejrzała, to po zobaczeniu tego streszczenia właśnie bym go oglądała ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

Dzień dobry. Gdzieś w Anglii jest sobie Kasia, zwana również panią Krzak. Tak naprawdę powinno się ją nazywać Kate Bush, ale nikt nic nie poradzi na to, że wersja spolszczona ma w sobie tyle uroku, że o właściwej łatwo zapomnieć. No więc... gdzieś w Anglii jest sobie Katarzyna Krzak. Konkretnie w hrabstwie Kent - należy to podkreślić, ponieważ pani Krzak szczyci się swoim pochodzeniem, poza tym Kent to piękne hrabstwo, które zasługuje nie tylko na wzmiankę w notce, ale nawet na własne zdjęcie (na zdjęciu ogród zamku z Sissinghurst). Gdy już wiecie, że w hrabstwie Kent w Anglii żyje sobie pewna pani z charakterystycznym nazwiskiem, pora zapytać - kim ona jest i dlaczego nas to interesuje?

Kasia Krzak interesuje nas niezmiernie, ponieważ jest bardzo specyficzną istotą pełną muzycznego talentu. Posiada również głos, który pozwala jej ten talent uwalniać i atakować nim cały świat za pośrednictwem wszelkiego typu odtwarzaczy muzycznych. Głos Kate znany jest z wysokiej tonacji (zwłaszcza na początku kariery). Niektórzy nazywają go sopranem i wprawiają tym w zakłopotanie osoby, które miały przyjemność słyszeć utwory zaśpiewane w bardziej normalny sposób (to znaczy w taki, w jaki zdarza się śpiewać człowiekowi w sytuacji codziennej, np od prysznicem). Jej utwory często są skomplikowane, rozbudowane i pełne treści, co również często jest przyczyną wielkiego zakłopotania osób, które stykają się z nią po raz pierwszy i spodziewają się schematycznej piosenki. Teksty nie stanowią słownych zlepków zapychających muzycznie puste fragmenty utworów. Słuchając ich nie można oprzeć się wrażeniu, że pani Krzak pisząc je ma w głowie wykrystalizowany konkretny pomysł, a umysł trzeźwy niczym o poranku przed egzaminem. Muzyka pani Krzak jest przemyślana, dobrze poskładana, oraz przede wszystkim - świetnie zaśpiewana. Magiczny głos współtworzy baśniową atmosferę, która jest jednym z najłatwiej rozpoznawalnych elementów muzyki Kate. To właśnie klimat sprawia, że nawet gdyby Kate Bush zadławiła się na scenie ciasteczkiem i zamilkła, przypadkowi słuchacze od razu rozpoznaliby czyj to koncert. Wielu muzyków nie może pochwalić się podobnym osiągnięciem, a ci, którzy mogą, sławieni są pod niebiosa i nazywani wielkimi. Jak widać Kate Bush jest w pewnym sensie istotą wielką... niech was nie zmyli jej drobny wizerunek.




Z damą z Kent wiąże się pewna legenda, znana głównie jej maniakalnym fanom oraz osobom pożerającym łapczywie każdą informację na temat Pink Floyd (bardzo dobry zespół, słuchajcie póki macie głowy na karkach). Legenda głosi, że panna Krzak śpiewała sobie w odludnym buszu pełnym drzew, gdy nagle usłyszał ją przechodzący obok David Gilmour (gitarzysta bardzo dobrego zespołu, którego najlepiej słuchać, póki głowy trzymają się na karkach). Głos Kate unoszący się w powietrzu pełnym świergotu ptaków i szelestu liści tak olśnił niespodziewającego się niczego Gilmoura, że czym prędzej pobiegł do wytwórni, aby poręczyć za nią i załatwić jej kontrakt. O ile historia z lasem jest ewidentnie tylko nawiązaniem do nazwiska, to zauroczenie Gilmoura głosem damy z Kent zostało wielokrotnie potwierdzone. Zdarzyło im się nawet występować na jednej scenie, co jest nieuniknione w przypadku sympatyzujących ze sobą muzyków i jest lepszym źródłem informacji niż nawet wielogodzinne wywiady.

 


Katarzyna Krzak nie jest osobą dbającą przesadnie o swój publiczny wizerunek. Dba raczej o swoją muzykę, niektóre koncerty zamienia w artystyczne widowiska, a ulubione utwory nagrywa od nowa co kilka lat, żeby wciąż brzmiały aktualnie. Niektóre (jak Army Dreamers) są nie tylko przejawem nagłego przypływu weny, ale niosą ze sobą silny przekaz społeczny (AD - antywojenny). Pierwszym i chyba najbardziej znanym utworem Kaśki jest Wuthering Heights na podstawie słynnych "Wichrowych Wzgórz". Utwór ten doczekał się kilku wersji, ale i tak wszyscy wiedzą, że najlepsza jest pierwsza. Jest to powszechnie ceniony twór muzyczny, ale nie doczekał się prawie żadnych coverów, bo większość istot ludzkich ma całkiem poważny problem z osiągnięciem wymaganej tonacji. Drugim znanym utworem damy z Kent jest twór popełniony wspólnie z Peterem Gabrielem (Don't Give Up). Nie brakuje go w żadnym ważnym podsumowaniu muzycznym wszechczasów i łatwo go zaśpiewać, więc raczej nie grozi mu zapomnienie. Jest też Babooshka, no ale kto nie zna Babooski ;) Kate nagrywa do dziś i miejmy nadzieję, że szybko z tym nie skończy, bo całkiem dobrze jej idzie.

Na zakończenie coś pięknego i starego. Niezbyt znanego, ale na to chyba zbyt dobrego.






Wpis dla Edzik :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Dzień dobry. Z okazji wiadomego dnia pragnę wystosować mały komunikat. Drodzy wszyscy - uważajcie na choinki. One zabijają. Pierwszym objawem morderczości choinki jest wirowanie wokół własnej osi, więc jeśli zobaczycie, że drzewko się kręci, to wcale nie znaczy, że chce zostać beleriną niczym jakiś zagubiony Dalek z azylu. To znaczy, że choinka zaraz ruszy ochoczo w waszym kierunku, żeby pozbawić was żywota, dlatego należy czym prędzej uciekać.

 


Drugim ważnym zagrożeniem dnia dzisiejszego są Mikołaje. Mikołaje to nieco bardziej skomplikowana sprawa. Szczególną ostrożność należy zachować, jeśli Mikołaje mają maski oraz instrumenty dęte. Nie jest żadną tajemnicą, że instrumenty dęte służą zazwyczaj Mikołajom do strzelania, wybuchania, miotania ogniem oraz ogólnie pojętego siania terroru i zniszczenia.




Istnieje również wiele poważniejszych zagrożeń świątecznych, ale nie chcę was nimi straszyć, bo i tak nikt nic na nie nie poradzi. Niech wystarczy ostrzeżenie, żeby bardzo uważać, a w razie zaobserwowania dziwnych zjawisk schować się w bezpiecznym miejscu i czekać grzecznie na ratunek (czyt. Doktora). Doszły mnie słuchy, że tym razem głównym zagrożeniem miał być śnieg, ale u mnie za oknem właśnie stopniał, co okrutnie pokrzyżowało mi plany napisania mądrego komunikatu.

Tak więc wesołych świąt/przesilenia zimowego/Jul/Saturnaliów/Szczodrych Godów/ czy co tam świętujecie. Grunt, żeby wszyscy przeżyli.

Tagi: Doctor Who
13:05, adeenah
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 grudnia 2012

Dzień dobry. Nie było końca świata? No pewnie, że był. Po prostu troszeczkę nie wyszedł, bo obrońca Ziemi nie próżnował i znów uratował nam planetę (a my jak zwykle o tym nie wiemy).

 

Obrońca Ziemi, który wczoraj nie próżnował.

 

Uważam, że wczorajszy brak końca świata jest niepodważalnym dowodem na istnienie szaleńca latającego w policyjnej budce po wszechświecie. W dodatku zbliżają się święta (zwane potocznie tradycyjną inwazją) i jeśli nie zjedzą nas kosmici, to będziemy mieli drugi dowód w tym miesiącu. Nieobeznanym w temacie przypomnę tylko, że szaleniec jest stworzeniem przyjaznym dla ludzi, pochodzi z planety Gallifrey i nie jest rudy. Tak więc chwała BBC za uświadamianie społeczeństwa w tak ważnych dla ludzkości sprawach i... nie zapomnijcie zostawić Doktorowi ciasteczek na oknie w ramach podziękowań.

 

PS: Pozdrowienia dla wytrwale szerzącej wiedzę Whomanistyki :)

PS2: Tak, tak, mało literek... bo znowu bawię się w serwis informacyjny.

Tagi: Doctor Who
10:57, adeenah , Inne
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4