Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







sobota, 30 listopada 2013

Dzień dobry. Oto radosna twórczość przedstawiająca kukiełkowego Lokiego. Jest kukiełkowy, ponieważ niekukiełkowego jeszcze nie skończyłam, i jest Lokim, ponieważ najbardziej szczwany bohater filmu zawsze dostaje najwięcej rysunków.

Format A4, czas wykonania: nie mam bladego pojęcia (co najmniej 2-3 wykłady).





Live long and prosper.

piątek, 29 listopada 2013

Dzień dobry. Obiecałam suplement do recenzji Thora: The Dark World złożony z refleksji od czapy, oto i on (recenzja znalazła się wczoraj na facebooku i brzmi: "AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!" plus serduszka). Na początku lojalnie uprzedzam, że jeśli ktoś nie widział filmu, to niech czym prędzej stąd ucieka, bo spojleruję. Nie ma wprawdzie żadnego przepisu prawnego zabraniającego czytania spojlerowych tekstów, ale dla dobra ludzkości zaraz zgłoszę wniosek do Proklamacji Cieni.

SPOJLERY TAKŻE OBRAZKOWE.



Oto refleksje od czapy, czyli rzeczy, których dowiedziałam się oglądając drugą część Thora:

1. W Svartalfheimie jest zasięg.
2. I północ.
3. I mnóstwo butów.
4. O rany, chyba wiem gdzie się podziały wszystkie moje zaginione gumki do włosów.
5. Nigdy nie można z całą pewnością stwierdzić, że coś wymarło.
6. Loki jest fajny.
7. Czy ktoś przypadkiem nie podwędził Romulanom czerwonej materii?
8. Może po prostu mroczne elfy oglądały Star Treka, a ich obsesja na punkcie eteru wyglądającego i działającego podobnie jak czerwona materia (tzn działająca inaczej, ale ostateczne efekty są podobne) to przejaw mrocznego fangirlingu.
9. Ryzyko utraty równowagi w metrze wzrasta, gdy obok stoi nordycki bóg.
10. W trakcie jedzenia śniadania warto odsłonić okno, żeby zauważyć spadającą z nieba istotę w pelerynie.
11. W każdym mieszkaniu powinien znajdować się przyzwoity wieszak na młoty.



12. Czy Loki nie jest przypadkiem rektorem Królewskiej Akademii Szczwanych Planów, o której wspomniał kiedyś szczwany lisek Edmund Czarna Żmija?
13. Jeśli w kryzysowej sytuacji nie zadziała okrzyk "Beam me up, Scotty", to warto spróbować "Heimdall, open the Bifrost!"
14. Nic dziwnego, że ciągle jacyś kosmici uznają ludzkość za beznadziejną rasę i próbują ją zgładzić, skoro prawie nikt nie potrafi usiedzieć na filmie Marvela do końca napisów.
15. Loki jest fajny (a nie, to już było).
16. Jak to nie ma w Anglii znaków ostrzegających przed hasającym radośnie stworem z Jotunheimu?!
17. Ekipa Jane Foster posiada urządzenie, które nie robi ding.
18. Czy Malekith nie jest przypadkiem anagramem słowa Valeyard? A nie, jednak nie.




19. Trzeba być miłym dla kruków, bo inaczej mogą poskarżyć się Odynowi i będzie problem.
20. W razie awarii parasola warto wezwać Thora. Tylko głośno, żeby Heimdall usłyszał.
21. Nie wolno oceniać zawartości głowy człowieka po jego spodniach.
22. Wkurzony elf morderca potrafi docenić wskazówkę na temat korzystnego kierunku przemieszczania się.
23. Mamy kolejne logiczne wyjaśnienie znikających pszczół. Ciekawe tylko dlaczego nikt nie zauważył znikających ptaków.
24. Jeśli z dachu spadają dwie osoby, to trzeba kibicować tej w czerwonej pelerynie.
25. Bohater, który czyta książki najaktywniej używa mózgu.



26. A ten, który ma młot jest najbardziej bohaterem.
27. Za to rozmiar nie ma znaczenia, największy bohater bywa największym mięczakiem.
28. A sukienka nie ma związku z walecznością.
29. Istnieje idealny strażnik. Ma twarz Idrisa Elby i boi się go nawet apokalipsa.



30. W razie spotkania płonącej łódki lepiej nie rzucać się na nią z gaśnicą.
31. Jeśli umiera ktoś z angielskim akcentem, to przed rozpoczęciem żałoby warto na wszelki wypadek poszukać go w okolicy (refleksja pod patronatem Sherlocka).
32. Gniew jest godny zaufania (niestety nie wiadomo co z dżemem i kotkami).
33. Thor wymykał się gdzieś nocami. To jasne, że brał tajne lekcje w Akademii Szczwanych Planów. Skutek był taki, że zadziwił swojego rektora.
34. Gdyby zaczynano wojny od pokonywania największych i najgroźniejszych osobników, być może nie byłoby wojen.
35. Cytat roku brzmi ta-da. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że nie widział filmu.
36. To, że coś się pali nie oznacza, że sprawy wymykają się spod kontroli.
37. Logo Marvela jest cudowne w 3D. Rysowane napisy końcowe też.
38. Sherlockiści mniej płakali na filmie, jeśli stosowali metody dedukcji. To elementarne.




Thor zawiera oczywiście znacznie więcej ciekawostek, dlatego zachęcam do samodzielnego wyciągania wniosków. Poza tym jeśli film wam się podobał, to trwajcie dzielnie w swym przekonaniu i nie dajcie sobie wmówić, że nie był tak dobry, jak wam się wydaje (to już luźna refleksja związana nie z filmem, ale z obecnymi w necie recenzjami).

Live long and prosper.

wtorek, 26 listopada 2013

Dzień dobry. W najbliższym czasie będzie sporo radosnej twórczości, ponieważ przypomniałam sobie jak się trzyma pióro i nadrabiam zaniedbane portrety ważnych bohaterów filmowo-serialowych. Tym razem zaszczytu bycia narysowanym dostąpił elf na łosiu (ale bez łosia) - Thranduil (ważne: to, co znajduje się dookoła jego głowy to nie aureola, tylko naturalny blask doskonałości).

 



Live long and prosper.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dzień dobry. Radosna twórczość! Tym razem przedstawia Lokiego we własnej osobie, który trochę nie wyszedł. Najlepiej nie przyglądać się za bardzo twarzy, bowiem wygląda jakby chciała kogoś zjeść (nie obawiajcie się jednak - dzięki temu, że twarz jest straszna, rysuję kolejnych Lokich, w tym jednego kukiełkowego. Wkrótce zawitają na 221B i równowaga wszechświata zostanie uratowana).

Rysunek A4, czas wykonania: 2 wykłady.

 

 

Live long and prosper.


niedziela, 24 listopada 2013

Dzień dobry. Szanowny Troll Moffat i producent odcinka Marcus Wilson powiedzieli kiedyś, że "The Day of the Doctor" jest listem miłosnym dla fanów, ale nie skupia się na wspominaniu, lecz wywiera wpływ przede wszystkim na przyszłość serialu. Z radością i niemałym zaskoczeniem stwierdzam, że to prawda. Niżej SPOJLERY, STRASZNE SPOJLERY. Bojaźliwi niechaj uciekają, lecz zanim uciekną, niechaj zarejestrują w swoich szlachetnych mózgach, że odcinek rocznicowy jest wart każdej minuty czekania, jaką poświęcili mu fani. A było ich wiele...

 


Elementy listy miłosnego to szczegóły, które sprawiły, fani Doctora Who poczuli się kochani. Są to m.in. Zygoni, obecność wielu ważnych bohaterów na jednym ekranie (10, 11), kolorowy szalik, nabijanie się z powszechnie wielbionego obuwia 10, pokazanie Gallifrey i wiecznie unikanego tematu Wojny Czasu, okulary 10 i 11, ważna rola fezu, Rose (choć nie Rose), Dalekowie w dzikim szale eksterminacyjnym, Tom Baker, wzmianka o Brygadierze, oczy Dwunastki, regeneracja Hurta ze wzmianką o uszach (niestety bez udziału 9), czołówka z 1963 roku, I don't want to go Dziesiątki. Właśnie dzięki tym drobiazgom (dużym oraz małym) w Dniu Doktora zapanowała prawdziwie uroczysta atmosfera. Wpływ na przyszłość ma z kolei przede wszystkim to, że ONI ŻYJĄ (tu miało być mnóstwo serduszek i wykrzykników, ale doszłam do wniosku, że na blogu nie wypada).

 

Główny bohater x3, jego sumienie oraz Clara.

 

Co tam powrót 10, Władców Czasu, Rose Tyler... najważniejsze, że wrócili Zygoni! Są odrobinę mniej gumowi niż w 75 roku, gdy próbowali wystraszyć objedzonego żelkami Czwartego i na ich widok widz nie myśli już tylko o tym, że zaraz zasapią się na śmierć, ewentualnie potkną się i nie będą mogli wstać. Nowi Zygoni charakteryzują się zdecydowanie lepszą koordynacją ruchów, niż ich poprzednie wcielenia, poza tym mają groźne zęby, a ich ryk nie brzmi jak efekt uboczny astmy, przez co łatwo można się go wystraszyć. Nie zapomniano o najważniejszej właściwości Zygonów, czyli zdolności do przybierania dowolnego kształtu. Podejście twórców do tych stworów nie wróży im jednak przyszłości pełnej grozy - wystarczy przypomnieć sobie scenę z koniem, aby zorientować się, że potraktowano ich z lekkim przymrużeniem oka. Według mnie to świetny pomysł - jeszcze tydzień temu nie wyobrażałam sobie, że można stworzyć groźnego Zygona. Teraz już wiem, że nawet jeśli Zygon pozornie jest straszny, to nie warto wpadać w panikę i chować się pod łóżko... znacznie lepiej poczekać, aż się odezwie, albo zacznie udawać królową Elżbietę.



 

Nie ma już Doktora wyklętego. Doktor-Hurt, którego pokazano pod koniec Imienia Doktora był istotą biedną i chowającą się w cieniu wspaniałości pozostałych wcieleń. Doktor zamknął go w najciemniejszym zakamarku swojej głowy i ukrywał nie tylko przed światem, ale także przed sobą. Było to przykre nie tylko dlatego, że czyny popełnione przez Hurta prześladują Doktora od trzech żyć i są przyczyną nieobecności w serialu Gallifrey i Władców Czasu, ale przede wszystkim dlatego, że bez względu na to, jak bardzo przekonująco Jedenasty starał się przedstawić go jako złego i niegodnego imienia Doktora, na ekranie było widać tylko smutnego i skruszonego, ale zarazem pełnego powagi człowieka, który bez wątpienia był kiedyś fantastycznym Doktorem. Jedyną jego winą było zniszczenie Gallifrey, a zrobił to nie w ramach zabawy w Daleka, tylko aby ocalić inne planety przed koszmarem wojny. Podjęcie decyzji było tak trudne i nieuniknione, że niemal czuć ból i skruchę Władcy Czasu. Tak właśnie było do czasu, aż nadszedł jego dzień - moment, w którym dwóch Doktorów nie pozwoliło skazać trzeciego na cierpienie w samotności i wpłynęło na bieg wydarzeń, zmieniając nie tylko własną przeszłość, ale także przyszłość. Nie ma już biednego Doktora-Hurta, pozostał tylko bohaterski Doktor bez numerka i jedenastu innych, bez krwi gallifreyańskich dzieci na rękach. Nie wolno zapominać, że być może odcinek skończyłby się jedynie zaakceptowaniem wojennego wcielenia i wyciągnięciem go z mroku, gdyby nie Clara i jej rewolucyjny pomysł, aby Doktor był doktorem. Jeśli znowu ktoś kiedyś zacznie marudzić, że towarzysze mają za zadanie jedynie stanowić tło podkreślające wspaniałość głównego bohatera, to najlepiej przywiązać go do krzesła i kazać obejrzeć odcinek od początku.

 


Główni bohaterowie są w odcinku gwiazdami tak jasnymi, że nic dziwnego, że fani ogłosili święta i zabrali się za ubieranie choinek. Dziesiąty jest dokładnie tym Dziesiątym, którego znamy - oświadcza się królowej, żeby udowodnić jej, że jest Zygonem, wymachuje jej przed nosem zepsutym urządzeniem, które robi ding, ciągle biega, krzyczy allons-y, choć w pobliżu nie ma żadnego Alonso. Jedyne do czego można się przyczepić to wybitnie niedziesiątkowa fryzura, ale wyjaśniono ją logicznie i w sposób, którego nie można nie wybaczyć. W końcu jak można się gniewać na Doktora za to, że założył na głowę fez? Jedenasty ze swoją muszką, kontrastującym z allons-y Dziesiątego geronimo i konsekwentnym nabijaniem się z butów swojego poprzednika, pomimo ogólnych zachwytów nad swoją wcześniejszą postacią, także jest tym Doktorem, którego znamy. Po raz pierwszy (i mam nadzieję, że nie ostatni) mamy zaszczyt obserwować Doktora-Hurta. Okazuje się, że ten wiecznie chowający się w cieniu osobnik potrafi zachować spokój, gdy rycerze wymachują mu przed nosem ostrymi narzędziami, a jego reakcja na widok przyszłych wcieleń to jeden z najbardziej sympatycznych momentów odcinka. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy byłby z niego dobry Doktor, to z czystym sumieniem może je przegonić i zacząć pisać do Moffata petycję  o stworzenie Hurtowi doktorowego spin-offa. Nie ma także wątpliwości, że cała ta trójka jest jedną osobą. Choć każdy z nich zachowuje się tak charakterystycznie, że żaden Zygon nie zdołałby go podrobić, a ich tok myślenia kreśli własną i zupełnie różną wibbly-wobbly krzywą, to gdy przebywają w swoim towarzystwie, potrafią idealnie się zsynchronizować. Tak idealnie, że można podpisać niektóre gify z kilkoma Doktorami jako "Doktor" i nie zostanie popełniony błąd.

 

Doktor.


W kwestii Rose zgadzam się ze Zwierzem - sumienie Doktora nie mogło wybrać sobie lepszej formy, niż Rose Tyler. Wprawdzie ujawniło się zanim Doktor poznał Rose, ale raczej nie przeszkadzało mu to w wypełnieniu swego zadania. Być może w ten sposób czas zrobił pętlę i sprawił, że Dziewiąty - zrodzony w wojnie i pełen wyrzutów (których w obecnej sytuacji być może nie ma), na widok swego sumienia otoczonego przez żywy plastik bez wahania złapał Rose za rękę i wyszeptał "run" w momencie, w którym najbardziej tego potrzebowała. Clara jak zwykle w formie, w dodatku dzięki przeżyciom z finału 7 serii stała się ekspertem od Doktorów, dlatego w obliczu trzech postaci swego ulubieńca zachowała dyplomatyczną powagę i mogła w pełni nacieszyć się ich obecnością bez wpadania w zbędną histerię. Uroczym puszczeniem oka do fanów jest postać Osgood. Fanka Doktora pokładająca w nim wszelką nadzieję, nie rozstająca się z długim, kolorowym szalikiem i żałująca w pewnych pełnych wrażeń momentach, że nie może sobie zaaplikować porządnej dawki tlenu. Założę się, że można tak opisać większość Whovian oglądajacych ten odcinek - różnica polega na tym, że niektórzy zamiast szalików mieli muszki, fezy albo inne doktorowe akcesoria. Odnośnie Królowej - szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy to nie była para Zygonów. Pewnie Królowa znajduje się na statku i wciąż krzyczy na pozostałych przedstawicieli gatunku pełnego przyssawek.

 

Wygląda na to, że TARDIS w końcu polubiła Clarę.

 

Z obowiązkowych uwag ogólnych przyczepię się tylko do wielowątkowości, ciągłego timey-wimey i ogólnie pojętego, choć podejrzanie uporządkowanego chaosu, który panował w odcinku. Bazinga! (żartowałam, nie przyczepię się). Uwielbiam skomplikowane historie, które naginają prawa paradoksu i sprawiają, że trzy TARDIS mogą stać obok siebie i udowadniać, że TARDIS blue nie jest jednym kolorem. "The Day of the Doctor" zawiera w sobie materiał na kilka odcinków - chwała Trollowi za skompresowanie go i pokazanie w ciągu 76 minut, bez zmuszania nas do obniżania uwagi i skupiania się z nudów na rozpoznawaniu gatunków ptaków czekających na resztki z pikniku Dziesiątego. Jedynym poważnym problemem, który dręczy fanów jest "zatracony" sens żywota nowych Doktorów. Wraz z uratowaniem Gallifrey zniknęło całe poczucie winy, wiele motywacji i problemów, które wpłynęły na rozwój wydarzeń i doprowadziły do tego, że Doktor jest obecnie tym, kim jest. Nie zniszczył Gallifrey, dlatego 10, 11 i Clara mogą nigdy nie znaleźć się we właściwym miejscu i czasie, przez co nie zapobiegną zniszczeniu Gallifrey. To oznacza, że Gallifrey zostanie zniszczona, więc wszystko potoczy się tak, jak się potoczyło, i Doktorzy będą mogli zapobiec zniszczeniu Gallifrey. I znowu... jest to tak wielki paradoks, że podejrzewam, że nawet wszechwiedząca głowa Moffata nie podoła konsekwencjom, dlatego nie będzie tłumaczyć wpływu zmiany historii na poprzenich Doktorów, tylko skupi się na konsekwencjach w przyszłości... a przyszłość chyba nigdy nie zapowiadała się tak interesująco, jak teraz. Oczy Capaldiego w ciągu ułamka sekundy zdradziły, co nas czeka - wraz z końcem odcinka rozpoczęto pewną opowieść, której bohaterem nie będzie już nasza ukochana żyrafa w muszce. Czas na rozpacz będzie jednak w grudniu - dziś Doktor jest bohaterem, a triumfuje odwieczna patronka serialu, zwana zmianą.

 




PS: Dziękuję BBC Entertainment za brak reklam <3

 
1 , 2 , 3 , 4