Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







środa, 28 listopada 2012

Dzień dobry. Kryzys, oj kryzys. A wiadomo, że gdy najbardziej brytyjska blogerka w całym internecie ma kryzys, to na blogu ląduje Dalek albo piosenka. Uczyniłam z tego tak szlachetną tradycję, że nie muszę już nawet używać słów "lenistwo", "brak czasu" ani "znowu nic nie napisałam" (oj, znów to robię).

Dzisiaj jest dzień Daleka, a konkretnie jego anatomii. Dalek jaki jest - nikt nie widzi, ponieważ Dalek zawsze siedzi w blaszanym pudełku. Wyjątkami są nowe krzyżówki genetyczne będące efektem prób udoskonalenia rasy, które zdarzają się Dalekom co jakiś czas, ale eksperymenty genetyczne nie są najlepszymi przedstawicielami gatunku, więc chyba lepiej icj nie liczyć. Jak widać na schemacie - mózg znajduje się w miejscu, który wygląda jak głowa, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. W przeciwieństwie do czaszki. Jeśli ktoś chce rozpłatać Dalekowi czaszkę (nie wolno tego robić), to powinien celować prosto między łapy. To znaczy między to, co z zewnątrz wygląda jak łapy. Prawdziwe łapy znajdują się nieco niżej i trafienie w nie wymagałoby ogromnej precyzji i zdolności widzenia przez dalecki pancerz (wyglądają na małe i ruchliwe). Resztę analizy pozostawiam wam. Zachęcam do przyjrzenia się schematowi, ponieważ nigdy nie wiadomo co z nieba spadnie, a znajomość potencjalnych wrogów zwiększa szanse na wykurzenie tych wrogów tam, skąd przybyli (to znaczy w kosmos).

 

 

Jeszcze jedna ważna informacja dla fanów Sherlocka Holmesa i Beatlesów. Na Sherlockianach  jest pewna Notka, którą natychmiast trzeba przeczytać.

Tagi: dalek
15:59, adeenah , Inne
Link Komentarze (5) »
niedziela, 25 listopada 2012

Dzień dobry. Właśnie sobie uświadomiłam, że Queen nie ma jeszcze żadnego własnego wpisu i zapłakałam rzewnie. Jak zwykle wydaje mi się, że wszyscy myślą tak jak ja, więc żeby uratować ludzkość przed zatonięciem we własnych łzach zamieszczam kilka fragmentów koncertu, który znają wszyscy. Wembley 1986 - występ zawierający m.in. najlepsze queenowe Impromptu i fanów, którzy dobrze wiedzą po co wyrosły im gardła. Nieprzypadkowo piszę o tym akurat teraz - wczoraj minęło 21 lat od śmierci Freddiego Mercury'ego. Jak to zgrabnie ujęła Joanna Ż. na facebookowej stronie, "był częścią wspaniałej Królowej, która na wieki wieków zasiadła na tronie w Rockowym królestwie". Tak właśnie go pamiętajmy.

Po królewsku.



Pogoda jest piękna, otwórzmy więc szeroko okna, podłączmy nasze ulubione głośniki i posłuchajmy muzyki razem ze światem, który próbuje ją zapomnieć. Na początek boska improwizacja. Serio - słyszałam w życiu mnóstwo rockowych improwizacji, ale tego jeszcze nikt nie pobił. Domyślam się nawet przyczyny... jest nią powszechny brak strun głosowych potrafiących wydawać pewne odgłosy w kontrolowanym tempie (o proszę, jak ładnie opisałam utwór, nie zdradzając o nim żadnych informacji).



Teraz drugi wielki moment z udziałem improwizacji wokalnych i małą pomocą widowni. Uważam (i wcale nie żartuję), że powinniśmy strzelać tym nagraniem w kosmos, żeby kosmici nabrali do nas szacunku. To trochę ryzykowne, bo gdyby przylecieli, mógłby ich spotkać zawód... sytuację mogliby uratować jedynie panowie z Pink Floyd, prezentując na żywo coś z klasą, ale znając życie właśnie wtedy będą na siebie śmiertelnie obrażeni. Micka Jaggera musimy związać i trzymać gdzieś w piwnicy, bo gdy zaśpiewa o braku satysfakcji, to goście mogą to odebrać osobiście, a wtedy skończymy z armią wkurzonych kosmitów latających nad głowami. Tak w ogóle najlepiej wywieźć kosmitów do Finlandii na koncert Finntrolla, żeby uciekli z planety w popłochu, nie zauważając smutnego braku swojego ulubionego Ziemianina (póki mamy własne Trolle, planeta jest bezpieczna).




Koncert z Wembley zawiera również prawie 10 minutowy pokaz umiejętności Briana Maya - gitarzysty zespołu. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to trwało 10 godzin... no ale lepiej nie marudzić, tylko słuchać tego co jest.




A to nagranie powinno wchodzić w skład obowiązkowego wyposażenia osób pracujących w pobliżu niebezpiecznych, dzikich zwierząt. Żadne zwierzę nie zaatakuje człowieka w trakcie słuchania "Love of My Life" (ja na pewno bym nie umiała, a przeważnie gryzę bez skrupułów).




Za mało? Tutaj znajduje się pełny koncert.

http://www.youtube.com/watch?v=uh9oUHO2dxE

 

Dedykacja dla Robakowych Sióstr D.

Tagi: muzyka queen
11:18, adeenah , Muzyka
Link Komentarze (8) »
piątek, 23 listopada 2012

Dzień dobry. Zdaję sobie sprawę, że to, co za chwilę zrobię będzie reklamą i w dodatku kogoś obrażę, ale nic nie szkodzi. To, co mam zamiar reklamować znajduje się w Gdyni i propaguje natchnioną wiedzę Pajtonową na temat głupich kroków, a obrażanie wyszło mi przypadkiem i nic na to nie poradzę. Dowiedziałam się o tym od tajemniczego czytelnika (Ar), i bardzo mnie to cieszy - w końcu namiastki Anglii pałętające się po naszym kraju same zaczynają mnie znajdować i nie muszę gonić za nimi jak wściekły pies za kurą (nie wiem, czy istnieje takie powiedzenie... po prostu znam pewnego psa, który kiedyś dorwał kurę).




W sobotę 17 listopada na Skwerze Kościuszki w Gdyni można było natknąć się na grupę ludzi chodzących głupio. To znaczy głupim krokiem. Wymachiwali dumnie nogami i potykali się o płaskie podłoże pod czujnym okiem kamer, chociaż dobrze wiedzieli, że nie dostaną żadnego dofinansowania z ministerstwa. Niestety Głupi Chód nie jest w tym kraju doceniany i nikt nie dostaje dotacji na dopracowanie go (nawet jeśli prezentuje chód naprawdę wyjątkowo głupi). Wszyscy pasjonaci głupiego chodzenia muszą radzić soie sami i rozwijać swoje umiejętności na własną rękę. Rząd nikomu nie pomaga. To nadzwyczaj dziwna okoliczność - zawsze miałam wrażenie, że nasz rząd wspiera wszystko, co głupie. Brak Ministerstwa Głupich Kroków niezmiernie mnie zaskoczył... przez chwilę nawet myślałam, że rząd wcale nie wspiera głupoty, ale szybko mi przeszło. Prawdopodobnie nasi ministrowie po prostu wartościują głupotę i uważają, że głupie kroki nie są równie ważne jak głupie coś innego. Osobiście uważam, że to kompletna głupota - lepiej w końcu chodzić głupio i myśleć w sposób logiczny, niż chodzić niczym łabędź Czajkowskiego i mieć głowę pełną czystej głupoty. No ale nie mnie oceniać priorytety władzy - w końcu jestem jeno obywatelem, w dodatku śpiewam hymny dla królowej. Wracając do tematu głównego - w Gdyni stało się coś dobrego. Odpowiedzialni za to są miłośnicy kina związani z Dyskusyjnym Klubem Filmowym „Pomysłodalnia”. Po prostu, cudownie i odważnie wyszli na ulicę i zaczęli chodzić głupio, zachęcając przy tym przechodniów do przyłączenia się. Efektem tego wydarzenia będzie krótki film odtworzony 29 listopada w Wyższej Szkole Administracji i Biznesu im. Kwiatkowskiego. Od siebie mogę jedynie pogratulować wszystkim, którzy mieli z tym coś wspólnego. Cieszę się, że Monty Python wciąż jest żywy na ulicach i mam cichutką nadzieję, że kiedyś też będę miała szansę natknąć się na ludzi chodzących w nietypowy sposób, po czym radośnie się do nich przyłączyć.

A tu oryginalny skecz.

 

 

PS: to był kolejny wpis zainspirowany przez czytelnika. Czynicie blog szczęśliwym.

czwartek, 22 listopada 2012

Dzień dobry. Dzisiaj opowiem wam o tym jak właściciel pewnego angielskiego antykwariatu niechcący zbrytanizował świat memów. Jest to coś w rodzaju kryptopochwały antykwariatów, która ze względu na to zdanie przestała być "krypto" oraz dowód na to, że nawet internetowy mem może mieć piękną, brytyjską historię, którą można opowiadać wnukom. Chodzi mianowicie o słynne "Keep Calm".


Monty Python.

 

"Keep Calm and Carry On" (pierwsze "Keep Calm" na świecie) to plakat opracowany w 1939 roku na zlecenie rządu brytyjskiego. Miał być wydrukowany w dużych ilościach i użyty do uratowania morale żołnierzy w razie gwałtownego kryzysu (no wiecie... wojna, Hitler...). Tak się szczęśliwie złożyło, że Wyspy nigdy nie miały tak gwałtownego kryzysu, żeby plakaty musiały przypominać komukolwiek o tym, że trzeba zachować spokój. Reszta świata również powinna cieszyć się z tego powodu - kryzys, w którym najbardziej spokojnemu narodowi ktoś musiałby przypominać o zachowaniu spokoju mógłby zachwiać fundamentami społeczeństwa bardziej, niż nam się wydaje.


Cabin Pressure.

 

Biała korona przypomina, kto zaleca zachowanie spokoju - osobą tą jest król Jerzy VI. Oznaczanie plakatów koroną miało sprawić, żeby osoba patrząca na nie nie miała najmniejszych wątpliwości, że są adresowane do kogoś walczącego po stronie króla. Z kolei osoba walcząca po stronie króla patrząc na plakat przypominała sobie, że ma króla pełnego nadziei na dzielny, brytyjski spokój obywateli. Plakat uderzał prosto w dumę i zachęcał do działania. Był czymś, co swoim istnieniem określa pojęcie "plakat propagandowy" i w dodatku maluje w umyśle osoby myślącej o nim wielkiego Union Jacka. Ratunek, o jakim marzą morale całego świata. A jaki związek ma z tym wszystkim mały, angielski antykwariat?


Doctor Who.

Z powodu powszechnego brytyjskiego spokoju i upartego trwania przy swoim plakaty nigdy nie były potrzebne i nie zostały użyte. Te, które zostały wydrukowane, zniszczono, tylko niektóre przechowano razem z innymi dokumentami życia społecznego upychanymi po szufladach drukarni. W 2000 roku jeden z plakatów został znaleziony właśnie w antykwariacie i upubliczniony, a dzięki wielkiej, globalnej sieci zwanej internetem wieść o nim dotarła we wszystkie zakątki świata, podbijając ludzkie serca i nakłaniając miliony do zachowania spokoju i trwania przy swoim. Większość osób, które zetknęły się ze słynnym "Keep Calm and Carry On" nie ma pojęcia, że czytając to należy poczuć się jak żołnierz walczący w imieniu króla o wolność narodu brytyjskiego, a korona wcale nie jest zwyczajnym podkreśleniem siły przekazu zdania.


Pink Floyd.


Zważywszy na historię plakatu - nic dziwnego, że mem oparty na nim jest szczególnie popularny na Wyspach. To właśnie tam najchętniej umieszcza się krótkie dopiski w miejsce "Carry on" i zachęca odbiorców do robienia wielu ciekawych rzeczy. Często są to rzeczy ważne dla Wielkiej Brytanii ze względu na silny przekaz patriotyczny, choć (na szczęście) zazwyczaj brakuje im pompatyczności towarzyszącej przeciętnym patriotycznym hasłom. Sztandarowym przykładem jest wiara w Sherlocka Holmesa. Trzeba wierzyć w Sherlocka Holmesa. "Believe in Sherlock" to hasło, które zdecydowanie zasługuje na zwieńczenie koroną.



Sherlock.


Nie powinno nikogo dziwić, że najbardziej cieszą hasła nawiązujące do popkultury. Doctor Who, Monty Python, The Beatles - to właśnie oni sprawiają, że Wielka Brytnia nie jest jedynie zwyczajnym topograficznym wycinkiem świata. Moim skromnym zdaniem hasła czerpiące z kultury są znacznie lepszym wyznaniem tożsamości niż śpiewanie hymnów, czy noszenie odświętnych mundurów. Kultura w końcu siedzi nam głęboko w umysłach - wpływa na nasze zachowanie i postrzeganie świata. To dzięki niej zwyczajna uwaga na temat solniczki w restauracji może zakończyć się dozgonną przyjaźnią miłośników Daleków, a czekanie w korku pełnym żółtych samochodów nigdy nie jest nudnym przeżyciem. Kultura koloruje nam świat wypełniony kupowaniem bułek i spóźnianiem się na autobus. To, co czai się w naszych głowach jest ważniejsze od rodzaju bułek, które kupujemy albo koloru autobusu, który nam ucieka. Znacznie ważniejsze. Dlatego cytat z Doctora Who jest bardziej brytyjski od (na przykład) nazwy ulicy, na której stoimy - "brytyjskość" to kultura. A "Keep Calm" jest doskonałym darem wojny pozwalającym tę kulturę wyrażać bez najmniejszego wysiłku.

Na zakończenie dam wam radę - starą i bardziej brytyjską od samej królowej.


KEEP CALM AND CARRY ON.


Oryginalny plakat z 1939r.


PS: Jak pewnie zauważyliście, dzisiejszy wpis został ozdobiony popkulturalnymi cytatami. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy znają je i kochają, dlatego podpisałam skąd pochodzą.

PS2: Wpis dla Anny i Joanny, na życzenie. Pamiętajcie - czasami życzenia sprawiają, że na blogu jest więcej liter.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Dzień dobry. Oto ciąg dalszy wczorajszego komiksu.

 

 

A teraz obiecana sztuczka, której nauczyłam się od Stevena Moffata.


CIĄG DALSZY ZA DWA LATA :)

 
1 , 2 , 3 , 4