Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







sobota, 22 lutego 2014

Drogie BBC.

Pragnę oświadczyć, że oficjalnie i w stu procentach obrażam się na Ciebie za anulowanie The Hour. Powód jest następujący: w szoku i straszliwej traumie obawiam się o życie jednego z bohaterów, podczas gdy Ty nie potrafisz nawet rozdwoić Capaldiego na potrzeby drugiego sezonu Muszkieterów. Jesteś bardzo zacną telewizją, która dała nam naprawdę wiele wspaniałości, ale ucinanie dobrego serialu w momencie, w którym większość widzów płacze uważam za czyn niewybaczalny. Tak, NIEWYBACZALNY. Lord Voldemort i jego Avady Kedavry to nic w porównaniu z pozbawianiem świata ciekawych historii. Sytuacja ta jest także całkiem ironiczna, ponieważ The Hour opowiada o losach programu, który sam opowiada ludziom historie. Tytułowe The Hour to właśnie ten program - godzina prawdy, za którą nie raz próbowano zdjąć go z anteny. Drogie BBC, proszę Cię - opamiętaj się. I jeśli znowu przyjdzie Ci do głowy pozbawić nas jakiejś historii, zrób sobie przerwę od kalkulowania wydatków i przyjrzyj się uważnie swemu dziełu. Czasami rzeczywiście warto przerwać produkcję istniejącego serialu, aby dać szansę tym, które dopiero powstają, ale niektóre anulowane twory nie powinny nawet znaleźć się na liście kandydatów do anulowania. Tak naprawdę jestem przekonana, że komuś pomyliły się listy i wywalił najkrótszy tytuł z tej podpisanej jako "nietykalne" (tytuł z 9 nominacjami do BAFTY nie może być przecież tykalny). Wstydź się, BBC.



Live long and prosper,
Adeenah

środa, 19 lutego 2014

Dzień dobry. Ten wpis zawiera teorię spiskową opartą na logicznym rozumowaniu. Otóż odkryłam, że Cybermeni (czyli srebrne blaszaki z Doctora Who) są przodkami Borg (czyli kolektywu ludzi zasymilowanych z maszynami ze Star Treka).


Cybermeni.


A oto dowody:

1. Konwersja Cybermenów polegająca na połączeniu mózgu człowieka z cyber-technologią ewoluuje w kierunku całkowitej asymilacji istot żywych i maszyny. Początkowo wykorzystywano tylko mózg, który podłączano do blaszaka (Cybermeni), a skończy się na człowieku zespolonym z blachami i kabelkami na poziomie molekularnym (Borg). Początki takiego zespolenia można zauważyć na twarzy Doktora w "Nightmare in Silver" i wszystko wskazuje na to, że było ono korzystne dla Cybermenów, a więc kontynuowanie takich praktyk i postępy w tej dziedzinie to jedynie kwestia czasu.

2. Wszyscy Cybermeni zachowują się tak samo, mówią tak samo i wyglądają tak samo. Nie są zbyt inteligentni, dlatego zapewne musi minąć sporo czasu zanim zorientują się, że fizyczne połączenie sił i utworzenie jednego, wielkiego cyber-bytu nie tylko poprawi ich wspólną koordynację, ale także zwiększy siłę i możliwości. Borg to właśnie taka odmiana bystrych Cybermenów, która połapała się, że nad jednostkami trudniej zapanować, niż nad całością.

3. A co mają zrobić Cybermani po przekonwertowaniu na swoich wszystkiego, co żyje w okolicy, gdy nie chce im się wyruszać w poszukiwaniu nowych ofiar? Pozostaje przełączyć się na tryb lenistwa, albo spróbować przekonwertować coś innego. Najlepszym kandydatem jest technologia, która ułatwia życie wszystkiemu, co żyje. Cyberman połączony z komputerem, tosterem, fazerem i suszarką do włosów zyskuje przewagę nad samotnym Cybermanem niepołączonym z niczym. Gdyby tylko Cybermani zorientowali się jak korzystne jest takie eksperymentowanie, nie spoczęliby, dopóki nie udałoby się doprowadzić połączenia do perfekcji. Istnieje ktoś, komu się to udało, a nazywa się Borg.

4. Borg słynie z tego, że potrafi przystosować się do warunków w ciągu zaledwie kilku sekund, dlatego m.in. strzelanie do wielu cyborgów z jednej broni to kiepski pomysł (padnie kilku, a następni dostosują się i uodpornią). Ten aspekt żywota Cybermeni zaczęli już opracowywać, a dowód dostaliśmy w "Nightmare in Silver", gdy Clara zarządziła usmażenie Cyber-armii za pomocą prądu.

5. Biorąc pod uwagę powyższe czynniki, z czasem tempo konwertowania przez Cybermanów nowych form życia powinno nabrać takiego tempa, że mogą przestać nadążać z polerowaniem blachy na stylowe, srebrne wdzianka. Skutkiem ubocznym asymilacji technologii są z kolei różne elementy i kable sterczące w dziwnych miejscach, co znacznie utrudnia utrzymanie gładkiej powierzchni i schematycznego kształtu. Gdyby Cybermani z czasem zyskali trochę inteligencji, to bez problemu połapaliby się, że szkoda energii i środków na zabawę w Iron Mana. W efekcie zostawiliby kable i kawałki sprzętu sterczące ze zasymilowanych nieszczęśników, co dałoby podobny efekt, jak u Borg.

Jedyną przeszkodą jest dość zauważalna głupota Cybermenów, ale gdyby przypadkiem przekonwertowali kogoś mądrego, to sytuacja mogłaby się zmienić w mgnieniu oka.



Na koniec przeurocze zdjęcie kapitana Picarda pozującego z Borg.

Live long and prosper.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Dzień dobry. Ten wpis powstał, ponieważ ktoś zasłużył w styczniu na specjalne wyróżnienie za bohaterskość. Ktoś nazywa się się Amanda Abbington, a znany jest ostatnio z roli Mary Morstan w trzeciej serii Sherlocka.



Osoby nie znające trzeciej serii Sherlocka zapewne zastanawiają się jak można nagradzać za cokolwiek Mary Morstan -  osobę, która ukradła Johna Watsona Sherlockowi, powodując wzrost biedności i samotności detektywa i pozbawiając go głównego kronikarza, po czym zmarła w tajemniczych okolicznościach, dzięki czemu naturalny porządek został przywrócony. Okazuje się, że Holmesolodzy potrafią w tej postaci dostrzec znacznie więcej, niż większość czytelników (którzy często nie zauważają nawet, że Mary zmarła) - i właśnie to tajemnicze "więcej" zostało dostrzeżone i wykorzystane w scenariuszach przez Największe Trolle BBC. "Więcej" zostało świetnie opisane w pewnej notce Sherlockisty, ale nie radzę czytać jej przed obejrzeniem trzeciej serii, ponieważ chociaż notka została napisana dwa lata temu, zawiera prorocze spojlery z finału. Dzięki wyżej opisanym okolicznościom Mary stała się centralną i najbardziej interesującą postacią całej serii, w dodatku - co dla wielu było szokiem - jest naprawdę sympatyczna. Mary w wykonaniu Amandy nie ląduje w grobie w marzeniach fanów, jak to się zdarza z innymi Mary. Mary Amandy podbiła serca widzów i w pełni zasłużyła na własne miejsce na plakatach. Nie chcę tu za bardzo spojlerować, dlatego napiszę tylko, że jest tak niewinnym i uroczym stworzeniem, że przez fabularne wobbly-wobbly z jej udziałem do dziś niektórzy nie znaleźli swojej szczęki. Amanda wyznała, że jej Mary jest, jaka jest, ponieważ padła ofiarą podstępu. Nie miała pojęcia jaki los zgotowały jej Trolle, dopóki nie zobaczyła ostatniego scenariusza (już po nakręceniu pierwszych dwóch odcinków). Takie zagranie ze strony Trolli było ryzykowne, mogło zakończyć się rozpadem spójności charakteru postaci. Wtedy mielibyśmy dwie Mary i zanim byśmy się zorientowali, powróciłaby żądza mordu. Amanda jednak podołała i wybroniła się z klasą.

Poza tym jest ona kolejną przedstawicielką fandomu w szeregach twórców Sherlocka, grasuje m.in. na twitterze i w miejscach publicznych. Z uwagi na ten fakt fani postanowili zrobić jej prezent urodzinowy i 28 lutego zaspamować twittera hashtagami #SherlockiansLoveAmanda. Znając Amandę, na widok takiego prezentu padnie ze szczęścia, ale wcześniej zdąży wrzucić na twittera fotkę z hashtagiem #AmandaLovesSherlockians. Jeśli więc macie twittera, to spamujcie śmiało - niech najciekawsza Mary Watson w historii dowie się, że fandom o niej pamięta.


"Our original fangirl" - Benedict Cumberatch

 

Live long and prosper.

czwartek, 13 lutego 2014

Dzień dobry. Bohater miesiąca tym razem bohaterzy w połowie miesiąca, w dodatku zostaje odznaczony za zasługi styczniowe i grudniowe (i za ogólną wspaniałość), dlatego nie powinien nazywać się bohaterem miesiąca. Ogłaszam go więc bohaterem nie tylko miesiąca i niechaj jego szlachetne oblicze rozświetla boczną szpaltę tak długo, jak tylko sobie życzy. Bohater nazywa się Benedict Cumberbatch, a zasłynął ostatnio z tego, że znowu powalił świat na łopatki grając Sherlocka i dobił jeszcze bardziej jako straszliwy Smaug.


Na początek jak zwykle parę słów o samym bohaterze. Niektórzy uważają, że ma skomplikowane nazwisko - osoby te na widok pełnej wersji ze wszystkimi imionami zapewne doznałyby przegrzania mózgu (pełna wersja brzmi Benedict Timothy Carlton Cumberbatch). Benedict urodził się dawniej, niż wygląda, w samym centrum kraju szczęśliwości (nie w Lindley Hall Farm z Leicestershire, tylko w Londynie). Na sto procent jest człowiekiem, chociaż jego odrobinę kosmicia twarz sugeruje pochodzenie z innej planety. Dzięki edukacji w London Academy of Music and Dramatic Art rozwinął swoje umiejętności aktorskie na tyle, że znaczny kawałek świata zapomniał o hollywoodzkich wzorcach idealnego aktora i walczy na śmierć i życie o prawa do wydrukowania kosmiciej twarzy Benedicta na okładce swojego magazynu filmowego (dla niewierzących - lista zdobytych nagród i nominacji. Nikt nie wie dlaczego nie dostał jeszcze BAFTY, być może to ogólnobrytyjski spisek podszyty obawą, że jak pan Cumberbatch dostanie zbyt wiele nagród, to ukradną go Amerykanie). Pożyczenie Benedicta przed kamerę jest znacznie trudniejsze, niż zaproszenie go na wywiad, czy sesję zdjęciową. Nie wiadomo ile propozycji ról dostaje, ale wiadomo, że jest dość wybredny i nieprzewidywalny w swoich wyborach. Czasami gra legendarnego wroga Federacji hasającego sobie po terenach Klingonów, czasami przepoczwarza się w wielkiego smoka i goni biednego Martina Freemana potykającego się o złoto, a czasami wybiera role charakteryzujące się tak nietwarzową fryzurą, że eksperci od photoshopa muszą dodawać na plakacie niebieskie oświetlenie. Często wciela się w role ludzi wielkich (ma na koncie m.in. rolę Stephena Hawkinga, Vincenta Van Gogha i Juliana Assange'a). Przychylnym okiem patrzy na produkcje BBC (jednemu serialowi jest wierny od kilku lat i nic nie wskazuje na to, aby miał go kiedyś porzucić), a gdy uznaje, że świat kina nie ma mu nic ciekawego do zaoferowania, to zaszywa się w teatrze i straszy ludzi na żywo. Benedict grasuje w BBC nie tylko na ekranie, udziela się także w słuchowiskach. Jest m.in. współwinny umierania ze śmiechu ludzi słuchających Cabin Pressure, a w Neverwhere zamienia się w anioła i przypomina wszystkim, którzy nie czytali Neverwhere, że nie będą szczęśliwi dopóki nie nadrobią książek Neila Gaimana. Warto też wiedzieć, że Benedict Cumberbatch tak naprawdę jest wydrą.

 

Benedict Wspaniały.

 Pierwszy powód wyróżnienia Benedicta nazywa się Sherlock, ma granatowy szalik zawiązany w jedyny słuszny sposób i nie jest martwy. Sherlock Benedicta jeszcze bardziej przypomina kosmitę, niż Benedict sam w sobie. Jest współczesną wersją pana Holmesa, która oparta jest na wybranych cechach charakteru Holmesa kanonicznego, wzbogaconych o parę cech nadanych mu przez Największe Trolle BBC. Uwspółcześnienie Sherlocka za pomocą scenariuszy Trolli i talentu Benedicta okazało się strzałem w dziesiątkę. Fala zauroczenia jedynym na świecie detektywem-konsultantem ze smartfonem w kieszeni okazała się tak wielka, że natychmiast znalazła naśladowców w kraju mistrzów kopiowania scenariuszy - okazało się jednak, że pomimo próby powtórzenia schematu ekscentrycznego Sherlocka Holmesa w charakterystycznym szaliku, niewielu dało się nabrać. "Elementary" (bo o tej próbie mowa) brakuje m.in. dobrych scenarzystów, Londynu i Benedicta Cumberbatcha, który nawet zmutowanemu człowiekowi potrafi nadać cechy osobnika bardziej brytyjskiego, niż sama królowa (jest to jeden z najważniejszych, ale często ignorowanych elementów holmesowatości). Serialowi brakuje też m.in. najbardziej sympatycznego hobbita Śródziemia i Moriarty'ego z szaleństwem w oczach i na całej reszcie twarzy, ale nawet oni nie byliby w stanie uratować serialu, w którym brakuje holmesowatego Holmesa. Ciężko określić czym naprawdę jest holmesowatość. Prawdopodobnie to coś zakorzenionego głęboko w człowieku, co sprawia, że gdy mówi "the game is afoot", to osoby znajdujące się w pobliżu (zwane czasami widzami) zamieniają się w Watsonów gotowych podążyć za nim do najmroczniejszych zakamarków miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Benedictowi się udało. Wykrzyknął "the game is on!" i ukradł serca milionów istnień (oraz tumblr).


Holmes. Sherlock Holmes.

Drugim powodem wyróżnienia jest straszliwy i potężny Król pod Górą - Smaug. Jak pewnie wiecie, Smaug jest smokiem. A Benedict go zagrał. Nie tylko podłożył głos, ale także pozwolił przyczepić sobie mnóstwo dziwnych elementów do twarzy, po czym wyrecytował scenariusz, zachowując się jak prawdziwy smok. Zostawił ekspertom od motion capture nagranie, na które nałożyli animacje pozwalające Peterowi Jacksonowi udawać, że znalazł w Nowej Zelandii wielką, gadającą bestię. Dlatego właśnie ludzie, którzy patrząc w kinie na Smauga widzieli i słyszeli Benedicta są najzupełniej normalni.  Nie wiem tylko jakim cudem ludzie odpowiedzialni za dubbingowanie Smauga jeszcze żyją - jego oryginalny głos powinien dostać międzynarodowy immunitet i specjalne miejsce na plakatach.

 

Tak powstawał potężny Smaug.


Live long and prosper.


PS: niedługo wręczę dodatkowe wyróżnienie za bohaterskość, ponieważ istnieje jeszcze jedna osoba, która zasłużyła na medal.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dzień dobry. Zawsze jest dobra pora, aby przypomnieć o kulturze, dlatego zwrócę dziś uwagę na ważny element ludzkiego zachowania wspomniany w Star Treku. Tak się składa, że siadanie w fotelu kapitana jest czynnością znacznie bardziej skomplikowaną, niż mogłoby się wydawać. Mistrzem kulturalnego siadania jest porucznik komandor Data - zawsze dba on o to, aby istoty przejawiające choćby odrobinę inteligencji nie zostały przypadkiem urażone. Instrukcję siadania w fotelu kapitana według Daty można streścić w trzech punkach:

1. Zainicjować proces siadania.
2. Jeśli ktoś zaczyna coś mówić, natychmiast zastygnąć w bezruchu i wysłuchać co ma do powiedzenia.
3. Gdy osoba mówiąca zamilknie, dokończyć proces siadania.

 

Data demonstrujący proces poprawnego siadania w fotelu kapitana.


Najlepiej zminimalizować w miarę możliwości czas siadania, ponieważ jeśli znajdująca się w pobliżu osoba zacznie mówić w niespodziewanym momencie, gdy siadanie będzie na etapie wiszenia w powietrzu pod kątem utrudniającym utrzymanie równowagi, to nagłe zastygnięcie w bezruchu może się zakończyć bolesnym upadkiem i wstydem na całą Federację.

Live long and prosper.

 

PS: siadanie w fotelach nienależących do kapitana nie wymaga przestrzegania zasad Daty, ale może się przyczynić do budowania pozytywnego wizerunku i przyspieszenia awansu na kapitana.

 
1 , 2