Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







wtorek, 29 stycznia 2013

Dzień dobry. Ludu drogi! Czy kiedykolwiek pragnąłeś posiadać coś majestatycznie powiewającego na wietrze? Czy zastanawiałeś się jak być kolorowym, nie rezygnując z ubierania się na czarno? Czy zimno ci w szyję? Pytania te mają ze sobą wiele wspólnego, dotyczą bowiem jednego, konkretnego obiektu. Obiektu, który oprócz ładnego wyglądu jest również praktyczny - może uratować dumę, honor, a nawet życie. Można wykorzystać go do ukrycia twarzy przed znajomymi, złapać za jego pomocą uciekającego jelenia, schować w nim ściągi na straszliwym egzaminie. Obiekt ten może wyciszyć dźwięk kichania na ważnej konferencji, usztywnić zwichniętą rękę, sprawić, że niewygodne krzesło stanie się mięciutkie. Mało tego, jest bardzo starym, zakorzenionym w kulturze brytyjskiej symbolem przygody i dobrej zabawy. Jedyna jego wada polega na tym, że czasami można go przydepnąć (lub mogą to zrobić spotkane przypadkowo, złośliwe osobniki), co zazwyczaj kończy się upadkiem... ale upadki są przecież treningiem dla charakteru, więc nie ma tego złego.

Pewnie większość z was już wie, o czym mówię. Wychwalanym tu obiektem o wielu zastosowaniach jest szalik Toma Bakera.



Dzisiejszy wpis niesie ze sobą optymistyczne przesłanie - na tym świecie żyją dobrzy ludzie. Dzięki nim nie musimy zatrudniać się w kopalni i pracować po nocach, żeby zarobić na oryginalny szalik. Możemy zrobić go własnoręcznie za pomocą drutów i kilku kolorów włóczki. Po sieci krąży wiele wzorów i schematów opisujących układ i szerokość kolorowych pasków (bez których szalik nie będzie Szalikiem). Najbardziej kompletna pod względem informacji jest ta strona. Jak widać szalik oryginalny jest 7 kolorowy.




Proporcje rozpisane są dobrze np. tutaj: http://www.doctorwhoscarf.com/pdf/original.pdf

Niech was nie zniechęca brak umiejętności. Piszę to ja - osoba, która właśnie próbuje się nauczyć trzymać druty. Wprawdzie podejrzewam, że nauka takich strasznych rzeczy tylko po to, żeby wydziergać szalik z serialu jest przejawem nerdyzmu i okropną stratą czasu, ale to nic, bo właśnie takie nie do końca potrzebne w życiu zajęcia dają najwięcej radości (a zrobienie czegoś własnoręcznie jest nawet lepsze niż podrzucanie jabłek). Nie zniechęcajcie się więc i dziergajcie - internet pełen jest samouczków stworzonych dla ludzi, którzy nie wiedzą nawet czy połowę drutów nazywa się drutem.

sobota, 26 stycznia 2013

Dzień dobry. Ten wpis ma wielkie aspiracje - chciałby zostać poradnikiem dla osób, które zetknęły się z klasycznymi seriami Doctora Who i chciałyby dowiedzieć się o nich czegoś bez zbytniego nadwyrężania własnych nerwów i cierpliwości. Opiszę tu krótko cóż to takiego jest, jakie problemy mogą mieć z serialem potencjalni widzowie (i jak sobie z nimi poradzić) oraz dlaczego nie warto uciekać w panice po konfrontacji z najczęściej oglądanym, pierwszym odcinkiem. Doctor Who to serial bardzo stary, w tym roku będzie obchodził 50 lecie istnienia. Klasyczne serie obejmują wszystko, co nakręcono przed rokiem 2005 (wtedy nastąpiło wznowienie, Doktor otrzymał twarz Christophera Ecclestona, świat oszalał). Pomimo przerwy i wielu różnic między seriami klasycznymi i nowymi, jest to ciągle ten sam serial. Doktor jest tym samym Doktorem, świat rządzony jest takimi samymi zasadami i obfituje w te same stworzenia. Główną różnicą jest forma i budżet, co wcale nie powinno stanowić tak wielkiej bariery dla widzów, jaką niestety stanowi.


Nie mam pojęcia, dlaczego nie miałabym zacząć wpisu od zdjęcia tych trzech radosnych paszczy.

W przeciwieństwie do tego, do czego przyzwyczaiły nas wznowione serie, początki są widowiskiem niemal teatralnym. Fabuła jest na tyle prosta, że spokojnie można posadzić przed telewizorem człowieka w wieku malutkim i nie martwić się, że nabawi się dożywotniej traumy, i jednocześnie na tyle oryginalna, że dorosłym i zupełnie niegłupim ludziom zdarza się śledzić ją z zapartym tchem (nawet jeśli dobrze widać, że gigantyczna mrówka jest plastikowa). Początkowo serial miał pełnić funkcje dydaktyczne - Doktor podróżował w miejsca o ważnym znaczeniu historycznym i na każdym kroku udowadniał potęgę nauki. Dziecko wychowane na Doctorze Who miało więc szansę zostać historykiem-pasjonatem lub szalonym naukowcem - oba wyjścia gwarantowały wyrośnięcia małego człowieka na osobę używającą mózgu z własnej woli i z wielką przyjemnością. To zaszczytna misja, jednak szybko okazało się, że dzieci najbardziej cieszą się na widok Daleków, a epizody sf są znacznie bardziej popularne niż historie powstałe, żeby uczyć. Wtedy twórcy zmienili nieco koncepcję, skupiając się bardziej na świecie, który stworzyli, a mniej na oprowadzaniu widzów po piramidach. Serial zmienia się cały czas, ale nie przeżył więcej żadnych dramatycznych zwrotów koncepcji. W centrum fabuły do dziś znajduje się dwusercowy Gallifreyanin latający po wszechświecie, i do dziś dźwięk zaciągania TARDIS-owych hamulców oznacza nową przygodę w znanym, ale ciągle zaskakującym świecie.



Ważną różnicą między starymi i nowymi seriami jest organizacja odcinków. Większość starych epizodów składa się z kilku części (od jednej do nawet kilkunastu), a każda część trwa około 20 minut. Na przykład "Genesis of the Daleks" oznacza się jako odcinek 78, a w jego skład wchodzi sześć 20 minutowych części. Główną atrakcją części są ich końcówki, które zazwyczaj oznaczają całkiem wredne cliffhangery. Odcinek mógłby wprawdzie być jedną długą częścią, ale co to za zabawa, gdy nie przerywa się w trakcie spadania bohaterki z wysokiej wieży. Krótki czas trwania odcinków (to znaczy ich części) sprzyja oglądaniu w czasie, w którym człowiek uważa się za zajętego (na przykład w autobusie, kolejce w urzędzie, przerwie między wykładami, w czasie gotowania makaronu). Dzięki temu można przypadkiem odkryć - i to bez wchodzenia do TARDIS - że dzień zawiera więcej czasu.



Klasyczne serie Doctora Who dotknęło pewne nieszczęście. W latach 60 BBC często wykorzystywało taśmy wielokrotnie, co oznaczało nagrywanie nowych treści na inne. W ten sposób utracono wiele odcinków, które po latach zaczęto rzewnie opłakiwać oraz rekonstruować. Rekonstrukcje powstają dzięki zachowanym scenariuszom, zdjęciom z planu i amatorskim nagraniom, zazwyczaj jest to jedynie dźwięk, któremu towarzyszy kilka fotografii. Najbardziej ucierpiał drugi Doktor - Patrick Troughton (ciekawe stworzenie wyglądające niczym mroczny Bitels z fletem). Niektóre rekonstrukcje zasługują na pochwałę - dzięki pomocy i zaangażowaniu ludzi tęskniących udało się odzyskać np. tak znaczące sceny jak pierwsza regeneracja Doktora. Strata jest mimo wszystko nieodżałowana, a biedny Drugi praktycznie nieobecny.

 

 

Jest jeszcze jedna ważna sprawa, która może utrudniać niektórym odbiór serialu - brak tłumaczenia. Minęło wiele lat, a jeszcze nikt nie podjął się tłumaczenia całości na język polski. Dla osób, które mają problem z oglądaniem zagranicznych produkcji bez tłumaczenia mam trzy dobre wiadomości:
1. To nie jest serial amerykański, więc większość ludzi mówi zrozumiale.
2. W serialu występuje multum różnych stworzeń, kosmitów i kreatur, które niełatwo określić - większość z nich mówi z akcentami niespotykanymi na świecie, a ich różnorodność przebija nawet to, co da się usłyszeć na ulicach Londynu. Słuchanie niektórych z nich to prawdziwy miód dla uszu i odpoczynek od tradycyjnej mowy... jednak niektóre akcenty mogą być problemem dla osób nieprzyzwyczajonych do tego typu dziwactw. Dlatego właśnie istnieje punkt 3.
3. Napisy angielskie. Istnieją, są dobre, poza tym łatwo je znaleźć (sprawdziłam kilka do losowych odcinków z różnych serii, więc mogę za nie ręczyć i w razie problemów służę pomocą). Napisy ułatwiają zrozumienie niektórych kosmitów i Szkotów.

 


A teraz ważne i oczywiste zdanie - Doctor Who jest starym serialem science fiction. Zdanie jest ważne, ponieważ odzwierciedla cechę serialu, która rzuca się w oczy w pierwszej kolejności - efekty specjalne. Nie da się ukryć, że kostiumy z lat 60 i 70 mogą niektórych przyprawić o ból głowy. Mnóstwo folii, papieru, laserów i kiczowatych odgłosów. Obcisłe kostiumy Cybermanów wołają o pomstę do nieba, a "nowe technologie" mogłaby bez problemu odtworzyć w swoim domu większość widzów. Być może właśnie to jest jedna z przyczyn, dla których serial jest kierowany głównie do dzieci - nie ma bowiem na świecie istot z bardziej rozwiniętą wyobraźnią. Dzieci nie obchodzi ile papieru zużyto na zrobienie odwłoku gigantycznej mrówki, ani że głowa przedstawiciela Sontaran jest niedokładnie pomalowana. Mały widz angażuje się zupełnie w to, co widzi i gigantyczna mrówka jest dla niego gigantyczną mrówką bez względu na to, jak bardzo rzuca się w oczy tworzywo, z którego powstała. Wyobraźnia jest również kluczem do zrozumienia popularności serialu wśród dorosłych. Oglądanie czegoś takiego oznacza zgodę na ignorowanie tego, co widzą oczy i tymczasową dezaktywację części mózgu odpowiedzialną za ocenę realizmu. Wtedy władzę przejmuje wyobraźnia, a świata rządzonego przez wyobraźnię nie zniszczy nawet najbardziej kiczowaty kostium. To jest nasze najwspanialsze prawo - nie musimy zgadzać się na nudną egzystencję, w każdej chwili możemy olać całą logikę i uciec do świata niemożliwości. Być może to po prostu objaw postępującego zdziecinnienia, ale jak to ujął Czwarty - jaki jest sens w dorastaniu, jeśli nie można czasem zachowywać się dziecinnie?



Warto zwrócić uwagę na sceny walki. Są okropne. Serial uczy, że najstraszliwszym atakiem jest złapanie ofiary potężnymi łapskami za ramiona. Ofiara w takiej sytuacji robi cierpiącą minę, krzyczy i osuwa się na podłogę. A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Sceny walki są odegrane z takim zaangażowaniem, że my - widzowie przyzwyczajeni do znacznie większej dawki realizmu, krzyczymy razem z bohaterem i rozlewamy w panice herbatę. To oznacza tylko jedno - serial jest naprawdę dobrze zagrany. W bardzo specyficzny i często teatralny sposób, ale dobrze i przekonująco. Z czasem poziom realizmu rośnie (tak samo jak w przypadku kostiumów), ale oglądając wszystko po kolei wydaje się to raczej naturalnym zjawiskiem. Przyzwoite aktorstwo sprawia, że coś, co powinno być kompletną porażką, okazało się wyjątkowe. Spory udział w odbiorze serialu ma mentalność widza - Doctor Who to twór brytyjski, pełen absurdu i dyskretnego humoru. Osobniki odporne na wyspiarski humor raczej się nie ubawią na widok częstowania kosmitów żelkami.



Jeśli o aktorstwie mowa, to najwyższa pora przedstawić głównych bohaterów - Szanownych Panów Doktorów. W starych seriach jest ich 8. Stanowią galerię ekscentrycznych charakterów, z których każdy jest na swój sposób inny. Każdy ma swoje specyficzne dziwactwa (tj. noszenie świeżego warzywa przy ubraniu), a aktorzy, którzy wcielili się w ich role reprezentują mniej więcej równy poziom. Jedni zapadli w pamięć bardziej (Czwarty), jedni mniej (Ósmy), mimo to wszyscy zasługują na uznanie, bo odwalili kawał naprawdę świetnej roboty. Gdyby nie oni, serial byłby tylko jednym z wielu. Charakterystykę Ośmiu można przeczytać w wielu różnych miejscach, do których prowadzą google, lub w notce, którą być może kiedyś napiszę.




Zaraz, zaraz... to nie tak, że w Doctorze Who zagrało ośmiu dobrych aktorów, a reszta wiła się w tle oślepiona ich wspaniałością. Główny bohater zawsze był w centrum uwagi, ale na ekranie przewinęło się całkiem sporo ciekawych osobistości. Pamiętajmy, że Doktor zawsze podróżował w towarzystwie. To temat, o którym należy powiedzieć wiele, dlatego kwalifikuje się na kolejny wpis... wspomnę tylko o cudownej Elisabeth Sladen, która zagrała Sarę Jane Smith. Ta urocza dama zdobyła tylu fanów, że doczekała się nawet własnego spin-offu ("Przygody Sary Jane").



Drugim głównym bohaterem (obok Doktora) jest świat. Jest to dokładnie ten sam świat, który znamy z nowych serii. Dalekowie praktycznie nie zmienili się od 1964 roku, Budka zmienia od czasu do czasu jedynie wystrój. Dopiero po obejrzeniu serii klasycznych można dostrzec jak bardzo podobne są one do nowych. Co jakiś czas pojawiają się bohaterowie dobrze znani z przygód np. Dziesiątego (jak Davros, Mistrz...). Piszę z perspektywy kogoś, kto najpierw obejrzał nowe serie, bo szczerze mówiąc tak właśnie zrobiłam. Nie miałam wtedy pojęcia, że to nie jest jedynie serial nawiązujący do starego, tylko prawdziwa kontynuacja. Wszystkie serie DW stanowią całość - to powinna być mantra powtarzana we wszystkich recenzjach. Ciekawostką jest istnienie innych Władców Czasu, które może doprowadzić nieświadomego widza do zawału.


 

Teraz ważne pytanie - od czego zacząć? Przygodę z Doctorem Who najlepiej mimo wszystko zacząć od nowych serii. Przyczyn jest wiele - choćby taka, że starych odcinków jest bardzo dużo, a to odwleka w czasie zapoznanie się z nowymi, które trzeba znać bez względu na wiek, pochodzenie, rasę, status społeczny i gatunek. Jeśli chodzi o te stare, to istnieją dwa wyjścia. Najbardziej oczywiste wydaje się oglądanie od samego początku, ale to oznacza szybkie dotarcie do punktu krytycznego, który może zniechęcić nawet najbardziej zatwardziałych fanów... zaginione odcinki. Najlepiej je pominąć i wrócić do nich później - to ciężki to przegryzienia element serialu, do którego miło wraca się po obejrzeniu wszystkiego. Ale co jeśli poczciwy staruszek (tzn Pierwszy) zniechęci potencjalnego widza? Wtedy widz straci najlepsze lata i przygody, nigdy nie dowie się o istnieniu Toma Bakera i nie pozna zagadki Warzywa. Dlatego polecam inne wyjście (za które niektórzy fani mogą mnie zjeść) - oglądanie od 12 sezonu. To serie Toma Bakera, Czwartego, Doktora nad Doktorami. Władcy Czasu, który m.in. uczynił szaliki przedmiotem kultu, spopularyzował żelki i wpłynął na kształt fryzury Boba Dylana. Po obejrzeniu serialu do końca w takim trybie radość będzie ogromna, gdy widz przypomni sobie, że zostały mu jeszcze sezony z trzema pierwszymi Doktorami.


 

Jak przystało na serial o podróżniku w czasie, Classic Series to coś, co może nam taką podróż umożliwić. Serial jest kręcony od 50 lat, na bieżąco dokumentuje zmiany i postęp technologiczny. 1982? Nie ma problemu, wystarczy odpalić serie z Davisonem. I choćby nie wiem co, nie wolno zapominać, że Doctor Who to przede wszystkim największa pochwała wyobraźni w historii telewizji.

czwartek, 24 stycznia 2013

Dzień dobry. Lenistwa ciąg dalszy.

Jest sobie utwór. Został nagrany w 1970 roku przez znany zespół rockowy i trwa 7 i pół minuty. Zespół znany jest głównie ze Schodów do Nieba, czego kompletnie nie rozumiem, bo zdarzało mu się popełnić o wiele lepsze rzeczy. Przykładem takiego niedocenianego tworu żyjącego w cieniu Schodów jest "Since I've Been Loving You". Słuchanie tego jest prawdziwą torturą dla osób, które próbują grać na gitarze i kompletnie im to nie wychodzi... może wpędzić w kompleksy nawet kogoś, kto ma o swoich umiejętnościach całkiem wysokie mniemanie. Technicznie nie jest to nic powalającego, Jimmi H. ze swoją zapalniczką uśmiecha się pewnie kpiąco z miejsca, w którym go zakopano... to raczej wirtuozeria powolna i nastrojowa (ale nie aż tak powolna, żeby zasnąć). Robert Plant na wokalu spisał się dobrze, ale on tak zawsze, więc nie ma co się dziwić. Reszta tak samo. Zespół to oczywiście Led Zeppelin. Ja tu gadam, a wy czekacie... oto i utwór, in all its glory. Niech będzie pochwalony Jimmy Page.

 

wtorek, 22 stycznia 2013

 

Dzień dobry.

Ukrzyżowanko?

Dobrze.

Przez te drzwi, kolejka na lewo, jeden krzyż dla każdego.

Następny!

...


 


Dla największej fanki ukrzyżowanka - Sir Siostry. Chciałam napisać coś bardziej kreatywnego, ale dialog jest tak piękny w swej prostocie, że aż żal go psuć.

PS: ogłaszam dni pustki z pewnej straszliwej przyczyny. Z takiej przyczyny. Dni pustki potrwają prawdopodobnie do końca tygodnia, a ja w tym czasie będę strasznie biedna (na szczęście do drzwi mam daleko, a po lewej ściana, więc raczej się nie ukrzyżuję).

11:42, adeenah , Inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 stycznia 2013

Dzień dobry. Dzisiejsza notka jest niewidzialna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda, że wspaniała? Naprawdę długo nad nią pracowałam... mam nadzieję, że docenicie mój wysiłek. Możecie nawet uronić jakąś łezkę (tak, wiem, zakończenie było wzruszające).

Wpis dedykowany pelerynie niewidce.

 
1 , 2 , 3