Blog bardziej brytyjski niż sama królowa.







Blog > Komentarze do wpisu

Wzruszająca historia walki o browara w centrum inwazji kosmitów, czyli co się wydarzyło na Końcu Świata.

Dzień dobry. Dziś opowiem o czymś, co niesie nadzieję zrezygnowanym, uśmiech załamanym, rozrywkę znudzonym i przy okazji kopie po głowach snobistycznych kinomanów. Jest to trzecia część trylogii Cornetto pod tytułem The World's End.

 



Na początek parę prostych uwag, które można poznać dzięki opisom dystrybutorów, trailerom i zdjęciom promocyjnym. The World's End to film opowiadający o piątce przyjaciół, którzy wyruszają w trasę po pubach ("Golden Mile"), aby dokończyć to, czego nie skończyli wiele lat temu, w najszczęśliwszym dniu swego życia. Zasada jest jedna - muszą wypić po jednym piwie w każdym z 12 pubów należących do trasy, okoliczności robią jednak wszystko, aby uniemożliwić przyjaciołom dotarcie do ostatniego kufla. Najważniejszymi przeszkodami okazują się dorosłe życie oraz kosmiczne roboty pełne niebieskiej mazi (a konkretnie: pełne mazi w kolorze TARDIS Blue w świetle słonecznym, za czasów dziesiątego Doktora). Tak naprawdę sprowadzanie filmu do tak prostego opisu oznacza krzywdzenie filmu oraz inteligencji samych widzów, a sugerowanie się nim podczas wyboru seansu może się zakończyć cichym szlochem w poduszkę i skrzywionymi uśmiechami - nie jest bowiem żadną tajemnicą, że choć niebieska maź leje się na ekranie w ilościach porównywalnych z ilością bursztynowego napoju, pod litrami płynów kryje się znacznie ciekawsze przesłanie.



 Poniżej raczej interpretacja, a nie recenzja (co i tak nie uchroni was przed spojlerami ;).

 

Przygoda zaczyna się od pokazania spokojnego, ustatkowanego życia czterech muszkieterów i niezbyt szczęśliwego, ale szalonego życia piątego, zwanego Królem. Piąty muszkieter za pomocą podstępu i charyzmy, której nie może oprzeć się nawet samochód z 1990 roku, namawia starych przyjaciół do dokończenia tego, co zaczęli 20 lat temu. Gdy podróż po pubach rozpoczyna się, pojawia się jednak mały problem z odpadającymi głowami - kosmiczni podmieńcy. Twórcy nie ograniczyli się do delikatnych sugestii, tylko uparcie powtarzali wprost, że kosmici są robotami, czyli niewolnikami. Co ciekawe - byli tak postrzegani jedynie z zewnątrz, sami uważali się raczej za istoty wyższe, wypełniające szlachetną misje, niepojętą dla kilku pijanych, ludzkich istot próbujących cieszyć się chwilą. Wystarczy rozejrzeć się na byle jakiej ulicy, aby dostrzec, że roboty nie są jedynie wymysłem scenarzystów. W realnym świecie ich wnętrza nie są jednak niebieskie, a głowy nie odpadają tak łatwo, za to postrzeganie świata i dążenie do zasymilowania nieprzystosowanych jednostek nie ulega najmniejszej zmianie. Mówiąc wprost - roboty to ludzie złapani w wir dorosłości, którym poprzewracało się w głowach. Nauczyciele, którzy nie tolerują młodzieńczego bujania w obłokach, realiści twardo stąpający po ziemi, a także biedacy, którzy zatonęli w wirze pracy, zapominając o swoich dawnych marzeniach. Wszyscy ci ludzie myślą o sobie jako o wolnych jednostkach, przystosowanych do współczesnego trybu życia - nie wiedzą jednak, że "przystosowując się" zgubili gdzieś po drodze ważną cząstkę siebie - tę cząstkę, która umożliwia niektórym ludziom latać, a niektórych prowadzi do bliskiego kontaktu z chodnikiem naprzeciwko pobliskiego baru. Świadomość istnienia tej cząstki stała się impulsem do stworzenia rzeczy wspaniałych. To dzięki niej ludzie brną powoli naprzód zamiast wegetować, i snują wspaniałe plany podążania tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Czasami zderzenie ideałów z rzeczywistością jest bardziej bolesne, niż oberwanie cegłą między oczy (wtedy kończy się na chodniku), lecz mimo to warto o nie walczyć. Zaniechanie walki oznacza śmierć cząstki i dobrowolne zamienienie swojej egzystencji w niewolniczą wegetację. Bohaterowie filmu są przykładem różnych sposobów radzenia sobie z tym problemem: niektórzy poddali się i zatracili swoją cząstkę dawno temu, niektórzy wciąż są sobą, choć robotyczny świat przyciąga ich niczym przeciwnie naładowany magnes, niektórzy pomimo usilnej walki w końcu ulegają i stają się częścią sieci, tylko Gary King jest idealistą, który woli zginąć, walcząc o browara w samym środku inwazji niebieskokrwistych potworów, niż poddać się i zostać jednym z nich. Takie spojrzenie na ludzi stawia do góry nogami budowaną od lat wizję idealnego społeczeństwa, pokazując, że ci, którzy pozornie wydają się najsłabsi i wykluczeni, często są najsilniejsi, a ci, którzy zabrnęli najwyżej na drabinie zbudowanej z bogactwa i kariery, kończą jako puste marionetki z zaburzonym postrzeganiem rzeczywistości. Film nie ma jednak na celu burzenia ładu społecznego, nie nie. Mimo wszystko jest to tylko kawałek rozrywki, która ma jedynie skłonić do refleksji tych, którzy bez względu na sugestywny opis dystrybutora postanowili obejrzeć film uważnie. Nie jest to także nic nowego, w końcu w poprzedniej części trylogii podobną wizję przedstawiono za pomocą żywych trupów atakowanych brutalnie winylami. Tutaj mamy za to do czynienia z ostatecznym zakończeniem problemu błądzenia po świecie potworów. Jest nim apokalipsa.

Niekoniecznie apokalipsa rozumiana dosłownie, kończąca się brakiem zieleni, coca coli w lodówkach i gangami kanibali na ulicach. Apokalipsa może dokonać się w głowie każdego człowieka - wystarczy tylko zburzyć sztywne struktury ograniczające swobodę myślenia i zachowania. Świat wolny od zombie i kosmicznych robotów to świat, w którym nikt nie musi przychodzić na ósmą do pracy, ani sprawdzać twittera co 10 minut (przykłady nie są idealne dobrane, ani zobowiązujące - ogólnie chodzi o świat, w którym każdy może powiedzieć o sobie, że choćby w minimalnym stopniu jest osobą wolną). W filmie doprowadzono tę wizję do granic absurdu, zabijając technologię i zmuszając bohaterów do życia na wzór przodków. Być może każdemu z nas przydałaby się taka mała wycieczka do średniowiecza, ale dopóki mamy sprawne mózgi, możemy mieć nadzieję, że od czasu do czasu uda nam się wyciągnąć wnioski bez cofania się w rozwoju o kilkaset lat.

 


The World's End to ciekawy kawałek kina także pod względem technicznym - nic zresztą dziwnego, w końcu zagrali w nim aktorzy, którzy nie potrafią źle grać (m.in. Simon Pegg, Martin Freeman, Nick Frost, David Bradley, Rosamund Pike, a głosu kosmicznej sieci udzielił Bill Nighty), a poskładany jest wystarczająco charakterystycznie i intrygująco, żeby na scenie zawierającej Alabama Song zakrztusić się orzeszkiem i nie zwrócić na to uwagi (podziękowania wędrują do Edgara Wrighta). Humor jest za to takim samym małym arcydziełem, jak żywy plastik sterowany umysłem, atakujący ludzi w Doctorze Who. Nie każdemu podejdzie, ale jeśli już do kogoś trafi, to może się okazać, że widz oberwie niczym strzałą kupidyna i wyzna dozgonną miłość wyspiarskiemu postrzeganiu dowcipu (film ma formę satyryczną, więc bez zrozumienia dowcipu może być ciężki do oglądania). Na koniec dodam, że według mnie jest to godne zakończenie trylogii Cornetto (na wypadek gdyby ktoś miał wątpliwości, że film wchodzi w skład jakiejś trylogii, na ekranie pojawił się nawet właściwy papierek od loda), do którego pewnie nie raz wrócę.


Nawiązań do poprzednich części jest więcej, niż mogłoby się wydawać.


PS: oczywiście zapomniałam o najważniejszym - film jest kolejnym dowodem na prawdziwość złotej zasady "Take a Brit and dye him black", czyli potwierdzeniem, że czarna farba do włosów została wynaleziona po to, aby ostatecznie skończyć na głowach brytyjskich aktorów i podnieść w ten sposób estetykę świata. Tym razem w roli farbowanego wystąpił Simon Pegg.




Live long and prosper.

czwartek, 26 grudnia 2013, adeenah
Follow on Bloglovin

Polecane wpisy

  • Gotham - miasto obsesji.

    Gotham to serial o... superbohaterach? Podobno. Ale gdzie supermoce? Tak się składa, że to oczywiste. W Gotham można znaleźć tylko jedną supermoc - taką, która

  • Instrukcja chodzenia do kina na "Interstellar".

    Dzień dobry. To nie jest poważny wpis, choć powstał w ramach walki z bardzo poważnym problemem (zniechęcanie ludzi do oglądania filmów budzi we mnie żądzę mordu

  • Pytania natury kulinarno-kryminalnej.

    Dzień dobry. Ten wpis jest bezinteresowną reklamą pewnego serialu spowodowaną faktem, że czekam na niego tak, jakby był co najmniej Sherlockiem (porównanie wytw

Komentarze
rusty_angel
2013/12/26 14:05:11
W styczniu tego roku koszmarnie pokłóciłam się ze znajomym o interpretacje zachowania Meridy w "Brave" i mam wrażenie, że to mój światopogląd, ten sam, który kazał mi uważać Meridę za rozpuszczoną nastolatkę, sprawił, że na "World's End" bawiłam się gorzej niż na pozostałych dwóch częściach. Sporo ma tu do powiedzenia to, żer nie znoszę Gary'ego Kinga. Ale dziękuję co serdecznie za wyjaśnienie, dlaczego go nie znoszę.
-
Gość: Tawerna Kultury, *.adsl.inetia.pl
2014/01/04 21:42:32
Nie tak dawno oglądałam ten film. Kino, które rzadko oglądam, nie mniej film wciągnął mnie od samego początku. Nie wiedziałam, że film ma jakieś powiązania do wcześniejszych części, w takim razie koniecznie muszę zobaczyć.
-
Gość: julo, *.adsl-surfen.hetnet.nl
2014/01/12 12:53:07
Simon lepiej sie prezentował jako policjant, więc jednak ta zasada z czernią to nie do końca. W ohle druga część zdecydowanie (coś jak Imperium kontraatakuje, świetny wtręt między zbyt naiwną część pierwszą i zbyt przekombinowaną trzecią).